Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 144 145 146 147 148 149 150 151 152 ... 163
Перейти на страницу:

– Już późno, prawda? Musimy iść, prawda, kochanie?

– Tak – powiedział Santiago. – Złapiemy taksówkę.

– Odwieziemy was – prawie krzyknął Popeye. – Odwieziemy ich, prawda, Teté?

– Jasne – wybełkotała Teté. – Przejedziemy się.

Anna powiedziała do widzenia, minęła Chispasa i Cary nie podając im ręki i szybkim krokiem ruszyła przez ogród, a Santiago za nią, bez pożegnania. Popeye pobiegł naprzód, żeby otworzyć furtkę od ulicy i przepuścić Annę pierwszą; potem popędził ściągnąć wóz i zgiął się wpół otwierając drzwiczki przed Anną: biedny piegus. Z początku rozmawiali. Santiago zapalił papierosa, Popeye też zapalił, Anna, siedząc sztywno na poduszkach wozu, wyglądała przez okno.

– Więc umawiamy się, że zadzwonisz, prawda? – powiedziała Teté jeszcze trochę drżącym głosem, kiedy się żegnali przed drzwiami pensjonatu. – Pomogę wam poszukać mieszkania i w ogóle, co tylko zechcecie.

– Świetnie – powiedziała Anna. – Oczywiście, pomożesz nam poszukać mieszkania.

– Musimy gdzieś wyskoczyć we czwórkę, chudy – powiedział Popeye uśmiechając się od ucha do ucha i mrugając nerwowo. – Na obiad, do kina, kiedy tylko zechcecie, stary.

– Świetnie, oczywiście – powiedział Santiago. – Zadzwonię, piegus.

W domu Anna wybuchnęła takim płaczem, że aż pani Lucía przyszła zapytać, co się stało. Santiago ją uspokajał, szeptał czułe słowa, tłumaczył i wreszcie Anna wytarła oczy. Teraz zaczęła protestować i obrzucać ich wyzwiskami: nigdy więcej tam nie pójdzie, nie cierpi ich, nienawidzi. Santiago przyznawał jej rację: tak, skarbie, oczywiście, kochanie. Sama nie wie, dlaczego właściwie nie zeszła i nie spoliczkowała starej, tej głupiej starej: tak, skarbie. Chociaż to twoja matka, chociaż to starsza osoba, ale niechby miała za swoje, niechby pożałowała, że ją nazwała służącą i kreaturą: oczywiście, kochanie.

– W porządku – powiedział Ambrosio. – Już się umyłem, już jestem czysty.

– W porządku – powiedziała Queta. – No więc jak to było? Mnie wtedy nie było na tym przyjęciu?

– Nie – powiedział Ambrosio. – Miało być przyjęcie i nie było. Coś się stało i goście nie przyszli. Tylko trzech czy czterech przyjechało, i właśnie on. Pani była wściekła, mówiła pokazują mi swoje fumy.

– Wariatka myśli, że Cayo Śmierdziel urządza te przyjęcia dla niej, żeby się rozerwała – powiedziała Queta. – A on chce po prostu dogodzić swoim koleżkom.

Leżała na łóżku, na plecach, tak jak i on, oboje już ubrani, oboje palili papierosy. Strząsali popiół do pustego pudełka od zapałek, które on postawił sobie na piersi, wiązka światła padała im na nogi, twarze pozostawały w cieniu. Nie słychać było muzyki ani gwaru rozmów, tylko od czasu do czasu daleki jęk otwieranych drzwi albo warkot samochodu na ulicy.

– Ja już dawno wiedziałem, że na tych przyjęciach to się dzieje coś ciekawego – powiedział Ambrosio. – Pani myśli, że on trzyma panią Hortensję tylko po to? Żeby mu zabawiała przyjaciół?

– Nie tylko – odparła Queta z ironicznym przerywanym chichotem, wpatrując się w wydmuchiwane smugi dymu. – Także dlatego, że jest śliczna i znosi jego wybryki. No ale jak to było?

– Pani też je znosi – powiedział pełen szacunku, nie odwracając się na bok, nie patrząc na nią.

– Ja? Jego kaprysy? – rzekła Queta powoli; przerwała na chwilę, zgasiła peta i znów się roześmiała, tak samo kpiąco i przeciągle. – Może i twoje, co? Drogo cię kosztują te godziny ze mną, nie?

– W burdelu było drożej – powiedział Ambrosio; i dorzucił, jakby jej zwierzał jakąś tajemnicę: Pani nie bierze za pokój.

– No a jego to kosztuje o wiele więcej niż ciebie, rozumiesz? – powiedziała Queta. – Ja nie jestem taka jak ona. Ta wariatka nie robi tego dla forsy, ona jest bezinteresowna. Jasne, z miłości też nie. Tylko dlatego, że jest naiwna. Jestem drugą damą w Peru, Quetita. Tu przychodzą ministrowie, ambasadorowie. Biedna wariatka. Tak jakby sobie nie zdawała sprawy, że zjeżdżają do San Miguel jak do bajzla. Jej się wydaje, że to wszystko jej przyjaciele, że przychodzą do niej.

– Don Cayo to sobie zdaje sprawę, owszem – mruknął Ambrosio. – Te skurwysyny nie traktują mnie jak równego sobie, mówi. Jak u niego pracowałem, wciąż mi to powtarzał. I że mu liżą tyłek, bo im jest potrzebny.

– To on im liże – powiedziała Queta i dodała jednym tchem: – No więc jak to było? Wtedy, na tym przyjęciu.

– Ja go tam już widziałem nieraz – powiedział Ambrosio i w jego głosie zaszła jakaś zmiana: jakby chciał się wycofać, odwołać wszystko. – Na przykład wiedziałem, że jest na ty z panią Hortensją. Znałem go z widzenia, odkąd zacząłem robić u don Cayo. Widziałem go może ze dwadzieścia razy. Ale on mnie chyba nie zauważał. Aż do tego przyjęcia.

– Dlaczego ci kazali przyjść? – zainteresowała się Queta. – Czy jeszcze kiedyś, innym razem, prosili cię do salonu?

– Tylko raz, właśnie wtedy – powiedział Ambrosio. – Ludovico był chory i don Cayo kazał mu iść spać. Ja zostałem w wozie i wiedziałem, że się zanosi na całonocną nasiadówkę, a tu wychodzi pani i mówi chodź, to nam pomożesz.

– Wariatka? – powiedziała Queta ze śmiechem. – Wołała cię do pomocy?

– Tak, naprawdę do pomocy, wyrzucili służącą, a może sama odeszła albo coś w tym rodzaju – powiedział Ambrosio. – Do pomocy; przynosić talerze, otwierać butelki, wyjmować lód. Ja tego nigdy nie robiłem, niech pani tylko pomyśli – umilkł, roześmiał się. – Pomagałem, ale nie za bardzo. Stłukłem dwie szklanki.

– Kto tam był? – powiedziała Queta – Chinka, Lucy, Carmincha? Żadna z nich się nie zorientowała? jak to może być?

– Nie wiem, jak się nazywali ci goście – powiedział Ambrosio. – Nie, kobiet nie było. Tylko trzech czy czterech panów. A jego to zauważyłem, jak wchodziłem z lodem albo z talerzami. Pił, i owszem, ale się trzymał, nie tak jak inni. Nie był zalany. Albo nie było widać po nim.

– Elegancki mężczyzna, dobrze mu z siwymi włosami – powiedziała Queta. – Musiał być z niego kiedyś ładny chłopak. Ale ma w sobie coś odpychającego. Tak się nosi, jakby był królem całego świata.

– Nie – upierał się Ambrosio, teraz już stanowczo. – Nie robił żadnych głupstw, z niczym nie wyskakiwał. Popijał z kieliszka i tyle. Ja go widziałem. Nie, niech pani sobie nie myśli. Ja go znam, ja wiem.

– Ale czemu zwróciłeś na niego uwagę – powiedziała Queta. – Co w tym było dziwnego, że na ciebie patrzył.

– Dziwnego to nic – mruknął Ambrosio, jakby się tłumacząc. Jego głos był teraz ściszony, poufały i głęboki. Wyjaśnił powoli: – Przedtem patrzył na mnie ze sto razy, ale nagle wydało mi się, że on wie, że na mnie patrzy. Już nie jak na ścianę. Rozumie pani?

– Wariatka pewno leciała z nóg, nic nie zauważyła – powiedziała Queta z rozbawieniem. – Zdziwiła się, jak się dowiedziała, że będziesz u niego pracował. Była pijana, co?

– Jak wchodziłem do salonu, to zaraz zaczynał mi się przyglądać – szepnął Ambrosio. – Oczy mu się trochę śmiały, trochę błyszczały. Jakby coś do mnie mówił. Rozumie pani?

– I ciągle nie zdawałeś sobie sprawy? – powiedziała Queta. – Głowę daję, że Cayo Śmierdziel już wtedy wiedział.

– Tak, wiedziałem, że jest coś dziwnego w tym patrzeniu – mruknął Ambrosio. – Bo to było tak ukradkiem. Podnosił szklankę, żeby don Cayo myślał, że zaraz będzie pił, a ja wiedziałem, że to nie dlatego. Patrzył nad tą szklanką i nie spuszczał ze mnie wzroku przez cały czas, póki nie wyszedłem z pokoju.

Queta zaczęła się śmiać, a on w jednej chwili umilkł. Leżąc nieruchomo czekał, aż ona ucichnie. Teraz znowu oboje palili, wyciągnięci na łóżku, i położył jej rękę na kolanie. Nie pieścił jej, pozwalał odpocząć. Nie było gorąco, ale w miejscu, gdzie ich gołe ramiona się stykały, na skórze wystąpił pot. Z korytarza dobiegł czyjś głos i ucichł oddalając się. Potem jęk silnika samochodowego; Queta spojrzała na zegarek na nocnej szafce: druga w nocy.

1 ... 144 145 146 147 148 149 150 151 152 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)