Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Przeciwległe ściany Wielkiej Sali stanowiły dwie kolumnady, wysokie na dwadzieścia kroków. Sala tronowa wciąż była całkiem pusta. Nie potrwa to jednak długo. Jasne światło popołudnia sączyło się przez wysokie okna i mieszało z barwnymi promieniami wpadającymi przez witraże osadzone w suficie, na których Biały Lew Andoru przeplatał się ze scenami upamiętniającymi wielkie triumfy królestwa i wizerunkami najwcześniejszych królowych tych ziem, począwszy od samej Ishary, smagłej niczym Atha’an Miere i pełnej władczości jak, nie przymierzając, dowolna Aes Sedai. Żadna władczyni Andoru nie mogła zapomnieć o swych powinnościach w obliczu spoglądających na nią antenatek, które wykuły kształt królestwa.
Widoku jednej rzeczy obawiała się najbardziej — ogromnego mebla-potwora, tronu całego w złocone smoki, który widziała w Tel’aran’rhiod, na podwyższeniu w przeciwległym krańcu komnaty. Dzięki Światłości, nie było go tutaj. Tron Lwa zmienił miejsce — nie znajdował się już na wysokim cokole niczym wojenne trofeum, ale wrócił na podwyższenie; masywny, rzeźbiony i pozłacany, a jednak zrobiony dla kobiety. Biały Lew, wykonany z kamieni księżycowych osadzonych na polu z rubinów, będzie wznosił się nad głową każdej kobiety, która zajmie w nim miejsce. Żaden mężczyzna nie mógłby usiąść w nim wygodnie, legenda głosiła bowiem, że w ten sposób przypieczętuje swą zagładę. Elayne jednak sądziła, że najprawdopodobniej twórcy zwyczajnie zadbali o to, by na żadnego po prostu nie pasował.
Wspięła się po białych marmurowych schodach na podwyższenie, wsparła dłonie na poręczach tronu. Nie miała prawa w nim zasiąść, jeszcze nie. Dopiero gdy zostanie ukoronowana. Ale składanie przysiąg na Tron Lwa stanowiło obyczaj równie stary jak sam Andor. Musiała tłumić w sobie pragnienie, by zwyczajnie uklęknąć i zapłakać, wtulając twarz w poduszkę wykładającą siedzisko. Gdyby pogodziła się już ze śmiercią matki, może by tak uczyniła. Teraz jednak żadną miarą nie mogła sobie pozwolić na załamanie.
— W imię Światłości, okażę się godna twej pamięci, Matko — powiedziała cicho. — Okażę się godna pamięci Morgase Trakand i postaram się być godna Domu Trakand.
— Rozkazałam gwardzistom, by ciekawskich i pochlebców trzymali z daleka. Przypuszczałam, że przez jakiś czas zechcesz być tu sama.
Elayne odwróciła się powoli i obserwowała, jak Dyelin Taravin, złotowłosa kobieta, zmierza ku niej przez całą długość Wielkiej Sali. Dyelin była jedną z najdawniejszych popleczniczek jej matki, jeszcze w czasach, kiedy tamta dopiero znajdowała się w drodze do tronu. Obecnie w jej włosach było znacznie więcej siwizny, niźli Elayne zapamiętała, liczniejsze też zmarszczki znaczyły kąciki oczu. Wciąż jednak była bardzo piękna. Silna kobieta. I potężna, czy to jako wróg czy przyjaciel.
Zatrzymała się u stóp podwyższenia, spojrzała w górę.
— Od dwóch dni wiem, że żyjesz, ale aż do tej chwili tak naprawdę nie potrafiłam uwierzyć. Przyjechałaś więc, by przyjąć tron z ręki Smoka Odrodzonego?
— Zgłaszam roszczenia do tronu we własnym imieniu, Dyelin, i z własnej też ręki przejmę władzę. Tron Lwa to nie błyskotka, którą można przyjąć od mężczyzny. — Dyelin pokiwała głową, jakby przytakując oczywistej prawdzie, którą ten fakt był dla każdego Andoranina. — Jakie jest twoje stanowisko, Dyelin? Opowiesz się za Domem Trakand czy przeciw niemu? Po drodze tutaj często słyszałam twoje imię.
— Ponieważ masz zamiar zgłosić roszczenie do tronu we własnym imieniu, to jestem z tobą. — Niewielu ludzi potrafiło przemawiać głosem tak wyzutym z wyrazu jak ona. Elayne usiadła na górnym schodku, a potem dała znak starszej kobiecie, by do niej dołączyła. — Rzecz jasna, istnieje kilka przeszkód — ciągnęła dalej Dyelin, podwijając równocześnie błękitne spódnice. — Już zgłosiło się kilka pretendentek, o czym być może wiesz. Naean i Elenię umieściłam w ustronnym miejscu. Pod zarzutem zdrady, który najwyraźniej znajduje uznanie w oczach ludu. Przynajmniej na razie. Mąż Elenii wciąż aktywnie działa na jej rzecz, aczkolwiek po cichu. Jeszcze Arymilla zgłosiła swe pretensje, ta głupia gęś. Cieszy się pewnym poparciem, ale nie powinno cię to martwić. Prawdziwym przedmiotem twoich zmartwień... pominąwszy Aielów w całym mieście, czekających na powrót Smoka Odrodzonego... są Aemlyn, Arathelle i Pelivar. W chwili obecnej Luan i Ellorien poprą ciebie, ale mogą zmienić decyzję i przyłączyć się do jednej z frakcji.
Bardzo krótka była ta lista, przedstawiona tonem odpowiednim raczej dla dyskusji nad perspektywami handlu końmi. O Naean i Elenii wiedziała, nawet jeśli nie miała pojęcia, że Jarid wciąż sądził, iż jego żona ma jakąkolwiek szansę zdobycia tronu. Arymilla naprawdę była gęsią, jeśli wierzyła, że zyska poparcie. Ale ostatnie pięć imion mogło oznaczać kłopoty. Każde z nich było silnym poplecznikiem jej matki, podobnie jak Dyelin, i każde miało za sobą silny Dom.
— A więc Arathelle i Aemlyn chcą tronu — mruknęła Elayne. — Nie potrafię uwierzyć, że dotyczy to też Ellorien, że ona go pragnie dla siebie. — Pelivar mógł intrygować na rzecz jednej ze swych córek, ale Luan miał tylko wnuczki, żadna zaś nie była w odpowiednim wieku. — Sugerowałaś, zdaje się, że wszyscy mogą zewrzeć szeregi i poprzeć jeden Dom. Czyj? — To byłoby już śmiertelnie groźne.
Dyelin uśmiechnęła się i wsparła podbródek dłonią.
— Najwyraźniej sądzą, że to ja powinnam zasiąść na tronie. Ale porozmawiajmy lepiej o tym, co zamierzasz począć ze Smokiem Odrodzonym. Wprawdzie od jakiegoś czasu przestał nas odwiedzać, ale wygląda na to, że w każdej chwili może zjawić się niespodzianie.
Elayne na chwilę zacisnęła z całej siły powieki, kiedy jednak je otworzyła, wciąż siedziała na stopniu podwyższenia Wielkiej Sali, a Dyelin dalej się do niej uśmiechała. Jej rodzony brat walczył w armii Elaidy, a przyrodni był Białym Płaszczem. Wprowadziła do Pałacu kobiety, które w każdej chwili mogą się zwrócić przeciw sobie, nie wspominając o tym, że spośród nich jedna mogła okazać się Sprzymierzeńcem Ciemności, albo wręcz Czarną Ajah. A największa przeszkoda, z jaką mogła mieć do czynienia przy zgłaszaniu roszczeń do tronu, zdecydowanie najsilniejsza, ucieleśniała się w kobiecie, która wcześniej wyraziła jej swe poparcie. Świat chyba zupełnie oszalał. Równie dobrze mogła do tego dorzucić swoje trzy grosze.
— Zamierzam związać go ze sobą jako mego Strażnika — powiedziała i ciągnęła dalej, zanim tamta kobieta zdołała choć zamrugać z zaskoczenia. — Mam również nadzieję go poślubić. Wszelako nie ma to nic wspólnego z Tronem Lwa. Pierwszą rzeczą, jaką zamierzam uczynić...
I kiedy tak przemawiała, Dyelin wreszcie wybuchnęła śmiechem. Elayne żałowała, że nie ma pojęcia, czy sprawiła to doskonałość jej planów, czy też Dyelin widziała przed sobą coraz bardziej gładką drogę do Tronu Lwa. Ale przynajmniej wiedziała teraz, z czym ma do czynienia.
Wjeżdżając do Caemlyn, Daved Hanlon już sobie wyobrażał, jak wspaniale przeszukiwałoby się to miasto. Podczas lat spędzonych na żołnierce widział już wiele splądrowanych miasteczek i wiosek, a raz nawet, dwadzieścia lat temu, brał udział w plądrowaniu samego Cairhien, po tym jak opuścili je Aielowie. Dziwne, że ci Aielowie zostawili Cairhien właściwie nietknięte. Wtedy też, gdyby nie spalone wysokie wieże Cairhien, można by sądzić, że w ogóle tam nie zawitali; mnóstwo złota i innych kosztownych rzeczy leżało, czekając tylko, aż ktoś je sobie weźmie, i nic dziwnego, że wielu ludzi postanowiło skorzystać z okazji. Stawały mu teraz przed oczami tamte szerokie ulice pełne jeźdźców i pierzchających mieszkańców, grubych kupców wyzbywających się swego złota, jeszcze zanim przystawiono im nóż do gardła, w próżnej nadziei, że darowane zostanie im życie, szczupłe dziewczęta i pulchne kobiety tak przerażone, kiedy ciągnięto je w ciemne kąty, że ledwie zdolne pisnąć, a co dopiero opierać się. Spoglądał na to i sam to robił, i miał nadzieję, że kiedyś znowu będzie mu to dane. Nie w Caemlyn zapewne, musiał z westchnieniem przyznać. Gdyby rozkazy, które wysłały go do tego miasta, były z rodzaju tych, których można nie wypełnić, pojechałby tam, gdzie łupy nie są może równie bogate, ale z pewnością łatwiejsze do zdobycia.