Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 145 146 147 148 149 150 151 152 153 ... 163
Перейти на страницу:

– No i raz jak wszedłem, to go spytałem, czy mu nie podać lodu – mruknął Ambrosio. – Inni goście już wyszli, przyjęcie się skończyło, tylko on jeszcze został. Nic mi nie odpowiedział. Zamknął oczy, a potem otworzył, w taki dziwny sposób, to trudno wytłumaczyć. Trochę jakby szukał zaczepki, a trochę jak dla żartu. Rozumie pani?

– A ty nic nie rozumiałeś? – nalegała Queta. – Głupi.

– Tak, głupi – rzekł Ambrosio. – Pomyślałem udaje, że się zalał, pomyślałem a może naprawdę się zalał i chce się zabawić moim kosztem. Ja w kuchni też sobie trochę pociągnąłem, i myślałem pewnie to ja mam w czubie i tak mi się wydaje. Ale jak znowu wszedłem, tom sobie powiedział nie, coś w tym jest. Była może druga, może trzecia, już sam nie wiem. Poszedłem opróżnić popielniczkę, chyba tak. I wtedy do mnie zagadał.

– Usiądź tu na chwilę – powiedział don Fermín. – Wypij razem z nami.

– To nie było zaproszenie, tylko jakby rozkaz – mruknął Ambrosio. – Nie zna! mojego imienia. Na pewno słyszał je ze sto razy od don Cayo, ale nie znał. Potem mi powiedział.

Queta wybuchnęła śmiechem, on umilkł i odczekał. Odblask lampy docierał aż do krzesła i oświetlał ciśnięte w nieładzie ubranie mężczyzny. Dym unosił się nad obojgiem, rozprzestrzeniał się i rozwiewał bezgłośnymi falującymi pasmami. Przejechały jedno za drugim dwa auta, tak szybko, jakby się ścigały.

– A ona? – powiedziała Queta, już prawie się nie śmiejąc. – A Hortensja?

W oczach Ambrosia odbijało się całe morze zażenowania: nie wyglądało na to, żeby don Cayo się gniewał czy dziwił.

Patrzył na niego przez chwilę zupełnie poważnie i dał mu znak głową, że owszem, posłuchaj tego pana, usiądź sobie. Popielniczka dygotała głupio w podniesionej ręce Ambrosia.

– Pani Hortensja usnęła – powiedział Ambrosio. – Na fotelu. Pewnie bardzo dużo wypiła. Ja się tam źle czułem, siedziałem na brzeżku krzesła. Tak dziwnie i wstyd, i w ogóle niedobrze.

Zatarł dłonie i w końcu, ceremonialnie i uroczyście, nie patrząc na nikogo, powiedział na zdrowie i wypił. Queta odwróciła się i spojrzała mu w twarz: oczy miał zamknięte, zacisnął usta i pocił się.

– Bo cię zemdli – roześmiał się don Fermín. – Nie bój się, nalej sobie jeszcze.

– Bawił się tobą jak kot myszą – mruknęła Queta z odrazą. – Ty to lubisz, od razu zauważyłam. Lubisz być myszą. Żeby cię poniewierali, żeby cię deptali. Gdybym ja cię tak źle nie potraktowała, to nie ciułałbyś forsy przez tyle czasu, żeby tu przyjść i opowiadać o swoich kłopotach. Kłopoty? Na początku myślałam, że tak, ale teraz nie. Tobie się to wszystko podoba.

– No i siedziałem tak, jak równy z równym, i piłem – powiedział tym samym matowym, zamierającym, nieobecnym głosem. – Don Cayo chyba na to wcale nie zważał albo udawał, że nie zważa. A on mi nie dawał wyjść. Rozumie pani?

– Gdzie idziesz, zostań tutaj – żartował, rozkazywał po raz nie wiadomo który don Fermín. – Siedź spokojnie, nie uciekaj.

– Był inny niż zawsze, kiedy go widziałem – powiedział Ambrosio. – Niż w te dni, co to mnie nie zauważał. Bo tak patrzył i tak dziwnie mówił. Mówił i mówił, byle co, i nagle mu się wymykało jakieś świństwo. I to on, taki wychowany, co wyglądał na…

Zawahał się, a Queta z lekka przekrzywiła głowę, żeby spojrzeć mu w twarz: na kogo?

– No, na wielkiego pana – powiedział bardzo szybko Ambrosio. – Może i na prezydenta, czy ja wiem.

Queta wybuchnęła dziwnym, obraźliwym śmiechem, przeciągnęła się ubawiona i przy tym ruchu jej biodro otarło się o niego: poczuła, że w jednej chwili dłoń Ambrosia spoczywająca na jej kolanie ożywia się, wpełza pod spódnicę, że niespokojnie gładzi jej udo, z góry na dół, z dołu do góry, tak daleko, jak tylko mógł sięgnąć ramieniem. Nie skrzyczała go, nie powstrzymała, tylko znów wsłuchiwała się we własny rozbawiony chichot.

– Spoił cię, żebyś zmiękł – powiedziała. – A ona, a wariatka?

Ona od czasu do czasu unosiła głowę, zupełnie takim ruchem, jakby się wynurzała z wody, rozglądała się po salonie sennymi, wilgotnymi, błędnymi oczyma, łapała swoją szklankę, podnosiła do ust i piła, a potem, mrucząc coś niezrozumiale, znowu zapadała w sen. A Cayo Śmierdziel, a on? Pił równo i miarowo, coraz to wtrącał słówko do rozmowy i zachowywał się tak, jakby to była rzecz najbardziej naturalna, że Ambrosio siedzi i pije razem z nimi.

– No i tak to trwało jakiś czas – powiedział Ambrosio: jego dłoń uspokoiła się i wróciła na kolano Quety. – Jak sobie łyknąłem, to się przestałem wstydzić i już wytrzymywałem to jego spojrzenie i odpowiadałem żartami na żarty. Owszem, lubię whisky, don, nie, to wcale nie pierwszy raz, już nieraz piłem whisky, don.

Ale teraz don Fermín go nie słuchał, a przynajmniej wydawało się, że nie słucha: odbijał się w jego oczach, Ambrosio w nie patrzył i się przyglądał, rozumie pani? Queta przytaknęła, i nagle don Fermín z pośpiechem dopił resztę ze swego kieliszka i wstał: jest zmęczony, don Cayo, czas do domu. Cayo Bermúdez także wstał.

– Ambrosio pana odwiezie, don Fermín – powiedział i ziewnął zakrywając usta dłonią. – Samochód będzie mi potrzebny dopiero jutro.

– To znaczy, że nie tylko wiedział – powiedziała Queta i poruszyła się na łóżku. – Jasne, jasne. To znaczy, że Cayo Śmierdziel wszystko namotał.

– Nie wiem – uciął Ambrosio przekręcając się w jej stronę; głos mu się nagle ożywił, patrzył na nią. Urwał i znowu położył się na plecach. – Nie wiem, czy wiedział, czy namotał. Chciałbym wiedzieć. On mówi, że też nie wie. A pani?

– Wie teraz, to jedno jest dla mnie pewne – zaśmiała się Queta. – Ale ani ja, ani wariatka nie możemy z niego wyciągnąć, czy to specjalnie rozkręcał. Kiedy mu zależy, milczy jak grób.

– Nie wiem – powtórzył Ambrosio. Jego głos jakby uwiązł w studni, a teraz powracał słaby i zmieszany. – On też nie wie.

Czasem mówi tak, musi wiedzieć; a czasem nie, może i nie wie. Od tego czasu tyle razy widziałem don Cayo i nigdy nie dał po sobie poznać, że coś wie.

– Jesteś kompletny idiota – powiedziała Queta. – Jasne, że teraz wie. Kto teraz nie wie.

Odprowadził ich aż na ulicę, rzucił Ambrosiowi rozkaz jutro o dziesiątej, podał rękę don Fermínowi i zawrócił przez ogród do domu. Zbliżał się świt, na niebie można było dostrzec błękitne smugi, i policjanci na rogu mruknęli dobranoc głosami schrypniętymi od papierosów i od długiego czuwania.

– I wtedy znowu coś przedziwnego – szepnął Ambrosio. – Nie usiadł z tyłu, jakby mu wypadało, tylko obok. To już zacząłem coś podejrzewać, ale nie mogłem uwierzyć, żeby to była prawda. To nie mogło być, to znaczy, jak chodzi o niego.

– Jak chodzi o niego – powtórzyła Queta dobitnie i ze wstrętem. Pochyliła się ku niemu: – Dlaczego z ciebie taki pokorny sługus, co?

– Pomyślałem chce mi okazać trochę życzliwości – szepnął Ambrosio. – Tam w saloniku mówiłem z tobą jak z równym, to i teraz tak samo. Pomyślałem pewnie go czasem tak nachodzi, żeby się bratać z czarnymi, być na ty z prostymi ludźmi. Nie, nie wiem, co sobie myślałem.

– Tak – powiedział don Fermín nie patrząc na niego, ostrożnie zamykając drzwiczki. – Jedziemy do Ancón.

– Patrzyłem mu w twarz i wydawał się taki jak zawsze, elegancki, przyzwoity – powiedział Ambrosio ze skargą w głosie. – Aż się z tego zdenerwowałem, wie pani. Pan powiedział do Ancón, proszę pana?

1 ... 145 146 147 148 149 150 151 152 153 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)