Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
I rzeczywiście, Teté wpadła jeszcze raz po południu i kiedy Santiago wychodził do „Kroniki”, siedziały razem z Anną i paplały jak najlepsze przyjaciółki. Wrócił z pracy i Anna przywitała go uśmiechem: spędziły razem całe popołudnie, Teté jest bardzo miła, przekonała ją. Czy nie lepiej się wreszcie pogodzić z twoją rodziną, kochanie?
– Nie – powiedział Santiago. – Lepiej nie. Nie mówmy już o tym.
Ale aż do niedzieli dzień i noc kłócili się ciągle o to samo, no jak, kochanie, namyśliłeś się, pójdą? Anna obiecała Teté, że tak, kochanie, i w sobotę wieczorem poszli spać skłóceni. W niedzielę raniutko Santiago pobiegł zatelefonować z apteki.
– Co się tak grzebiecie? – powiedziała Teté. – Umówiłyśmy się z Anną, że będziecie do ósmej, żeby mi pomóc. Chcesz, żeby Chispas po was przyjechał?
– Nie przyjdziemy – powiedział Santiago. – Ściskam cię i pamiętaj o widokówkach, Teté.
– Myślisz, że cię będę błagać, ty idioto? – powiedziała Teté. – Jesteś zakompleksiony. Przestań się wygłupiać i zaraz przychodź, bo jak nie, to cię nie chcę znać, mądralo.
– Jak się będziesz złościć, to zbrzydniesz, a przecież musisz ślicznie wyglądać, bo ci będą robić zdjęcia – powiedział Santiago. – Całuję cię, Teté, i wpadnijcie do nas, jak wrócicie z podróży.
– Nie bądź taki obrażalski – zdążyła jeszcze powiedzieć Teté. – Przyjdź, przyjdźcie razem z Anną. Zrobili chupe specjalnie dla ciebie, idioto.
Zanim wrócił do domku krasnoludków, poszedł do kwiaciarni na ulicy Larco i posłał Teté pęk róż. Najserdeczniejsze życzenia od Anny i Santiago, myśli. Anna była obrażona i nie odzywała się do niego aż do wieczora.
– Nie dla forsy? – powiedziała Queta. – No więc dlaczego? Ze strachu?
– Jak czasem – powiedział Ambrosio. – A czasem to raczej z litości. Przez wdzięczność, z szacunku. Nawet z przyjaźni, na tyle, co można. Wiem, że mi pani nie wierzy, ale tak jest. Słowo.
– Nigdy się nie wstydzisz? – powiedziała Queta. – Ludzi, przyjaciół. A może im też opowiadasz to samo co mnie?
W półmroku zobaczyła gorzkawy uśmiech na jego twarzy; okno od ulicy było otwarte, ale nie było wiatru i w nieruchomym, jasnym powietrzu jego nagie ciało zaczynało się pocić. Queta odsunęła się trochę.
– Nie mam tu przyjaciół, takich jak w mojej wsi to ani jednego – powiedział Ambrosio. – Tylko znajomych, jak ten, co teraz jest za kierowcę u don Cayo, albo jak Hipólito, ten drugi z obstawy. Oni nie wiedzą. A nawet jakby wiedzieli, to co. Oni by w tym nie widzieli nic złego, rozumie pani? Mówiłem pani, jak to było z Hipolitem i aresztowanymi, nie? Więc czemu bym miał się wstydzić przed nimi?
– A mnie nigdy się nie wstydzisz? – powiedziała Queta.
– Pani nie – powiedział Ambrosio. – Pani nie będzie o tym plotkowała na prawo i lewo.
– A czemu nie? – powiedziała Queta. – Przecież mi nie płacisz za dochowanie tajemnicy.
– Bo pani nie chce, żeby ktoś wiedział, że ja tu przychodzę – powiedział Ambrosio. – Dlatego nie będzie pani rozgadywać.
– A gdybym opowiedziała wariatce to samo, co ty mi opowiadasz? – powiedziała Queta. – Co byś zrobił, jakby naplotkowała wszystkim znajomym?
Zaśmiał się cichutko i układnie w swoim mrocznym kącie. Leżał na plecach, z papierosem w ustach, i Queta widziała obłoczki dymu, nakładające się na siebie w spokojnym powietrzu. Nie było słychać żadnego głosu, nie przejeżdżały auta, czasami tylko dochodziło do ich uszu tykanie zegarka, rozpływało się gdzieś i za chwilę rozlegało się znowu.
– To bym tu więcej nie wrócił – powiedział Ambrosio. – I straciłaby pani dobrego klienta.
– Już i tak prawie że straciłam – zaśmiała się Queta. – Dawniej przychodziłeś raz na miesiąc, raz na dwa miesiące. A teraz jak długo cię nie było? Pięć? Nawet więcej. Co się stało? Złote Jajo?
– Taka godzinka z panią to dwa tygodnie mojej pracy wyjaśnił Ambrosio. – To nie jest przyjemność na co dzień. I pani też nie zawsze jest w domu. W tym miesiącu przychodziłem trzy razy i pani nie było.
– Co by ci zrobił, jakby wiedział, że tu przychodzisz? – powiedziała Queta. – Złote Jajo.
– To nie jest tak, jak pani myśli – powiedział Ambrosio szybko, z całą powagą. – To nie żaden łobuz ani tyran. Prawdziwy wielki pan, już pani mówiłem.
– Co by ci zrobił? – nalegała Queta. – Gdybym go tak kiedy spotkała w San Miguel i powiedziała a twój Ambrosio co zarobi u ciebie, to przepuszcza ze mną.
– Pani go zna tylko z takich okazji i dlatego pani się myli – powiedział Ambrosio. – A on ma jeszcze i drugą twarz. Jest dobry, to wielki pan. Nie można go nie szanować.
Queta zaśmiała się głośniej i spojrzała na Ambrosia: wziął następnego papierosa i w krótkotrwałym blasku zapałki ukazały się jego nasycone oczy, poważna, spokojna twarz, połyskujące od potu czoło.
– Ciebie też przekabacił – powiedziała miękko. – To nie dlatego, że ci płaci i nie ze strachu. Ty lubisz być razem z nim.
– Lubię szoferowanie u niego – powiedział Ambrosio. Mam swój pokój, zarabiani więcej niż przedtem i wszyscy mnie dobrze traktują.
– A jak ściągą spodnie i mówi teraz rób swoje? – zaśmiała się Queta. – I to też lubisz?
– To nie jest tak, jak pani myśli – powtórzył Ambrosio powoli. – Wiem, co pani sobie wyobraża. Nieprawda, to nie tak.
– A jak nie chcesz, a jak nie możesz? – powiedziała Queta. – Mnie się czasami nie chce, ale co mi tam, rozkładam nogi i dobrze. Ale ty?
– Wtedy jest bardzo przykro – szepnął Ambrosio. – I mnie, i jemu też. Pani myśli, że to tak co dzień. Nie, czasem to nawet i nie będzie raz w miesiącu. Tylko jak mu się coś nie powiedzie. Ja już wiem, widzę, jak wsiada do samochodu i zaraz sobie mówię coś mu się nie udało. Robi się blady, oczy mu się zapadają, głos ma taki dziwny. Zawieź mnie do Ancón, mówi. Albo jedziemy do Ancón. Albo do Ancón. To już wtedy wiem. Przez całą drogę ani słowa. Jakby tak popatrzeć na jego minę, to by pani powiedziała ktoś mu umarł albo go zawiadomili, że ktoś mu umrze jeszcze dziś wieczór.
– No a ty co wtedy, co ty czujesz? – powiedziała Queta. – Kiedy on ci mówi jedziemy do Ancón.
– A pani czuje obrzydzenie, kiedy don Cayo mówi dziś wieczorem przyjedź do San Miguel? – zapytał Ambrosio bardzo cicho. – Kiedy pani Hortensja przysyła po panią.
– Teraz już nie – zaśmiała się Queta. – Wariatka ta moja przyjaciółka, zaprzyjaźniłyśmy się. To raczej my się z niego śmiejemy. Myślisz już się zaczyna ta udręka, czujesz, że go nienawidzisz?
– Myślę o tym, co będzie, jak przyjedziemy do Ancón, i robi mi się niedobrze – poskarżył się Ambrosio i Queta zobaczyła, że obmacuje sobie żołądek. – O, tu mi niedobrze, coś mi się zaczyna wywracać. I strach, i żal, i złości mnie to. Myślę może dzisiaj tylko będziemy rozmawiali.
– Rozmawiali? – zaśmiała się Queta. – To on cię czasem zabiera tylko na gadkę?
– Wchodzi z tą swoją miną jak z pogrzebu, zasuwa firanki i nalewa sobie kieliszek – powiedział Ambrosio zdławionym głosem. – A ja wiem, że go coś w środku gryzie, coś go zżera. On mi opowiadał, wie pani? Nawet płakał przede mną, widzi pani?
– Pośpiesz się, wykąp się, posmaruj się? – wyrecytowała Queta popatrując na niego. – Co on robi, co ci każe robić?
– Twarz mu się robi coraz bardziej blada i brakuje mu głosu – mruknął Ambrosio. – Siada, mówi usiądź. Pyta mnie o różne rzeczy, rozmawia. Robi tak, żeby była rozmowa.
– Opowiada ci o kobietach, o różnych świństwach, pokazuje fotografie i takie różne pisma? – nalegała Queta. – Bo ja to tylko rozkładam nogi. Ale ty?