Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Suur Asquin — nasza gospodyni — była aktualną Dziedziczką Fundy Avrachona, czyli jej faktyczną właścicielką. Ignetha Foral wywołała ją pierwszą do tablicy, ponieważ Asquin sprawiała wrażenie, jakby chciała coś powiedzieć — ale, jak przypuszczałem, także dlatego, że tak nakazywała etykieta. Suur Asquin zrobiła na mnie dobre wrażenie: pomagała nam przy obiedzie, pracując ręka w rękę ze swoją posługaczką, Tris. Był to pierwszy Messal Wielości Światów, potrzebowaliśmy więc trochę czasu, żeby odnaleźć się w kuchni, nagrzać piec i tak dalej.
— Mam chyba niezasłużoną przewagę nad innymi, pani sekretarz, wynikającą z faktu, że tu mieszkam. Najlepszą odpowiedzią na pytania pani kolegów byłoby oprowadzenie ich po Fundzie Avrachona, która, jak widzieliście, jest czymś w rodzaju muzeum…
Stałem za fraa Lodoghirem, trzymając w splecionych za plecami dłoniach koniec sznura, wchodzącego w dziurę w ścianie i ciągnącego się trzydzieści stóp do kuchni. Ktoś właśnie w tej chwili szarpnął za jego drugi koniec, wzywając mnie. Nachyliłem się nad moim donem, sprawdziłem, że nie muszę mu na razie ocierać podbródka, i obszedłem stół, schodząc z drogi innym posługaczom. Suur Asquin próbowała tymczasem sformułować tezę, że już sama demonstracja rozrzuconych po fundzie przyrządów naukowych powinna przekonać nawet najbardziej sceptycznych statystów, że czysta metateoryka jest warta wsparcia ze strony sekularów. Dokonując oczywistej — moim zdaniem — transkwestacji hipotrochijnej, usiłowała sprowadzić messalową dyskusję na tory czystej metateoryki, co kompletnie mi nie odpowiadało, ale nie mogłem się odzywać niepytany. Doszedłem do wniosku, że chwilowo obejdą się beze mnie. Fraa Tavener (znany również jako Barb) stał za plecami fraa Jaada i patrzył na suur Asquin jak ptak na gąsienicę; nie mógł się doczekać, kiedy będzie mógł ją splantować. Mrugnąłem do niego porozumiewawczo, ale nie zauważył.
Wyszedłem z jadalni (drzwi były miękko obite, żeby wyciszyć rozmowy) i znalazłem się w korytarzu pełniącym rolę śluzy dźwiękowej, zakończonym drugimi tapicerowanymi drzwiami. Pchnąłem je (były zawieszone wahadłowo i pozbawione klamki) i wszedłem do kuchni. Znienacka ogarnął mnie żar, zgiełk i światło.
Oraz dym, ponieważ Arsibalt coś podpalił. Zacząłem się przesuwać w stronę kubła z piaskiem, ale nie widząc żadnych płomieni, darowałem sobie ten pomysł. Z głośnika dobiegał głos suur Asquin — państwo sekularne przysłało itów, żeby zainstalowali taki system jednostronnej komunikacji, dzięki któremu my w kuchni (oraz inni gdzieś bardzo daleko) słyszeliśmy każde słowo wypowiedziane w messalanie.
— Co się stało? — spytałem.
— Nic. A, o tym mówisz… Spaliłem kotlet. Ale to nic, jest ich więcej.
— To po co mnie ściągnąłeś?
Arsibalt zerknął pokornie na zawieszoną na ścianie deskę, z której zwisało siedem sznurków; sześć z nich było opisanych imionami posługaczy.
— Bo się tu rozpaczliwie nudzę! — odparł. — Ta rozmowa jest beznadziejnie głupia.
— Dopiero się zaczęła. To był tylko wstęp. Wymiana uprzejmości.
— Ja się nie dziwię, że ludzie chcą znieść tradycję messalu. Jeśli to jest miarodajna próbka…
— W jaki sposób miało ci pomóc pociągnięcie za mój sznurek?
— Taka tutejsza tradycja. Czytałem o tym. Jeżeli dialog jest nudny, posługacze okazują swoją dezaprobatę, głosując nogami: wychodzą do kuchni. Donowie powinni to zauważyć.
— Szansa, że to zadziała akurat na tych ludzi, jest równie nikła jak prawdopodobieństwo, że się po tej kolacji nie rozchorują.
— Od czegoś trzeba zacząć.
Podszedłem do deski, wziąłem do ręki kredę i dopisałem „Emman Beldo” przy jedynym nieopisanym sznurze.
— Tak się nazywa?
— Tak. Rozmawiałem z nim po plenum.
— Dlaczego nie pomógł nam z gotowaniem?
— Do jego obowiązków należy między innymi obwożenie pani sekretarz po koncencie. Przyjechali dosłownie pięć minut temu. Poza tym to statysta, a statystom i tak nie wolno gotować.
— Ras ma rację — poparła mnie suur Tris, wchodząc od strony ogrodu z owiniętym w zawój naręczem drewna na opał. — Nawet wy dwaj sprawiacie wrażenie lekko upośledzonych w tej materii.
Otworzyła drzwiczki pieca i obrzuciła palenisko krytycznym spojrzeniem.
— Wkrótce dowiedziemy, co naprawdę jesteśmy warci — zapewnił ją Arsibalt, sięgając po olbrzymi nóż kuchenny, jak wyzwany na pojedynek barbarzyński wojownik. — Piec, produkty, sposób krojenia mięsa… Wszystko tutaj wydaje się nam nowe i dziwne.
Jak na komendę — tak jakby słowo „dziwne” wywołało u nas to samo skojarzenie — spojrzeliśmy z Arsibaltem na ciężki gar z gulaszem, zepchnięty daleko w głąb płyty w nadziei na to, że buchające zeń opary staną się mniej śmierdzące, jeśli będą dolatywać z większej odległości.
Suur Tris poprzesuwała węgle w palenisku i dorzuciła do pieca z taką precyzją, jakby przeprowadzała operację na otwartym mózgu. Wcześniej się z niej podśmiewaliśmy, dopóki nasze własne wysiłki (nakierowane na podobny cel) nie wywołały skutków, jakie zazwyczaj kojarzą się z użyciem strategicznej broni nuklearnej. Od tamtej pory przyglądaliśmy się jej ze skruchą.
— Pani sekretarz dziwnie zagaiła rozmowę — zauważyłem. — Od stwierdzenia, że ten messal to taki kosz na odpadki.
— Nie zgadzam się z tobą — zaoponowała Tris. — Moim zdaniem świetnie to rozegrała. Chce ich zmobilizować.
Była pulchna i niezbyt urodziwa, ale miała osobowość pięknej dziewczyny, ponieważ wychowała się w matemie.
— Ciekawe, czy ta sztuczka zadziała na mojego dona — ciągnąłem. — Chętnie by się stąd wyniósł, żeby móc jadać z fajnymi ludźmi.
Zadzwonił dzwonek. Spojrzeliśmy w jego kierunku: nad siedmioma sznurami wisiało siedem dzwonków, połączonych długimi tasiemkami (przeciągniętymi pod podłogą) z aksamitnymi uchwytami zainstalowanymi pod blatem stołu w messalanie. Pociągając za uchwyt, każdy don mógł dyskretnie przywołać swojego posługacza.
Dzwonek zadźwięczał raz, znieruchomiał, a potem rozdzwonił się przenikliwie, szarpiąc się raz za razem, coraz gwałtowniej, jakby chciał zeskoczyć ze ściany. Był opisany „Fraa Lodoghir”.
Wróciłem do messalanu, podszedłem od tyłu do Lodoghira i pochyliłem się nad nim.
— Wywal tę edharską breję — szepnął. — Jest absolutnie niezjadliwa.
— Powinieneś zobaczyć, jak gotują matarrhici — mruknąłem w odpowiedzi.
Fraa Lodoghir zerknął ponad stołem na deklaranta lub deklarantkę o twarzy zakrytej zawojem (rano tajemnicza postać razem ze mną wzięła udział w przygarnięciu). Naciągnięty z boków głowy materiał tworzył rodzaj tunelu, który następnie został spuszczony na twarz, zostawiając tylko u dołu otwór do przyswajania jedzenia (jeżeli można tak nazwać to, co matarrhici wkładali do ust podczas posiłków).
— Zjem nawet to, co tamten cudak — wysyczał Lodoghir. — Byle nie to świństwo!
Spojrzałem znacząco na fraa Jaada, który jadł, aż mu się uszy trzęsły, po czym skonfiskowałem talerz fraa Lodoghira i cofnąłem się od stołu, cały szczęśliwy, że mam pretekst, żeby wrócić do kuchni.
Wyrzuciłem porcję Lodoghira do śmieci.
— Absolutnie niezjadliwa — powtórzyłem.
— Może powinniśmy mu dosypać jestokeju — zasugerował Arsibalt.
— Albo czegoś mocniejszego.
Zanim jednak zdążyliśmy zaangażować się w realizację tego obiecującego planu, otworzyły się tylne drzwi i do kuchni weszła dziewczyna opatulona hektarem ciężkiego, szorstkiego czarnego zawoju i przewiązana dziesięciomilowym sznurem. W rękach trzymała sferę wgniecioną na podobieństwo miski i pełną zieleniny. Na dworze przykrywała głowę, ale teraz odstawiła sałatkę na stół i odrzuciła kaptur, odsłaniając idealnie gładką kopułę czaszki zroszoną kropelkami potu: dzień był ciepły, a ona za grubo ubrana.