Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— Dlatego też tak uczyniłam. — Spokojny ton głosu Kirstian zadrżał w chwili, gdy z wysiłkiem przełknęła ślinę. Była niemal równie silna jak Zarya... żadnej z Kółka Dziewiarskiego nie można było określić mianem słabej... i jej również strzeżono by bardzo starannie. — Wiedziałam, że prędzej czy później dowiecie się, kim jestem.
Adeleas pokiwała głową, jakby cała rzecz była zrozumiała sama przez się, aczkolwiek w jaki sposób ta kobieta miałaby zostać odnaleziona, Elayne nie potrafiła sobie wyobrazić. Szczerze wątpiła, by nazwisko Kirstian Chalwin było tym, pod którym się urodziła. Większość Kuzynek wierzyła wszelako we wszechwiedzę Aes Sedai. Przynajmniej do niedawna.
— Bzdury! — Nad paplaninę Rodziny wzbił się ochrypły głos Sarainyi Vostovan. Zbyt słaba, by zostać Aes Sedai, ani też dostatecznie wiekowa, by zapewnić sobie wysoką pozycję wśród Rodziny, wciąż buntowniczo wychylała się ze stada. — Dlaczego miałybyśmy oddać je Białej Wieży? Pomagałyśmy kobietom, które uciekały, i bardzo dobrze zrobiłyśmy! Wydanie ich będzie wbrew naszym zasadom!
— Uważaj, co mówisz! — upomniała ją ostrym tonem Reanne. — Alise, przywołaj Sarinyę do porządku, proszę. Wygląda na to, że sama zapomina o zbyt wielu zasadach, których znajomością się szczyci.
Alise spojrzała na Reanne, jej oblicze wciąż pozostawało nieodgadnione. Alise, która twardą ręką egzekwowała zasady obowiązujące w Rodzinie.
— Wydanie uciekinierek byłoby sprzeczne z naszymi zasadami, Reanne — oznajmiła.
Reanne zachwiała się jak uderzona.
— A jakim niby sposobem masz zamiar tego dokonać? — zapytała w końcu. — Nigdy nie dopuszczałyśmy uciekinierek do siebie, póki nie byłyśmy pewne, że nikt ich już nie ściga, a jeśli zostały wcześniej odnalezione, pozwalałyśmy siostrom je zabrać. Taka obowiązywała zasada, Alise. Jaką jeszcze inną zasadę chcesz złamać? Czy proponujesz może, abyśmy naprawdę sprzeciwiły się samym Aes Sedai? — Jej głos aż ociekał zdumieniem, że komuś mogłaby taka myśl przyjść do głowy, jednak Alise wciąż patrzyła na nią w milczeniu.
— Tak! — krzyknął jakiś głos w tłumie Kuzynek. — Jest nas wiele, a ich tylko kilka! — Adeleas z niedowierzaniem przyjrzała się tłumowi. Elayne objęła saidara, aczkolwiek całym sercem była po stronie tego głosu. Kuzynek było zbyt wiele. Poczuła, że Aviendha również obejmuje Moc, a Birgitte gotuje się do walki.
Alise drgnęła, jakby ją właśnie wyrwano ze snu, a potem zrobiła rzecz znacznie bardziej słuszną, a z pewnością bardziej skuteczną.
— Sarainya — oznajmiła na głos — zgłosisz się do mnie, kiedy dzisiejszego wieczoru zatrzymamy się na noc, z rózgą, którą wytniesz sobie, zanim stąd wyruszymy. Ty też, Asra, poznałam twój głos! — A potem, tak samo głośno, rzekła do Reanne: — Kiedy staniemy na spoczynek dziś wieczorem, przyjdę do ciebie, abyś mnie osądziła. Nie widzę, by któraś była gotowa do drogi!
Kuzynki prędko się rozeszły, kierując się na kwatery po swoje rzeczy, jednak Elayne widziała, że kilka naradza się cicho po drodze. Kiedy przejeżdżały przez most nad zamarzniętym strumieniem, w którego zakręcie leżała wioska, Nynaeve zaś rozwodziła się z niedowierzaniem nad tym, co straciła, patrząc równocześnie, kogo by tu przywołać do porządku, Sarainya i Asra wiozły ze sobą rózgi — podobnie jak Alise — natomiast Zarya i Kirstian pod ciemne płaszcze włożyły pośpiesznie skądś wyciągnięte białe sukienki. Poszukiwaczki Wiatru wytykały je palcami i śmiały się do rozpuku. Jednak wiele Kuzynek zbijało się w grupki, milknąc, kiedy tylko spoglądała na nie jakaś siostra lub inna kobieta z Kółka Dziewiarskiego. A gdy one z kolei patrzyły na Aes Sedai, w ich oczy zakradał się mrok.
Minęło osiem dni przedzierania się przez śniegowe zaspy, gdy nie padało i zgrzytania zębami w kolejnych gospodach, gdy zadymka uniemożliwiała podróż. Osiem kolejnych dni zamartwiania się o Rodzinę patrzącą niemiło na siostry, dni, podczas których Poszukiwaczki nadymały się w obecności tak Rodziny, jak i Aes Sedai. Rankiem dziewiątego dnia Elayne zapragnęła, aby wszystkie wreszcie rzuciły się sobie wzajem do gardeł.
Właśnie się zastanawiała, czy ostatnie dziesięć mil dzielących je od Caemlyn minie bez mordu, kiedy Kirstian załomotała do ich drzwi i wparowała do środka, nie czekając na zaproszenie. Jej prosta wełniana suknia nie miała odcienia bieli właściwego ubiorom nowicjuszek, ona sama zaś jakimś sposobem odzyskała wcześniejszą godność, jakby pewność czekającej ją przyszłości łagodziła bolączki chwili obecnej. Teraz jednak wykonała pośpieszny ukłon, przydeptując sobie połę płaszcza i prawie się przewracając. W jej czarnych oczach lśnił lęk.
— Nynaeve Sedai, Elayne Sedai, lord Lan prosi, abyście natychmiast przyszły — oznajmiła bez tchu. — Nie kazał mi z nikim rozmawiać i was również o to prosi.
Elayne i Nynaeve wymieniły spojrzenia z Aviendhą i Birgitte. Nynaeve warknęła coś pod nosem o mężczyznach, którzy nie potrafią odróżnić spraw prywatnych od publicznych, ale zanim nawet zdążyła się zarumienić, wiadomo było, że sama nie wierzy w to, co mówi. Elayne czuła na sobie skupione spojrzenie Birgitte niczym wypuszczoną już strzałę szukającą celu.
Kirstian nie miała pojęcia, o co Łanowi chodzi, prócz tego, że ma je do niego doprowadzić. Dotarły w końcu do małej chatki obok Brodu Cullena, gdzie Adeleas zabrała Ispan poprzedniego wieczoru. Lan stał na zewnątrz, jego spojrzenie było zimne jak temperatura powietrza, i nie pozwolił Kirstian wejść do środka. Kiedy oczy Elayne już przywykły do półmroku, zrozumiała dlaczego.
Adeleas leżała na boku obok przewróconego stołka, tuż przy jej wyciągniętej dłoni, a na drewnianej podłodze walał się przewrócony kubek. Oczy miała otwarte, a wokół podciętego gardła rozlała się kałuża zaschniętej teraz krwi. Ispan spoczywała na wąskiej pryczy, ze spojrzeniem utkwionym w sufit. Rozwarte spazmatycznie usta odsłaniały zęby, w wytrzeszczonych oczach zamarł grymas ostatecznego przerażenia. I nic dziwnego, z jej piersi bowiem sterczał gruby jak nadgarstek drewniany kołek. Młotek, którego najwyraźniej użyto do wbicia go w ciało, spoczywał obok, na skraju ciemnej plamy, która sięgała pod pryczę.
Elayne jakoś opanowała natychmiastowy odruch wymiotny.
— Światłości — wyszeptała. — Światłości! Kto mógł coś takiego zrobić? Jak ktoś mógł coś takiego zrobić? — Aviendha w zdumieniu pokręciła głową, Lan nawet nie marnował czasu na taki gest. Czujnie rozglądał się we wszystkich kierunkach naraz, jakby oczekując, że sprawca, czy co tam to mogło być, odpowiedzialny za morderstwo zaraz wejdzie przez jedno z dwu maleńkich okienek, albo wręcz prosto przez ścianę. Birgitte wyciągnęła nóż zza pasa, a sądząc po wyrazie jej twarzy, gorąco żałowała, że nie ma przy sobie łuku. To wrażenie goniącej cel strzały jeszcze się nasiliło w głowie Elayne.
Nynaeve początkowo stała bez ruchu, przyglądając się wnętrzu chatki. Niewiele w nim było do oglądania, pomijając oczywiste rzeczy. Drugi stołek na trzech nogach, prowizoryczny stół z mrugającą lampą, zielony czajniczek i kolejny kubek, brzydki kominek z wygasłymi popiołami na palenisku. To wszystko. Chatka była tak mała, że Nynaeve musiała dać tylko jeden krok, aby znaleźć się przy stole. Zanurzyła palec w czajniczku z herbatą, potem posmakowała koniuszkiem języka, splunęła z obrzydzeniem i natychmiast wylała całą zawartość — strugę liści i naparu — na stół. Elayne zamrugała, zdziwiona.
— Co się stało? — zapytała chłodno Vandene, stając w drzwiach. Lan już chciał zagrodzić jej drogę, ale powstrzymała go nieznacznym gestem. Elayne natomiast wyciągnęła dłoń, aby ją objąć, jednak potraktowana została w identyczny sposób. Vandene nie spuszczała oczu z siostry, na jej twarzy wciąż trwała maska spokoju Aes Sedai. Ciało martwej kobiety na pryczy równie dobrze mogłoby w ogóle nie istnieć. — Kiedy zobaczyłam, że wszyscy zmierzacie w tę stronę, pomyślałam sobie... — Jej głos również był wcieleniem spokoju, nic dziwnego jednak, skoro tak dobrze potrafiła panować nad wyrazem twarzy. — Co odkryłaś, Nynaeve?