Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 150 151 152 153 154 155 156 157 158 ... 163
Перейти на страницу:

– Opowiadam mu o sobie – poskarżył się Ambrosio. – O Chincha, i jak byłem mały, i o mojej matce. I o don Cayo, on mi każe mówić, wypytuje o wszystko. On tak robi, żebym się poczuł jego przyjacielem, rozumie pani?

– Żebyś się nie bał, żebyś się czuł swobodny – powiedziała Queta. – Kot z myszą. Ale ty?

– Zaczyna opowiadać o swoich sprawach, o swoich zmartwieniach – mruknął Ambrosio. – I pije, wciąż pije. Ja też. I cały czas widzę po jego twarzy, że coś go zżera, coś gryzie.

– Ty mu wtedy mówisz po imieniu? – powiedziała Queta. – Wtedy to masz śmiałość, co?

– Pani nie mówię po imieniu, chociaż od dwóch lat już tu przychodzę, nie? – poskarżył się Ambrosio. – Z niego wtedy wychodzą wszystkie zmartwienia, w interesach, w polityce, i zmartwienia z dziećmi. Mówi, mówi, i ja widzę wszystko, co się u niego dzieje, tam w środku. Mówi, że mu wstyd, sam mi to powiedział, wie pani?

– I o co tak płacze? – powiedziała Queta. – O to że ty?

– Czasem to tak będzie całymi godzinami – użalił się Ambrosio. – On mówi, a ja słucham, ja mówię, on słucha. I pijemy, aż poczuję, że już ani kropelki więcej.

– Bo ciągle nie jesteś gotów, co? – powiedziała Queta. – Tylko wódką cię podnieca?

– On czegoś dodaje do wódki – szepnął Ambrosio; głos mu zamierał, prawie ucichł, i Queta spojrzała na niego: zasłonił twarz ramieniem, jakby leżał na plaży, na słońcu. – Jak go na tym przyłapałem za pierwszym razem, to się zaraz zorientował, że ja wiem. I że się przestraszyłem. Czego pan mi tu dosypał?

– Nic takiego, to się nazywa yohimbina – powiedział don Fermín. – Patrz, do swojego kieliszka też wrzucam. Nic takiego, pijemy, pij.

– Czasem to ani wódka, ani yohimbina, ani nic – poskarżył się Ambrosio. – On sobie zdaje sprawę, ja to widzę. Ma takie oczy, że litość bierze, i taki głos. I pije, i pije. On przy mnie płakał, wie pani? Mówi wynoś się i zamyka się w swoim pokoju. Słyszę, jak rozmawia sam ze sobą, jak krzyczy. Z tego wstydu to mało nie zwariuje, wie pani?

– Gniewa się na ciebie, robi ci sceny zazdrości? – powiedziała Queta. – Myśli, że?

– To nie twoja wina, to nie twoja wina – jęczał don Fermín. – I moja też nie. Mężczyzna nie może działać na mężczyznę, ja wiem.

– Rzuca się na kolana, wie pani? – jęknął Ambrosio. – I tak się użala, a czasem to i płacze. Niech ja już będę tym, czym jestem, mówi, daj mi, niech ja już będę kurwą, Ambrosio. No widzi pani? Poniża się, cierpi. Niech ja dotknę, niech pocałuję, na kolanach, on przede mną, wie pani? Gorzej niż kurwa, wie pani?

Queta roześmiała się leniwie, przewróciła się znów na plecy i westchnęła.

– To dlatego ci go żal – mruknęła z głuchą złością. – A mnie raczej żal ciebie.

– Czasami to ani rusz – jęknął cichutko Ambrosio. – Myślę będzie na mnie zły, będzie szalał, będzie nie wiadomo co. Ale nie, nie. Idź, mówi, masz rację, zostaw mnie samego, wróć za dwie godziny, wróć za godzinę.

– A jeżeli możesz mu zrobić przyjemność? – powiedziała Queta. – To wtedy jest szczęśliwy, wyjmuje portfel i?

– Wtedy też mu wstyd – jęknął Ambrosio. – Idzie do łazienki, zamyka się i wcale nie wychodzi. Ja idę do drugiej, wchodzę pod prysznic, namydlam się. Tam jest gorąca woda i w ogóle. Wychodzę, a on jeszcze tam siedzi. I tak całe godziny, myje się, naciera kolońską wodą. Wychodzi blady i ani słowa. Idź do samochodu, mówi, ja zaraz zejdę. Zostawisz mnie w centrum, mówi, nie chce, żebyśmy razem jechali do jego domu. On się wstydzi, wie pani?

– Nie jest zazdrosny? – powiedziała Queta. – Myśli, że ty nigdy nic z kobietami?

– Nigdy o to nie pyta – powiedział Ambrosio odsłaniając twarz. – Ani co będę robił, jak mam wolne; tylko to, co mu sam opowiem. Ale ja wiem, co on by czuł, gdyby wiedział, że mam kobiety. To nie zazdrość, czy pani nie rozumie? Tylko wstyd, bałby się, że te kobiety się dowiedzą. Nic by mi nie zrobił, nie gniewałby się. Powiedziałby idź sobie, i tyle. Ja już wiem, on taki jest. On nie z tych, co zaraz by człowieka sklęli, on nie umie być niedobry dla służby. Powiedziałby trudno, masz rację, ale już sobie idź. On by cierpiał, ale tylko tyle by mi powiedział, wie pani? To prawdziwy pan, nie taki, jak pani myśli.

– Złote Jajo jest dla mnie jeszcze bardziej obrzydliwy niż Cayo Śmierdziel – powiedziała Queta.

Tej nocy, na początku ósmego miesiąca, poczuła bóle w krzyżu i Ambrosio, na pół śpiąc i niechętnie, masował jej plecy. Obudziła się rozpalona i taka słaba, że kiedy Amalita Hortensja zaczęła marudzić, ona też się rozpłakała na samą myśl o tym, że musi wstać. Usiadła na łóżku i zobaczyła na materacu plamy koloru czekolady.

– Myślała, że dziecko umarło tam w środku, w jej brzuchu – mówi Ambrosio. – Coś przeczuwała, bo zaczęła płakać i kazała się zaprowadzić do szpitala. No nie bój się, czego się boisz.

Postali w ogonku jak zwykle, przyglądając się sępom na dachu kostnicy, i doktor powiedział Amalii zostaniesz w szpitalu. Czemu z niej wychodzi krew, panie doktorze? Będą ci musieli przyspieszyć poród, kobieto, wytłumaczył doktor. Jak to przyspieszyć? a on nic, nic, to nic poważnego.

– No i została – mówi Ambrosio. – Przyniosłem jej jakieś rzeczy, oddałem Amalitę Hortensję doñi Lupe, a sam do pracy za kółkiem tego grata. Pod wieczór znów do niej poszedłem. Całe ramię i pośladek miała fioletowe od zastrzyków.

Położyli ją na zbiorowej sali: hamaki i prycze tak ściśnięte, że odwiedzający musieli stać w nogach łóżka, bo nie było miejsca, żeby podejść bliżej do chorego. Amalia cały ranek wyglądała przez długie zakratowane okno patrząc na budy tego osiedla, co się rozrastało tam dalej, za kostnicą. Doña Lupe przyszła ją odwiedzić z Amalita Hortensją, ale pielęgniarka jej powiedziała niech pani tu więcej nie przyprowadza małej. A ona prosiła donę Lupe jak tylko będzie pani mogła, niech pani zajrzy do domu, czy Ambrosio czego nie potrzebuje, i doña Lupe ależ oczywiście, i ugotuję mu coś na kolację.

– Jedna pielęgniarka mi powiedziała zdaje się, że będą ją musieli operować – mówi Ambrosio. – A czy to poważne? nie, nic takiego. Oszukali mnie, widzi pan, paniczu?

Po zastrzykach bóle ustały i gorączka spadła, ale przez cały dzień brudziła łóżko czekoladowymi plamami i pielęgniarka trzy razy zmieniała prześcieradła. Chyba cię będą operować, powiedział jej Ambrosio. Przestraszyła się: nie, ona nie chce. To dla jej dobra, ty głuptasie. A ona zaczęła płakać i wszyscy chorzy patrzyli na nich.

– Była taka udręczona, że zacząłem wymyślać jakieś łgarstwa – mówi Ambrosio. – Kupujemy razem z Pantaleónem ten wóz, właśnieśmy się dzisiaj umówili. Nawet mnie nie s kichała. Miała o, takie podkrążone oczy.

Przez całą noc nie spała, bo jeden z chorych ciągle kaszlał, a drugiego to się znowu bała, bo wiercił się w hamaku tuż obok i przez sen wygadywał różne takie słowa na jakąś kobietę. Będzie prosić, płakać, aż doktor się zgodzi: niech jej dają jeszcze więcej zastrzyków, niech dają lekarstwa, wszystko, co chcą, tylko niech pan nie operuje, doktorze, ona się tak nacierpiała ostatnim razem. Rano wszystkim chorym przynieśli kawę w blaszankach, ale jej nie. Przyszła pielęgniarka i nic nie mówiąc zrobiła jej zastrzyk. Amalia zaczęła prosić niech siostra zawoła doktora, musi z nim porozmawiać, musi go przekonać, ale pielęgniarka nie chciała: czy ona myśli, że ją będą operować dla własnej przyjemności, głupia? Potem razem z drugą pielęgniarką wyciągnęły jej łóżko aż pod drzwi sali i przeniosły ją na wózek, a kiedy zaczęły ją wieźć, usiadła i głośno wołała swego męża. Pielęgniarki uciekły, przyszedł doktor i bardzo się gniewał: co to za awantury, co się dzieje. Błagała go, opowiadała o tym, co było w Limie, co wtedy wycierpiała, a doktor kiwał głową: no dobrze, już dobrze, uspokój się. I tak dopóki nie zjawiła się ta sama pielęgniarka co rano: przyszedł twój maż, dość tych płaczów.

1 ... 150 151 152 153 154 155 156 157 158 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)