Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]
Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]

Электронная книга - «Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]». Краткое содержание книги:

„Milion nowych dni” to powieść, której akcja rozgrywa się dwa wieki później, i w której pewien wierny małżonek zostaje uwikłany w biologiczny eksperyment związany z konsekwencjami nieśmiertelności. Powieść ciekawie napisana, niemal sensacyjna, ale wartka akcja to nie jest jej jedyny walor. Ciekawe jest również tło, w którym rzecz się dzieje. Autor wykazuje się wieloma nowymi, świeżymi pomysłami na temat, jak może wyglądać codzienne życie za dwieście lat. Taki np. klucz hotelowy wysyłający impulsy działające na fluoryzujące pod ich wpływem strzałki na ścianach korytarzy, i w ten sposób wskazujące drogę do własnego pokoju, mógłby być stosowany już dziś.
1 ... 9 10 11 12 13 14 15 16 17 ... 41
Перейти на страницу:

Odwróciła się obojętnie, a Carewe mimowolnie przytknął rękę do gładkiej, pozbawionej zarostu twarzy. Rozzłoszczony, przez chwilę odprowadzał ją wzrokiem, a potem ruszył szybko do drzwi, żeby dogonić Ritchiego. Jego młodszy kolega mieszkał niedaleko, w Three Springs, w związku z czym jeździł samochodem drogowym o niskim zawieszeniu, który wydał się mu dziwny w porównaniu z komfortowym, bardziej stabilnym bolidem. Carewe klapnął na fotel pasażerski obok Ritchiego i przygnębiony wyglądał przez boczne okno. Był wstrząśnięty reakcją Marianny, która nagle przestała widzieć w nim człowieka. Zadawał sobie w duchu pytanie, czy też by się tak zirytował, gdyby naprawdę się ostudził? Atena była jego żoną, lecz w pewnym sensie spodziewał się właściwie jej przemiany, natomiast Marianna była dla niego nikim więcej, jak tylko kobietą, która dawała mu kiedyś regularnie do zrozumienia, że poleci na każde jego skinienie, lecz z jakichś nie wyjaśnionych przyczyn nabrał przekonania, że jego pozorne utrwalenie się nie wpłynie znacząco na ich przyjaźń.

— No, to jesteśmy na miejscu — oznajmił Ritchie wjeżdżając na parking.

— Na miejscu? Gdzie?

— W Świątyni Astarte.

— Jedź dalej — burknął Carewe. — Nawet kiedy byłem sprawny, nie ciągnęło mnie nigdy do burdeli, a…

— Nie denerwuj się, Will — przerwał mu Ritchie i wyłączył silnik turbinowy. — Nikt ci nie każe wchodzić na górę, a nie masz chyba nic przeciwko temu, żebym trochę zarobił?

Carewe znów miał wrażenie, że nim manipulują, że daje się wodzić za nos, ale wysiadł z samochodu i ruszył do wejścia Świątyni. Podeszła do nich smukła dziewczyna odziana w blask rzucany przez niebieskofioletowy świetlny naszyjnik, niosąc kasetkę na pieniądze. Obrzuciła spojrzeniem gładko wygoloną szczękę Carewe’a, natychmiast przestała się nim interesować i obróciła się do Ritchiego, który wyjął z sakwy stunowodolarowy banknot i wrzucił go do kasetki.

— Astarte zaprasza was do swojego przybytku — szepnęła dziewczyna i wprowadziła ich do wielkiego baru, który zajmował cały parter budynku.

— Nie rozumiem — powiedział Carewe. — Wydawało mi się, że działalność tych lokali polega na tym, że to dziewczęta płacą wam, a nie odwrotnie.

Ritchie westchnął ciężko.

— Czy wy, księgowi, zawsze jesteście tacy niepraktyczni? Oczywiście, że dziewczęta nam płacą, ale przybytek też musi mieć z tego jakiś dochód. Te sto dolców za wstęp zapewnia lokalowi ekskluzywność i pokrywa koszty utrzymania, a zresztą tacy jak ja i tak na tym zarabiają pobierając daninę od dziewcząt.

— O! A ile wynosi ta danina?

Ritchie wzruszył ramionami z rozmyślną niedbałością, przeciskając się w kierunku baru przez zatłoczony wielobarwny półmrok.

— Dwadzieścia nowych dolarów za zaspokojenie.

— Teraz rozumiem, dlaczego ten przybytek jest dochodowy — rzekł Carewe z przekąsem.

— Co to za aluzje, ty chłodnicze jajo? — zapytał ostro Ritchie. — Myślisz, że nie odzyskam tej setki? Poczekaj, to zobaczysz, wapniaku. Czego się napijesz?

— Whisky.

Ritchie dotarł do lustrzanego kontuaru i przytknął do oka autobarmana swój kredysk.

— Jedna szkocka i jedna zaprawiana — powiedział do zakratowanego otworu.

Wysunęły się dwie oszronione szklaneczki, brzeg jednej rozsiewał delikatny różowy blask, wskazując, że zawiera ona coś jeszcze oprócz alkoholu. Carewe sięgnął po niczym nie wyróżniającą się szklaneczkę i popijając uśmierzający troski trunek rozejrzał się krytycznie wokół siebie. Większość otaczających go osób stanowili sprawni w różnym wieku. Hostessy, strojne w świetlne naszyjniki, krążyły między stolikami i kabinami niczym kolumny zastygłych płomieni. Na sali znajdowało się też kilku ostudzonych, ubranych, jak spostrzegł z ulgą, całkiem zwyczajnie i rozmawiających z kompanami z pozoru najnormalniej w świecie.

— Bądź spokojny, Willy — odezwał się Ritchie, jakby czytał w myślach Carewe’a. — To normalny lokal, nikt cię tu nie będzie nagabywał.

Wątpliwości, jakie ogarnęły Carewe’a na myśl o spędzeniu całego wieczoru w towarzystwie Ritchiego, raptem przybrały na sile.

— Nie jestem szczególnym zwolennikiem zakazów ze społecznego punktu widzenia — rzekł obojętnie — ale czy nigdy nie słyszałeś, że niesprawni mężczyźni nie znoszą, kiedy zalicza się ich do potencjalnych homoseksualistów?

— Przepraszam, profesorze. A co ja takiego powiedziałem?

— Dlaczego miałby mnie ktoś nagabywać?

— Mówiłem już, że przepraszam. — Ritchie jednym haustem wychylił prawie całą szklaneczkę i uśmiechnął się. — Nie gorączkuj się tak, wapniaku, ja uważam, że wszystkie zakazy trzeba łamać. To jedyny inteligentny sposób na życie.

— Wszystkie zakazy?

— A jak.

— Jesteś pewien?

— Jak najbardziej. — Ritchie odstawił szklaneczkę. — Napijmy się jeszcze po jednym — zaproponował.

— Masz, skosztuj tego, ledwie napocząłem.

To mówiąc, Carewe odciągnął w pasie spodnie Ritchiego i wlał mu zawartość swojej szklaneczki, po czym puścił elastyczny materiał, który z trzaskiem powrócił na miejsce.

— Co u…? — wykrztusił Ritchie, któremu słowa uwięzły w gardle. — Co robisz?

— Łamię zakaz dotyczący wlewania alkoholu komuś w spodnie. Ja też chcę inteligentnie żyć.

— Czyś ty oszalał? — Ritchie spojrzał na mokrą plamę wędrującą w dół po jego szczupłych nogach, a potem z rosnącym gniewem, zaciskając pięści, podniósł wzrok na Carewe’a. — Za to, coś zrobił, stłukę cię na kwaśne jabłko.

— Tylko spróbuj — odparł Carewe z powagą. — Ale pamiętaj, że wtedy stracisz te sto nowych dolarów, które zapłaciłeś za wstęp.

— A więc chłopcy nie mylili się co do ciebie.

— Jak to?

— A tak to. Że jesteś tak samo podejrzany jak zegarek za dwa dolary. — Ritchie przysunął raptownie twarz do twarzy Carewe’a. — Wszyscy wiemy, dlaczego Barenboim tak cię winduje w górę. Gdzieście się obaj podziewali, kiedy wyjechaliście niby to do Pueblo?

Carewe, który w całym swoim dorosłym życiu nigdy jeszcze nikogo nie skrzywdził, uderzył Ritchiego pięścią w szyję. Wprawdzie zadał ten cios niefachowo, ale wyższy od niego Ritchie zwalił się na kolana chrypiąc przeraźliwie i z trudem chwytając oddech. Ni stąd, ni zowąd z wirującego półmroku wyłoniła się grupka krzepkich kobiet w skórzanych hełmach na głowach. Chwyciły Carewe’a za ręce i wyprowadziły go z baru. W hallu przytrzymano go przez chwilę nieruchomo przed teledetektorem, żeby komputer zapamiętał jego twarz i wciągnął do rejestru niepożądanych gości, a potem sprowadzono go po schodach na dół i puszczono wolno. Wchodzący do świątyni mężczyźni dawali wyraz żartobliwym domysłom, z jakiego to powodu wyrzuca się z burdelu ostudzonego, ale nie wprawiło go to wcale w zakłopotanie. Od dłuższego czasu wzbierała w nim chęć uderzenia kogoś i był wdzięczny Ritchiemu za to, że dał mu pretekst. W prawej ręce jako wspomnienie zadanego ciosu pozostało mu mrowienie podobne do elektrycznych impulsów i w myślach niemal pogodził się z Ateną.

Dopiero znacznie później, kiedy przebrał miarę w piciu whisky, zaczęła go gnębić myśl o tym, że Ritchie — w końcu dość daleki znajomy — wyrażał się tak, jakby wiedział o jego „potajemnych” konszachtach z Barenboimem. A przecież zarówno Barenboim, jak i Pleeth dołożyli wszelkich starań, żeby nie dopuścić do przecieku informacji wskazujących na związek Carewe’a z E.80. Czyżby popełniono jakiś błąd?

1 ... 9 10 11 12 13 14 15 16 17 ... 41
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)