Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– No i raz jak wszedłem, to go spytałem, czy mu nie podać lodu – mruknął Ambrosio. – Inni goście już wyszli, przyjęcie się skończyło, tylko on jeszcze został. Nic mi nie odpowiedział. Zamknął oczy, a potem otworzył, w taki dziwny sposób, to trudno wytłumaczyć. Trochę jakby szukał zaczepki, a trochę jak dla żartu. Rozumie pani?
– A ty nic nie rozumiałeś? – nalegała Queta. – Głupi.
– Tak, głupi – rzekł Ambrosio. – Pomyślałem udaje, że się zalał, pomyślałem a może naprawdę się zalał i chce się zabawić moim kosztem. Ja w kuchni też sobie trochę pociągnąłem, i myślałem pewnie to ja mam w czubie i tak mi się wydaje. Ale jak znowu wszedłem, tom sobie powiedział nie, coś w tym jest. Była może druga, może trzecia, już sam nie wiem. Poszedłem opróżnić popielniczkę, chyba tak. I wtedy do mnie zagadał.
– Usiądź tu na chwilę – powiedział don Fermín. – Wypij razem z nami.
– To nie było zaproszenie, tylko jakby rozkaz – mruknął Ambrosio. – Nie zna! mojego imienia. Na pewno słyszał je ze sto razy od don Cayo, ale nie znał. Potem mi powiedział.
Queta wybuchnęła śmiechem, on umilkł i odczekał. Odblask lampy docierał aż do krzesła i oświetlał ciśnięte w nieładzie ubranie mężczyzny. Dym unosił się nad obojgiem, rozprzestrzeniał się i rozwiewał bezgłośnymi falującymi pasmami. Przejechały jedno za drugim dwa auta, tak szybko, jakby się ścigały.
– A ona? – powiedziała Queta, już prawie się nie śmiejąc. – A Hortensja?
W oczach Ambrosia odbijało się całe morze zażenowania: nie wyglądało na to, żeby don Cayo się gniewał czy dziwił.
Patrzył na niego przez chwilę zupełnie poważnie i dał mu znak głową, że owszem, posłuchaj tego pana, usiądź sobie. Popielniczka dygotała głupio w podniesionej ręce Ambrosia.
– Pani Hortensja usnęła – powiedział Ambrosio. – Na fotelu. Pewnie bardzo dużo wypiła. Ja się tam źle czułem, siedziałem na brzeżku krzesła. Tak dziwnie i wstyd, i w ogóle niedobrze.
Zatarł dłonie i w końcu, ceremonialnie i uroczyście, nie patrząc na nikogo, powiedział na zdrowie i wypił. Queta odwróciła się i spojrzała mu w twarz: oczy miał zamknięte, zacisnął usta i pocił się.
– Bo cię zemdli – roześmiał się don Fermín. – Nie bój się, nalej sobie jeszcze.
– Bawił się tobą jak kot myszą – mruknęła Queta z odrazą. – Ty to lubisz, od razu zauważyłam. Lubisz być myszą. Żeby cię poniewierali, żeby cię deptali. Gdybym ja cię tak źle nie potraktowała, to nie ciułałbyś forsy przez tyle czasu, żeby tu przyjść i opowiadać o swoich kłopotach. Kłopoty? Na początku myślałam, że tak, ale teraz nie. Tobie się to wszystko podoba.
– No i siedziałem tak, jak równy z równym, i piłem – powiedział tym samym matowym, zamierającym, nieobecnym głosem. – Don Cayo chyba na to wcale nie zważał albo udawał, że nie zważa. A on mi nie dawał wyjść. Rozumie pani?
– Gdzie idziesz, zostań tutaj – żartował, rozkazywał po raz nie wiadomo który don Fermín. – Siedź spokojnie, nie uciekaj.
– Był inny niż zawsze, kiedy go widziałem – powiedział Ambrosio. – Niż w te dni, co to mnie nie zauważał. Bo tak patrzył i tak dziwnie mówił. Mówił i mówił, byle co, i nagle mu się wymykało jakieś świństwo. I to on, taki wychowany, co wyglądał na…
Zawahał się, a Queta z lekka przekrzywiła głowę, żeby spojrzeć mu w twarz: na kogo?
– No, na wielkiego pana – powiedział bardzo szybko Ambrosio. – Może i na prezydenta, czy ja wiem.
Queta wybuchnęła dziwnym, obraźliwym śmiechem, przeciągnęła się ubawiona i przy tym ruchu jej biodro otarło się o niego: poczuła, że w jednej chwili dłoń Ambrosia spoczywająca na jej kolanie ożywia się, wpełza pod spódnicę, że niespokojnie gładzi jej udo, z góry na dół, z dołu do góry, tak daleko, jak tylko mógł sięgnąć ramieniem. Nie skrzyczała go, nie powstrzymała, tylko znów wsłuchiwała się we własny rozbawiony chichot.
– Spoił cię, żebyś zmiękł – powiedziała. – A ona, a wariatka?
Ona od czasu do czasu unosiła głowę, zupełnie takim ruchem, jakby się wynurzała z wody, rozglądała się po salonie sennymi, wilgotnymi, błędnymi oczyma, łapała swoją szklankę, podnosiła do ust i piła, a potem, mrucząc coś niezrozumiale, znowu zapadała w sen. A Cayo Śmierdziel, a on? Pił równo i miarowo, coraz to wtrącał słówko do rozmowy i zachowywał się tak, jakby to była rzecz najbardziej naturalna, że Ambrosio siedzi i pije razem z nimi.
– No i tak to trwało jakiś czas – powiedział Ambrosio: jego dłoń uspokoiła się i wróciła na kolano Quety. – Jak sobie łyknąłem, to się przestałem wstydzić i już wytrzymywałem to jego spojrzenie i odpowiadałem żartami na żarty. Owszem, lubię whisky, don, nie, to wcale nie pierwszy raz, już nieraz piłem whisky, don.
Ale teraz don Fermín go nie słuchał, a przynajmniej wydawało się, że nie słucha: odbijał się w jego oczach, Ambrosio w nie patrzył i się przyglądał, rozumie pani? Queta przytaknęła, i nagle don Fermín z pośpiechem dopił resztę ze swego kieliszka i wstał: jest zmęczony, don Cayo, czas do domu. Cayo Bermúdez także wstał.
– Ambrosio pana odwiezie, don Fermín – powiedział i ziewnął zakrywając usta dłonią. – Samochód będzie mi potrzebny dopiero jutro.
– To znaczy, że nie tylko wiedział – powiedziała Queta i poruszyła się na łóżku. – Jasne, jasne. To znaczy, że Cayo Śmierdziel wszystko namotał.
– Nie wiem – uciął Ambrosio przekręcając się w jej stronę; głos mu się nagle ożywił, patrzył na nią. Urwał i znowu położył się na plecach. – Nie wiem, czy wiedział, czy namotał. Chciałbym wiedzieć. On mówi, że też nie wie. A pani?
– Wie teraz, to jedno jest dla mnie pewne – zaśmiała się Queta. – Ale ani ja, ani wariatka nie możemy z niego wyciągnąć, czy to specjalnie rozkręcał. Kiedy mu zależy, milczy jak grób.
– Nie wiem – powtórzył Ambrosio. Jego głos jakby uwiązł w studni, a teraz powracał słaby i zmieszany. – On też nie wie.
Czasem mówi tak, musi wiedzieć; a czasem nie, może i nie wie. Od tego czasu tyle razy widziałem don Cayo i nigdy nie dał po sobie poznać, że coś wie.
– Jesteś kompletny idiota – powiedziała Queta. – Jasne, że teraz wie. Kto teraz nie wie.
Odprowadził ich aż na ulicę, rzucił Ambrosiowi rozkaz jutro o dziesiątej, podał rękę don Fermínowi i zawrócił przez ogród do domu. Zbliżał się świt, na niebie można było dostrzec błękitne smugi, i policjanci na rogu mruknęli dobranoc głosami schrypniętymi od papierosów i od długiego czuwania.
– I wtedy znowu coś przedziwnego – szepnął Ambrosio. – Nie usiadł z tyłu, jakby mu wypadało, tylko obok. To już zacząłem coś podejrzewać, ale nie mogłem uwierzyć, żeby to była prawda. To nie mogło być, to znaczy, jak chodzi o niego.
– Jak chodzi o niego – powtórzyła Queta dobitnie i ze wstrętem. Pochyliła się ku niemu: – Dlaczego z ciebie taki pokorny sługus, co?
– Pomyślałem chce mi okazać trochę życzliwości – szepnął Ambrosio. – Tam w saloniku mówiłem z tobą jak z równym, to i teraz tak samo. Pomyślałem pewnie go czasem tak nachodzi, żeby się bratać z czarnymi, być na ty z prostymi ludźmi. Nie, nie wiem, co sobie myślałem.
– Tak – powiedział don Fermín nie patrząc na niego, ostrożnie zamykając drzwiczki. – Jedziemy do Ancón.
– Patrzyłem mu w twarz i wydawał się taki jak zawsze, elegancki, przyzwoity – powiedział Ambrosio ze skargą w głosie. – Aż się z tego zdenerwowałem, wie pani. Pan powiedział do Ancón, proszę pana?