Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Wszystko zależy od tego, jaki będzie koniec tej historii — odparłem.
Uniósł brwi i spojrzał prosto w obiektyw szpilołapu.
— To właśnie jest przedmiotem zainteresowania całego konwoksu — powiedział. — Chyba czas wracać do pracy.
Uczynił gest, po którym mikrofony umilkły, a ekran poczerniał. Wszyscy w nawie zaczęli mówić jednocześnie.
Zostałem sam na ciemnej scenie; fraa Lodoghir zbiegł po schodkach — zapewne po to, żebym nie wyrwał mu języka gołymi rękami. Ekipa zaczęła rozmontowywać scenę. Zdjąłem mikrofon, napiłem się do syta wody i powlokłem się do schodków. Czułem się tak, jakby przez ostatnią godzinę Lio używał mnie zamiast worka bokserskiego.
Czekało na mnie kilka osób. W szczególności jedna zwróciła moją uwagę: sekular w ubraniu ważnej persony. Uparł się, że będzie pierwszym człowiekiem, który ze mną porozmawia, więc, zamiast czekać, aż zejdę ze sceny, podbiegł do mnie, wskoczył na schody i spotkaliśmy się na stopniach w pół drogi.
— Emman Beldo — przedstawił się i natychmiast wyrzucił z siebie nazwę jakiegoś ministerstwa albo innego urzędu państwowego. — Zechciałbyś mi łaskawie powiedzieć, co to miało być?!
Ubranie dodawało mu lat, w rzeczywistości bowiem był niewiele starszy ode mnie.
— Może zapytaj fraa Lodoghira? — zaproponowałem.
Zinterpretował to jako kąśliwy żart.
— Przyszedłem posłuchać o Geometrach…
— A my gadaliśmy o świadomości i analemmach.
— No właśnie. Posłuchaj, nie chcę zostać źle zrozumiany. Odsłużyłem pięć lat u unarystów…
— Czyli jesteś piśmiennym, bystrym miastowym, dużo czytasz i zarabiasz na chleb głową, ale mimo to nie pojmujesz, co się tu wydarzyło…
— Powinniśmy dyskutować o zagrożeniu! I o tym, co zrobić, żeby mu zapobiec!
Zdekoncentrowałem się na moment. Spojrzałem w dół, gdzie u stóp schodków zebrała się grupka suur i fraa, którzy też chcieli ze mną porozmawiać. Próbowałem ich wysondować, nie nawiązując kontaktu wzrokowego. Obawiałem się, że niektórzy uważają się za członków Dynastii i będą chcieli wymienić porozumiewawczy uścisk dłoni; inni zamierzali zapewne do wieczora tłumaczyć mi, dlaczego Evenedryk się mylił; na pewno trafią się wśród nich zatwardziali halikaarnijczycy, niezadowoleni z tego, że nie udało mi się splantować Lodoghira; spodziewałem się także spotkać ludzi w rodzaju suur Maroi, którzy zechcą mi zadać konkretne pytania na temat Oritheny. Przyszło mi do głowy, że czasem łatwiej jest mieć regularny etat, być takim Emmanem Beldo…
Uratował mnie fraa Lodoghir — w pewnym sensie. Zakończył ożywioną dyskusję ze starszym hierarchą i przepchnął się do schodków.
— No to nas załatwiłeś, fraa Erasmasie! — obwieścił.
— Kogo załatwiłem, fraa Lodoghirze? I jak?
— Zostaliśmy relegowani w mrok i chaos, na absolutne zadupie matemowego świata, przynajmniej z mojego punktu widzenia.
— Czyli do Koncentu Sawanta Edhara?
— Nie, jest jeszcze jedno takie miejsce. Gorsze. Messal Wielości Światów w Fundzie Avrachona. Tam będziemy przyjmować pokarmy, dopóki nie uda mi się przemówić hierarchom do rozsądku.
— Jakich „nas” masz na myśli?
— Coś przegapiłeś, fraa Erasmasie!
— Co takiego?
— Swoje miejsce na konwoksie.
— Co to za miejsce?
— Masz stać za moimi plecami, kiedy jem, i składać moją serwetkę, kiedy wstaję i idę do toalety.
— Że co?!
— Zostałeś moim posługaczem, fraa Erasmasie. A ja twoim donem. Lubię przed kolacją przetrzeć twarz wilgotnym ręcznikiem, ciepłym, nie za gorącym. Dopilnuj tego, jeśli nie chcesz spędzić reszty konwoksu na czytaniu Księgi.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł.
Emman Beldo przyglądał mi się z zainteresowaniem.
Paskudna nowina powinna była mnie zmiażdżyć, ale w głowie szumiało mi jeszcze po dialogu i widok zirytowanego Lodoghira sprawił mi frajdę.
— No to masz wybór — powiedziałem do Emmana Beldo. — Jeżeli chcesz się dowiedzieć czegoś o zagrożeniu ze strony Geometrów, możesz udać się gdziekolwiek, byle nie tam, dokąd ja idę. Jeśli zaś wolisz usłyszeć, dlaczego podczas plenum poruszaliśmy tak dalece nieistotne tematy, dołącz do mnie i fraa Lodoghira na zadupiu matemowego świata.
— Nie omieszkam — zapewnił mnie. — Moja dona nie przegapiłaby takiej gratki.
— Kto jest twoją doną?
— My mamy się do niej zwracać „pani sekretarz” — uprzedził mnie. — Ale naprawdę nazywa się Ignetha Foral.
Część 10 MESSAL
Loryta: Członek zakonu założonego przez sauntę Lorę, która uważała, że wszystkie pomysły, jakie człowiek jest w stanie sformułować, zostały już w przeszłości zdefiniowane. Loryci jako historycy idei pomagają innym deklarantom w pracy, uświadamiając im istnienie podobnych idei w przeszłości, dzięki czemu nikt nie musi drugi raz wynajdować koła.