Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7245-544-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]». Краткое содержание книги:
Dwa lata po ujawnieniu przeze mnie spisku, mającego nie dopuścić istnienia Wormwoodu do wiadomości publicznej, uwaga ludzi już się odwraca. A przecież musimy zacząć pracować nad wielkim projektem naszego przetrwania.
Wormwood ma już pewne skutki wyprzedzające. Okrutną ironią jest fakt, że kiedy po raz pierwszy w historii zaczynamy wspólnie i odpowiedzialnie kierować naszą przyszłością, perspektywa Dnia Wormwoodu wydaje się odbierać tym wysiłkom wszelki sens. Widzieliśmy już przerwanie rozmaitych programów zmniejszenia emisji gazów, likwidacje rezerwatów przyrody, rozszerzenie skali poszukiwań paliw nieodnawialnych, przyspieszone wymieranie zagrożonych gatunków. Skoro i tak jutro mają wyburzyć nasz dom, możemy przecież jeszcze dzisiaj spalić meble.
Żaden z naszych problemów nie jest nierozwiązalny — nawet Wormwood. Wydaje się jednak oczywiste, że aby przetrwać, my, ludzie, musimy działać mądrze i z poświęceniem, jakie w całej naszej długiej i splątanej historii było nam niedostępne.
Mimo to jednak nie tracę nadziei, a opieram ją na poczuciu człowieczeństwa i na ludzkiej pomysłowości. Znaczący jest, moim zdaniem, fakt, że Wormwood został odkryty nie przez zawodowców, którzy akurat nie patrzyli w tamtą stronę, ale przez amatorów, obserwatorów nieba, którzy ustawiali na podwórzach automatyczne teleskopy i używali niemal darmowych programów, by przeskanować obrazy detektorów optycznych w poszukiwaniu zmiennych błysków światła. To oni nie zgodzili się na tajemnicę, narzuconą przez rząd, który próbował ukryć ich wyniki. W takich właśnie grupach — oddanych, inteligentnych, współpracujących ze sobą, upartych, nie poddających się impulsom samobójczym, hedonistycznym czy egoistycznym, szukających nowych rozwiązań, które rzucą wyzwanie zadufaniu profesjonalistów — może tkwić nasza największa nadzieja na przetrwanie…
5. Wirtualne niebo
Bobby spóźnił się do Krainy Objawienia. Kate wciąż czekała na niego na parkingu, kiedy tłumy podstarzałych wyznawców zaczęły przeciskać się przez bramę wielkiej betonowo-szklanej katedry Billyboba Meeksa.
Ta katedra była kiedyś stadionem futbolowym; musieli usiąść w tylnych rzędach jednego z sektorów, a kolumny całkowicie zasłaniały im widok. W tłumie pracowali sprzedawcy hot dogów, orzeszków, napojów i rozrywkowych narkotyków, a z głośników płynęła muzyka. Kate rozpoznała Jeruzalem, oparty na wielkim poemacie Blake’a o legendarnej wizycie Chrystusa w Brytanii; teraz był to hymn nowej Anglii, która nastała po Zjednoczonym Królestwie.
Cała powierzchnia stadionu była pokryta lustrami, dzięki czemu odbijała błękitne niebo i wielkie grudniowe chmury. Pośrodku stał gigantyczny tron, pokryty kamieniami migoczącymi zielenią i błękitem; prawdopodobnie zanieczyszczony kwarc, pomyślała Kate. W powietrzu rozpylano wodę, a łukowe lampy tworzyły spektakularną tęczę. Kolejne lampy, podtrzymywane przez roboty, unosiły się w powietrzu przed tronem. Obok krążyły mniejsze trony, na których siedzieli starcy: kobiety i mężczyźni okryci bielą, ze złotymi koronami na pomarszczonych czołach.
Po stadionie krążyły też bestie rozmiaru ciężarówek. Wydawały się groteskowe; każdą część ich ciał pokrywały mrugające oczy. Któraś z bestii rozpostarła wielkie skrzydła i jak orzeł przefrunęła kilka metrów.
Od czasu do czasu bestie ryczały na tłum, a ich wzmocnione wrzaski rozlegały się z głośników. Ludzie wstawali i bili brawo, jakby cieszyli się z udanego zagrania.
Bobby był dziwnie nerwowy. Miał na sobie dopasowany, jednoczęściowy kostium w kolorze szkarłatu, a na szyi zmieniającą kolory chustkę. Wyglądał na dwudziestopierwszowiecznego eleganta, tak nie na miejscu w tym smętnym, podstarzałym tłumie jak diament w dziecięcej kolekcji kamyków z plaży.
Wzięła go za rękę.
— Dobrze się czujesz?
— Nie zdawałem sobie sprawy, że wszyscy będą tacy starzy. Miał rację, oczywiście. Ta kongregacja była znakomitą próbką
siwiejącej Ameryki. Wiele osób nosiło gniazda wzmacniaczy percepcyjnych, wyraźnie widzialne na karku; przez stymulację produkcji neurotransmiterów i molekuł adhezyjnych miały zwalczać choroby związane z wiekiem, takie jak Alzheimer.
— Idź do dowolnego kościoła w kraju, a zobaczysz to samo, Bobby. To smutne, ale ludzie czują pociąg do religii, kiedy zbliżają się już do śmierci. A teraz starych ludzi jest więcej. Być może, skoro zbliża się Wormwood, wszyscy czujemy muśnięcie cienia. Billybob surfuje po demograficznej fali. Zresztą ci ludzie nie gryzą.
— Może i nie. Ale pachną. Nie czujesz tego? Roześmiała się.
— Nie należy wkładać najlepszych spodni, kiedy rusza się walczyć o wolność i prawdę.
— Co?
— Henrik Ibsen.
Jakiś człowiek stanął na wielkim centralnym tronie. Był niski, gruby, a twarz lśniła mu od potu. Jego wzmocniony głos zahuczał na stadionie:
— Witajcie w Krainie Objawienia! Czy wiecie, czemu tu jesteście? — Wskazał palcem. — Czy ty wiesz? A ty? Posłuchajcie mnie teraz: „Doznałem zachwycenia w dzień Pański i posłyszałem za sobą potężny głos jak gdyby trąby mówiącej »Co widzisz, napisz w księdze…«„ — I podniósł lśniącą księgę.
Kate pochyliła się do Bobby’ego.
— Poznaj Billyboba Meeksa. Ujmujący, prawda? Klaszcz ze wszystkimi. To mimikra.
— Co się tu dzieje, Kate?
— Najwyraźniej nigdy nie czytałeś Apokalipsy. To obłąkana puenta Biblii. — Wskazała ręką. — Siedem lamp ognistych. Dwadzieścia cztery trony wokół jednego, wielkiego. Apokalipsa pełna jest magicznych liczb: trzy, siedem, dwanaście. I bardzo szczegółowo opisuje koniec świata. Dobrze chociaż, że Billybob używa tradycyjnej wersji, a nie współczesnej, poprawionej dla wykazania, że data Wormwoodu, 2534, była w tekście od samego początku… — Westchnęła. — Astronomowie, którzy odkryli Wormwood, nie zrobili nikomu przysługi, nazywając go w ten sposób. To piołun, a piołun występuje w Apokalipsie. Rozdział ósmy, wers dziesiąty: „I trzeci anioł zatrąbił: i spadła z nieba wielka gwiazda, płonąca jak pochodnia, a spadła na trzecią część rzek i na źródła wód. A imię gwiazdy zowie się Piołun…”
— Nie wiem, dlaczego mnie tutaj zaprosiłaś. Właściwie to nawet nie wiem, jak zdołałaś przesłać wiadomość. Kiedy mój ojciec cię wyrzucił…
— Hiram nie zdobył jeszcze władzy absolutnej, Bobby — odparła. — Nawet nad tobą. A dlaczego? Sam popatrz.
Unoszący się nad ich głowami robot miał na kadłubie gładki, prosty napis: GRAINS. Nurkował w tłum, reagując na wezwania członków kongregacji.
— Grains? — zdziwił się Bobby. — Akcelerator umysłu?
— Tak. Specjalność Billyboba. Znasz Blake’a? „Zobaczyć świat w ziarenku piasku, I niebo w dzikim kwiecie, Trzymać na dłoni nie skończoność, I wieczność w jednej godzinie…” Chodzi o to, że jeśli weźmiesz grains, twoja percepcja czasu gwałtownie przyspieszy. Subiektywnie będziesz mógł więcej myśleć, doznawać większej liczby przeżyć w tym samym czasie zewnętrznym. Dłuższe życie, dostępne wyłącznie u Billyboba Meeksa. Bobby kiwnął głową.
— I co w tym złego?
— Bobby, rozejrzyj się. Starzy ludzie boją się śmierci. Z tego powodu stają się podatni na takie bzdury.
— Jakie bzdury? Przecież grains rzeczywiście działa.
— W pewnym sensie. Wewnętrzny zegar mózgu u ludzi starszych istotnie pracuje wolniej. A Billybob grzebie w tym mechanizmie.
— A w czym tkwi problem?
— W efektach ubocznych. Grains stymuluje produkcję dopaminy, która jest głównym chemicznym nośnikiem informacji mózgu. Próbuje zmusić mózg starego człowieka, żeby pracował tak szybko jak mózg dziecka.