Angielski pacjent [The English Patient - pl]
- Автор: Ондатже Майкл
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Muza
- ISBN: 83-7079-253-7
- Переводчик: Waclaw Sadkowski
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Angielski pacjent [The English Patient - pl]». Краткое содержание книги:
Wygląda na to, że jest zadowolony z przebywania z tą grupką ludzi w pałacu, czuje się jak zagubiona gwiazda na nabrzeżu ich systemu planetarnego. Jakby się znalazł wśród nich na wakacjach, po wojnie wypełnionej gliną, rzekami i mostami. Do domu wchodzi tylko, kiedy go zaproszą, po prostu jak przypadkowy gość, tak jak wtedy, tej pierwszej nocy, kiedy kierując się ku cichnącym dźwiękom fortepianu Hany przeszedł całą aleję cyprysową i wkroczył do sali bibliotecznej.
Wszedł wtedy, tej burzliwej nocy, do pałacu nie z zaciekawienia muzyką, ale przez wzgląd na niebezpieczeństwo zagrażające osobie grającej. Wycofująca się armia często pozostawiała drobne miny w kształcie ołówka wewnątrz instrumentów muzycznych. Odzyskujący je właściciele otwierali fortepian i urywało im ręce. Ludzie chcieli uruchamiać na powrót zamarłe zegary szafkowe, a eksplozja rozrywała pół ściany i wszystko, co się znajdowało w pobliżu.
Szli obaj z Hardym za dźwiękami fortepianu grzbietem wzgórza, wzdłuż muru, potem weszli do pałacu. Dopóki nie było przerwy, wiedzieli, że grający nie wyciąga ręki i przy próbach uruchomienia metronomu nie naciągnie stalowej nici. Większość tych bomb ołówkowych tak właśnie umieszczano — w najsposobniejszym miejscu do ukrycia przewodu wiodącego do zapalnika. Umieszczano miny przy kurkach, pod grzbietami książek, w wydrążeniach drzew owocowych, tak, że spadające jabłko potrącało niższą gałąź i wywoływało detonację, podobnie jak ręka, która się po nie wyciągała. Nie umiał patrzeć na żadne pomieszczenie ani żaden w ogóle teren bez wypatrywania w nim miejsc, gdzie mogły być ukryte miny.
Zatrzymał się przy oszklonych drzwiach przykładając głowę do framugi, potem wśliznął się do komnaty i z wyjątkiem chwil rozjaśnianych błyskawicami pozostawał w mroku. Stała tam dziewczyna, spoglądając na klawiaturę, w którą uderzała palcami. Ogarnął pokój spojrzeniem, zanim ją jeszcze wypatrzył, przecinając go jakby wiązkami promieni radarowych. Metronom już stukał, wahadełko poruszało się bezkarnie. Nie było więc zagrożenia, żadnej cienkiej sprężynki. Stał tak w swym przemoczonym mundurze, dziewczyna zrazu nie była świadoma jego obecności.
Ustawiona obok jego namiotu antena wdziera się między gałęzie drzew. Nocą zielono fosforyzującą skalę radia Hana może dostrzec przez lornetę polową Caravaggia; chwilami błyszczącą plamkę zasiania nagle zwinne ciało sapera. W ciągu dnia ma przy sobie przenośny odbiornik, słuchawkę przywieszoną do turbanu, druga zwisa u podbródka, i dzięki temu wysłuchuje tych dźwięków napływających ze świata, które mogą mu być przydatne. Znosi do domu wszystkie informacje, o których sądzi, że mogą im się wydać ciekawe. Pewnego dnia oznajmia, że szef orkiestry, Glenn Miller, zginął — jego samolot rozbił się gdzieś między Anglią a Francją.
I tak oto wkracza między nich. Hana widzi go po drugiej stronie zbombardowanego ogrodu: coś właśnie znalazł, odsłania i odcina zwój drutu, który ktoś pozostawił jak list z pogróżką.
Ciągle myje ręce. Caravaggio myśli, że jest zbytnim czyścioszkiem.
— Jak wytrzymywałeś na wojnie? — zaśmiewa się Caravaggio.
— Wujku, wychowałem się w Indiach. Tam ciągle myje się ręce. Przed każdym posiłkiem. To taki zwyczaj. Urodziłem się w Pendżabie.
— A ja pochodzę z północy Ameryki — oznajmia Hana.
Sypia wsuwając się połową ciała do namiotu. Ona widzi jego ręce zdejmujące słuchawki i nakładające je na uszy. Wtedy odkłada lornetkę i odchodzi od okna.
Znajdowali się pod wysokim sklepieniem. Sierżant zapalił rakietę świetlną, a saper położył się na podłodze i patrzył przez teleskop karabinu snajperskiego, przyglądał się twarzom koloru ochry uważnie, jakby chciał wypatrzyć brata w tłumie. Splątane włosy opływały postaci biblijne, światło odsłaniało barwne ubiory i ciała ściemniałe przez setki lat od dymu lampek oliwnych i świec. A teraz ten żółty dym z rakiety, o którym wiedzieli, że jest zabójczy dla sanktuarium. Właściwie żołnierzy powinno się stąd wyrzucić, powinni zostać skarceni za nadużywanie wydanego im zezwolenia na zwiedzanie Wielkiego Sanktuarium, do którego dotarli przebijając się przez przyczółki i pola bitewne w tych małych wojnach, przez ostrzeliwane Monte Cassino, a potem układnie spacerując obok stanz Rafaelowskich, by się znaleźć w końcu tu — siedemnastu mężczyzn, którzy wylądowali na Sycylii i utorowali sobie drogę od stopy półwyspu aż do tego miejsca — po to, by im zaoferowano pogrążoną w mroku salę. Jak gdyby miała im wystarczyć sama tu obecność.
Jeden z nich odezwał się:
— Cholera, sierżancie, może by tak jeszcze trochę światła?
Sierżant Shand zapalił flarę i wzniósł ją na odległość wyciągniętego ramienia, niagara blasku wystrzeliwała z jego dłoni, stal tak, jakby chciał od niej zapłonąć. Pozostali wpatrywali się w stłoczone na sklepieniu postaci i twarze wyłaniające się z mroku. Ale młody saper położył się na wznak, uniósł lufę karabinu, oko wbijało mu się niemal w brody Noego i Abrahama, w różnorodność diabłów, aż natrafiło na wielkie oblicze i zatrzymało się na nim, na tej twarzy jak ostrze włóczni, mądrej, nie umiejącej wybaczać.
Strażnicy wrzeszczeli przy wejściu, słyszał kroki biegnących, pozostało jeszcze trzydzieści sekund na następną flarę. Odwrócił głowę i wskazał cel zakonnikowi.
Padre ujął karabin i skierował lufę ku narożnikowi. Rakieta zgasła.
Oddał broń młodemu Sikhowi.
— Wiesz, że możemy wszyscy mieć duże kłopoty z powodu tego sposobu oświetlania Kaplicy Sykstyńskiej. Nie powinienem był tu z wami przychodzić, ale muszę być wdzięczny sierżantowi Shandowi, okazał prawdziwy heroizm utrzymując flarę w ręku. I chyba nic złego się nie stało.
— Czy ją widziałeś? Tę twarz. Kto to?
— A tak, to wspaniała twarz.
— Więc ją widziałeś.
— Tak. To Izajasz.
Kiedy Ósma Armia wkraczała do Gabicce na wschodnim wybrzeżu, saper dowodził nocnym patrolem. Drugiej nocy otrzymał przez krótkofalówkę wiadomość, że zaobserwowano jakieś ruchy nieprzyjaciela na morzu. Patrol wystrzelił w podanym kierunku pocisk, woda wytrysnęła w górę, taki wystrzał był groźnym ostrzeżeniem. W nic nie trafili, ale na tle wywołanej wybuchem białej fontanny spostrzegł jakieś ciemniejsze, poruszające się sylwetki. Wycelował w nie lufę karabinu i utrzymywał je przez chwilę w polu widzenia; nie strzelając, wypatrując dalszych ruchów. Nieprzyjaciel znajdował się dalej na północ, w Rimini, na skraju miasta. W lunecie celowniczej majaczył jakiś cień, a potem nagle rozświetliła się aureola wokół głowy Najświętszej Panienki. Wyłaniała się z morza.
Znajdowała się na dziobie łodzi. Dwaj mężczyźni przy wiosłach. Dwaj inni unosili ją w rękach, a kiedy łódź dobiła do brzegu, z ciemności, w jakiej pogrążone było miasteczko, dobiegło klaskanie z otwartych okien domów.
Saper widział jej twarz pomalowaną na kolor śmietankowy, aureolę utworzoną z maleńkich lampek na bateryjkę. Przypatrywał się, leżąc na betonowym bunkrze na nabrzeżu pomiędzy skrajem miasteczka a morzem, jak czterej mężczyźni wynoszą z łodzi i biorą na ramiona mierzącą półtora metra gipsową figurę. Ruszyli przed siebie plażą, nie zatrzymując się ani na chwilę, nie bacząc na miny. Być może wypatrzyli je i unieszkodliwili, jeszcze kiedy byli tu Niemcy. Nogi zapadały im się w piasek. Działo się to w Gabicce Mare 29 maja 1944 roku. Dzień morskiego odpustu ku czci Najświętszej Marii Panny.