Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– To znaczy, że nie zobaczę ani jednego solą z tych piętnastu tysięcy, które panu dałem? – powiedział Ambrosio.
– Kogoś, kto by mi zwrócił przynajmniej to, co ci wypłaciłem jako zaliczkę – powiedział don Hilario. – Będzie tego już tysiąc dwieście solów, tu masz kwity. Co, może nie pamiętasz?
– Idź na policję, złóż na niego skargę – powiedziała Amalia. – Niech mu każą zwrócić twoje pieniądze.
Tego dnia, podczas gdy Ambrosio siedząc na połamanym krześle palił jednego papierosa za drugim, Amalia poczuła to nieokreślone pieczenie, to dojmujące ssanie w żołądku, takie jak w najgorszych chwilach spędzonych z Trinidadem: więc znowu, nawet i tutaj, zacznie się pasmo nieszczęść? W milczeniu jedli obiad, a potem zajrzała na plotki doña Lupe, ale widząc, że oboje są nie w humorze, zaraz się pożegnała. Wieczorem, kiedy się położyli, Amalia go spytała no i co teraz zrobisz. On jeszcze nie wie, Amalio, właśnie się zastanawia. Nazajutrz Ambrosio wyszedł raniutko i nie wziął nawet jedzenia na drogę. Amalia miała mdłości i kiedy koło dziesiątej przyszła doña Lupe, akurat wymiotowała. Właśnie opowiadała o wszystkim doñi Lupe, kiedy wrócił Ambrosio: jak to, nie pojechał do Tingo? A nie, „Górska Błyskawica” jest w remoncie. Poszedł do ogrodu i całe rano tam przesiedział, bardzo zamyślony. W południe Amalia go zawołała na obiad i kiedy jedli, nagle wpadł do domu jakiś mężczyzna. Stanął przed Ambrosiem, który nawet nie zdążył się podnieść: don Hilario.
– Dziś rano strzępiłeś sobie gębę na mnie, latałeś po całym mieście – fioletowy z gniewu, doña Lupe, i tak krzyczał, że Amalita Hortensja zaczęła płakać. – Rozgadywałeś na rynku, że Hilario Morales ukradł ci forsę.
Amalia znowu dostała mdłości, tak samo jak po śniadaniu. Ambrosio nawet nie drgnął: dlaczego nie wstał, dlaczego nic nie mówił? Nic, siedział jak przedtem i patrzył na tego grubasa, który wrzeszczał i wrzeszczał.
– Jesteś nie tylko głupi, jesteś bezczelny plotkarz – krzyczał. – Zachciało ci się rozgadywać ludziom, że pójdziesz ze skargą na policję? No to już, doskonale. Wstawaj, idziemy.
– Ja teraz jem obiad – zdołał mruknąć Ambrosio. – Czego pan chce, don, gdzie mam iść.
– Na policję – ryknął don Hilario. – Powiemy wszystko komendantowi. Zobaczymy, kto komu jest winien, ty niewdzięczniku.
– Niech pan się nie gniewa, don Hilario – poprosił Ambrosio. – Naopowiadali panu jakichś łgarstw. Niech pan nie wierzy plotkarzom. Proszę siadać, don, może piwka?
Amalia ze zdumieniem patrzyła na Ambrosia: uśmiechał się, podsuwał gościowi krzesło. Zerwała się z miejsca, pobiegła do ogrodu i wymiotowała w zarośla. Stamtąd słyszała, co mówi don Hilario: nie przyszedł na piwo, przyszedł, żeby postawić kropkę nad i, no wstawaj, idziemy na policję. I głos Ambrosia, coraz pokorniejszy, przymilny: dlaczego pan mu nie ufa, don, on się tylko użalał, że ma pecha, don.
– No więc na przyszłość żeby mi nie było gróźb ani gadania – powiedział don Hilario, już trochę spokojniejszy. I żebyś się nie ważył szargać mojego nazwiska.
Amalia widziała, jak się zbiera, idzie do drzwi, a na progu jeszcze raz się odwrócił i krzyknął: nie chce go widzieć u siebie, nie chce mieć za kierowcę takiego niewdzięcznika, jak ty, w poniedziałek może przyjść po wypłatę. No tak, znowu się zaczęło. Ale była bardziej zła na Ambrosia niż na don Hilaria i pędem przybiegła do domu:
– Dlaczego pozwoliłeś, żeby na ciebie wrzeszczał, dlaczego się poniżałeś. Dlaczego nie poszedł na policję, żeby go oskarżyć.
– Dla ciebie – powiedział Ambrosio patrząc na nią ze smutkiem. – Pomyślałem o tobie. Już zapomniałaś? Już nie pamiętasz, czemu jesteśmy w Pucallpa? To dla ciebie nie poszedłem na policję, dla ciebie się poniżyłem.
Rozpłakała się, prosiła, żeby jej wybaczył, a w nocy znowu wymiotowała.
– Dał mi sześćset solów odszkodowania – mówi Ambrosio.
– Nie wiem, jakeśmy za to przeżyli cały miesiąc. Przez cały czas chodziłem za pracą. W Pucalipa łatwiej znaleźć złoto niż pracę. W końcu trafiła mi się głodowa posada kierowcy autobusu w Yarinacocha. A niedługo potem dostałem tego najgorszego kopniaka, paniczu.
VI
Czy byłeś szczęśliwy w ciągu tych pierwszych miesięcy małżeństwa, Zavalita, kiedy nie widywałeś się ze starymi ani z rodzeństwem, kiedy prawie nic o nich nie wiedziałeś? Miesiące wyrzeczeń i długów, ale jakoś o nich zapomniałeś, a złych okresów w życiu się nie zapomina, myśli. Myśli: więc może i byłeś szczęśliwy, Zavalita. Może ta monotonia i to ciągłe oszczędzanie to było szczęście, może był szczęściem ten brak zapału i przekonania, i ambicji, to łagodne umiarkowanie we wszystkim. Nawet w łóżku, myśli. Pokój w pensjonacie wkrótce okazał się niewygodny. Doña Lucía pozwoliła Annie korzystać z kuchni, ale w takich godzinach, kiedy sama tam nic nie robiła, wobec czego Anna i Santiago musieli jadać posiłki bardzo wcześnie albo bardzo późno. Potem Anna i doña Lucía zaczęły się kłócić o łazienkę i o stół do prasowania, o miotełki i szczotki, o zniszczone firanki i pościel. Anna chciała wrócić do „La Maison de Santé”, ale nie było dla niej miejsca, i dopiero po dwóch czy trzech miesiącach znalazła pracę na pół etatu w klinice Delgado. Wtedy zaczęli się rozglądać za mieszkaniem. Wracając z „Kroniki” Santiago zastawał Annę nad ogłoszeniami w gazecie i kiedy się rozbierał, ona mu opowiadała, co robiła i gdzie była. To było jej szczęście, Zavalita: zakreślać ogłoszenia, dzwonić, pytać i targować się, obejrzeć z pięć czy sześć mieszkań po wyjściu z kliniki. A jednak to właśnie Santiago przypadkiem natrafił na domek krasnoludków w osiedlu Porta. Robił wywiad z kimś, kto mieszkał w Benavides, i idąc ulicą Diagonal odkrył to osiedle. Właśnie takie: czerwonawy f ront domów, maleńkie domki kranosludków stojące równymi szeregami wokół wysypanego żwirem prostokąta, małe okienka z kratami i okiennicami i geranie w ogródkach. Zobaczył ogłoszenie: mieszkanie do wynajęcia. Trochę się wahali, osiemset solów to sporo. Ale już mieli dość niewygody w pensjonacie i sprzeczek z doña Lucía i wzięli to mieszkanie. Po trochu umeblowali dwa puste pokoiki tanimi sprzętami kupionymi na raty.
Jeżeli Anna miała dyżur rano, Santiago budząc się zastawał przygotowane śniadanie, które trzeba było tylko odgrzać. Siedział w domu i czytał aż do chwili, kiedy musiał iść do redakcji, albo też wychodził załatwić jakieś sprawunki, a koło trzeciej wracała Anna. Jedli obiad, o piątej wychodził do pracy i wracał o drugiej w nocy. Anna przerzucała pisma, słuchała radia albo grała w karty z sąsiadką Niemką, mitomanką, która miała tysiąc różnych zawodów (raz była agentką Interpolu, raz na wygnaniu politycznym, to znowu okazywała się przedstawicielką konsorcjów europejskich, wysianą do Peru w jakiejś tajemniczej misji) i mieszkała sama, a w słoneczne dni opalała się w kostiumie kąpielowym na żwirowanym placyku. I sobotni rytuał, Zavalita, bo to był twój wolny dzień. Wstawali późno, jedli obiad w domu, szli na poranek do dzielnicowego kina, na spacer przez Malecones albo przez Parque Necochea, albo aleją Prado (o czym rozmawialiśmy? myśli, o czym rozmawiamy?), zawsze wybierając miejsca mniej uczęszczane, żeby nie natknąć się na Chispasa, na starych czy na Teté, na kolację wstępowali do taniej restauracji („Colinita”, myśli, a przed pierwszym „Gambrinus”), wieczorem znów dawali nurka do jakiegoś kina, na premierę, jeżeli starczało pieniędzy. Na początku wybierali filmy po połowie dla każdego z nich: meksykański po południu, kryminał albo western wieczorem. Teraz prawie wyłącznie meksykańskie, myśli. Zacząłeś ustępować dla świętego spokoju czy dlatego, że już i na tym ci przestało zależeć, Zavalita? Którejś soboty pojechali na cały dzień do Ica, do rodziców Anny. Nie składali wizyt, nie chodzili do nikogo, nie mieli przyjaciół.