Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Złapała mnie za rękę – mówi Ambrosio. – Niech mnie nie operują, ja nie chcę. Aż doktor stracił cierpliwość. Albo się zgodzisz, albo ją stąd zabieraj. No więc co miałem zrobić, paniczu?
Więc ją przekonywali, Ambrosio i jeszcze jedna pielęgniarka, starsza, taka dobra, milsza od tamtej, mówiła do Amalii tak serdecznie, tłumaczyła to dla twojego dobra i dla dziecka. W końcu ona powiedziała dobrze i że już będzie spokojna. Wtedy ją gdzieś zawieźli tym wózkiem. Ambrosio szedł za nią aż do drzwi drugiej sali i coś jej mówił, ale ona ledwo słyszała.
– Miała przeczucie, paniczu – mówi Ambrosio. – Bo inaczej czemu by tak się bała, tak rozpaczała.
Twarz Ambrosia zniknęła i drzwi się zamknęły. Zobaczyła, że doktor zakłada fartuch i rozmawia z drugim mężczyzną w białym ubraniu, w czapeczce i masce na twarzy. Pielęgniarki przeniosły ją z łóżka na stół. Prosiła podnieście mi głowę, bo się dusiła, ale nie zwracały na to uwagi tylko powiedziały tak, tak, spokojnie, wszystko w porządku. Tamci dwaj w białych fartuchach ciągle rozmawiali, a pielęgniarki kręciły się koło nich. Nad jej głową zapłonęła lampa, taka jasna, że musiała zamknąć oczy, i za chwilę poczuła, że znowu jej robią zastrzyk. Potem zobaczyła tuż nad sobą twarz doktora i usłyszała, jak mówi licz raz, dwa, trzy. Liczyła i czuła, że nie ma siły, żeby wydobyć głos.
– Musiałem iść do pracy, nie było rady – mówi Ambrosio. – Ją wzięli na stół, a ja wyszedłem ze szpitala, alem jeszcze zajrzał do doñi Lupę i ona powiedziała ach biedaczka, czemu żeś nie został, aż się skończy operacja. Więc wróciłem do szpitala, paniczu.
Wydawało jej się, że wszystko łagodnie się kołysze i ona też, tak jakby pływała w wodzie, i z trudem rozpoznała tuż obok wydłużone twarze Ambrosia i doñi Lupe. Chciała ich spytać: czy już po operacji? Opowiedzieć nic mnie nie boli, ale nie miała siły mówić,
– Nawet nie było gdzie usiąść – mówi Ambrosio. – I tak, na stojąco, wypaliłem wszystkie papierosy, jakie miałem. Potem przyszła doña Lupe i też czekała, a jej ciągle nie wywozili z tej sali.
Nie ruszała się, miała wrażenie, że przy najmniejszym ruchu zaczną ją przeszywać maleńkie igiełki. Nie czuła bólu, tylko ciężar, ociekającą potem, groźną zapowiedź bólu, a jednocześnie ogromne osłabienie, i docierały do niej, jakby z bardzo daleka, szepczące głosy Ambrosia, doñi Lupe, nawet głos pani Hortensji: urodziło się? chłopiec czy dziewczynka?
– Wreszcie wyszła pielęgniarka i odepchnęła mnie, proszę się odsunąć – mówi Ambrosio. – Gdzieś pobiegła, a jak wróciła, to coś niosła. Co się dzieje? Znowu mnie odepchnęła i zaraz wyszła druga. Z dzieckiem koniec, powiedziała, ale matkę może się uda uratować.
Ambrosio chyba płakał, a doña Lupe modliła się, naokoło Amalii biegali jacyś ludzie i coś do niej mówili. Ktoś się nad nią pochylił i poczuła czyjś oddech na ustach i czyjeś wargi na swojej twarzy. Myślą, że umrzesz, pomyślała, myślą, że umarłaś. Poczuła ogromne zdziwienie i bardzo jej było żal tych wszystkich ludzi.
– Jeżeli mówili, że może się uda, to znaczyło, że także może się nie udać i ona umrze – mówi Ambrosio. – Doña Lupe uklękła i zaczęła się modlić. A ja się oparłem o ścianę, paniczu.
Nie mogła się zorientować, ile czasu minęło, i ciągle słyszała rozmowy, ale słyszała także ciszę, długą i dzwoniącą. Ciągle zdawało jej się, że pływa, że się zanurza w wodzie i wypływa, i znów zanurza, i coraz to widziała twarz Amality Hortensji. Usłyszała: zanim wejdziesz do domu, wytrzyj dobrze nogi.
– Potem wyszedł doktor i położył mi rękę o, tu – mówi Ambrosio. – Zrobiliśmy wszystko, żeby uratować twoją żonę, ale Bóg ją zabrał, i jeszcze różne takie rzeczy mówił, paniczu.
Przyszło jej do głowy, że zaraz ją gdzieś będą ciągnąć, że się będzie dusić, i pomyślała nie spojrzę, nie powiem słowa, nie będzie się ruszała, tylko popłynie. Pomyślała: ty głupia, jak możesz słyszeć to, co już minęło? i znów się bała, i znów było jej strasznie żal.
– Velorio odbywało się w szpitalu – mówi Ambrosio. – Przyszli wszyscy kierowcy od Moralesa i z całej Pucallpa, i nawet ta kanalia don Hilario też mi składał kondolencje.
Było jej coraz bardziej żal, a tymczasem gdzieś się zagłębiała i zapadała z zawrotem głowy, i wiedziała, że wszystko, co słyszy, zostanie daleko poza nią, a ona, zanurzając się, spadając, może ze sobą zabrać tylko to uczucie straszliwego żalu.
– Pochowaliśmy ją w trumnie z naszego zakładu pogrzebowego – mówi Ambrosio. – Za miejsce na cmentarzu musiałem zapłacić nie wiem ile. Nie miałem pieniędzy. Kierowcy robili składkę i nawet ten łobuz don Hilario coś dał. Kiedy ją pogrzebałem, tego samego dnia ze szpitala przysłali rachunek. Umarła czy nie, ale rachunek trzeba było zapłacić. Tylko z czego, paniczu?
VII
– Jak to było, paniczu? – mówi Ambrosio. – Czy bardzo cierpiał?
To było w jakiś czas potem, jak Garlitos przechodził swój pierwszy kryzys, Zavalita. Pewnego wieczoru oświadczył w redakcji, ze zdecydowaną miną: przez miesiąc nie będę pił. Nikt w to nie wierzył, ale Garlitos skrupulatnie wypełniał dobrowolną kurację odwykową i przez cztery tygodnie nie wziął do ust kropli alkoholu. Co dzień przekreślał jedną cyfrę w swoim kalendarzu na biurku i pokazywał z triumfem: już dziesięć, już szesnaście. Pod koniec miesiąca powiedział: teraz sobie powetuję. Zaczął pić tego samego wieczora, jak tylko wyszedł z pracy, najpierw z Norwinem i Solórzano w winiarniach w centrum, potem z jakimiś dziennikarzami sportowymi, których spotkał po drodze, bo obchodzili urodziny jednego z nich, a o świcie pił na targowisku, jak sam później opowiadał, z nieznajomymi, którzy mu ukradli portfel i zegarek. Tego rana widziano go w redakcjach „Ostatnich Wiadomości” i „La Prensa”, jak prosił o pożyczkę, a po południu Arispe go spotkał w barze Zela, siedział przy stoliku, nos miał jak pomidor, oczy mu pływały, i pił sam, bez towarzystwa. Usiadł obok niego, ale nie mógł mu nic powiedzieć. To już nie to, że się zalał, opowiadał Arispe, on był po prostu przesiąknięty alkoholem. Wieczorem przyszedł do redakcji, poruszał się z ogromną ostrożnością i patrzył w przestrzeń. Zalatywało od niego nieprzespaną nocą, jakimiś trudnymi do określenia cocktailami, a na jego twarzy był ów rozedrgany niepokój, to dygotanie skóry na policzkach, na skroniach, na czole i brodzie: wszystko pulsowało. Nie odpowiadając na żarty pożeglował do swojego biurka i stał tam, ze strachem patrząc na maszynę do pisania. Nagle, z ogromnym wysiłkiem, podniósł ją na wysokość swojej głowy i bez słowa wypuścił z rąk: ten huk, Zavalita, i ta kupa klawiszy i śrubek. Kiedy podbiegli, żeby go powstrzymać, rzucił się do ucieczki, rycząc przy tym; rozrzucał zapisane kartki, kopał teczki z papierami, obijał się o krzesła. Następnego dnia poszedł do kliniki, pierwszy raz. A od tego czasu ile razy, Zavalita? Myśli: trzy.
– Chyba nie – mówi Santiago.- Zdaje się, że umarł we śnie. To było w miesiąc po ślubie Chispasa i Gary, Zavalita. Anna i Santiago dostali zawiadomienie i zaproszenie, ale nie poszli, nie dzwonili, nie posłali kwiatów. Popeye i Teté nie próbowali ich nawet namawiać. Zajrzeli kiedyś do domku krasnoludków, w kilka tygodni po powrocie z podróży poślubnej, i nie byli obrażeni. Opowiedzieli ze wszystkimi szczegółami o podróży po Meksyku i Stanach, a potem zabrali ich autem Popeye’a do Herradura, na milk-shakes. Przez cały ten rok widywali się co jakiś czas, to u nich w domu, to, raz kiedyś, w San Isidro, kiedy Popeye i Teté oblewali nowe mieszkanie. Od nich dowiadywałeś się o wszystkim, Zavalita: o zaręczynach Chispasa, o przygotowaniach do ślubu, o projektowanej podróży rodziców do Europy. Popeye’a pochłaniała działalność polityczna, towarzyszył Belaundemu w jego podróżach po prowincjach, a Teté spodziewała się dziecka.