Szpital kosmiczny
- Автор: Уайт Джеймс
- Серия: szpital kosmiczny #1
- Год: 2002
- Язык: польский
- Переводчик: Wiktor Bukato
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:
Po drodze minęło go dwóch Kontrolerów, obaj byli uzbrojeni. Conway wiedział, że powinien poczuć do nich zwykłą wrogość, a także szok spowodowany widokiem uzbrojonych ludzi w Szpitalu — i wszystko to odczuł. Jednak chciał też przyjaźnie poklepać ich po plecach lub nawet uścisnąć — tak bardzo pragnął mieć wokół siebie ludzi, rozmawiać, wymieniać z nimi poglądy i wrażenia, aby pozbyć się tego strasznego uczucia samotności. Gdy zrównali się z nim, wydobył z siebie drżącym głosem „Dzień dobry”. Pierwszy raz w życiu sam z siebie przemówił do Kontrolera. Jeden z nich uśmiechnął się lekko, drugi skinął głową. Obaj spojrzeli nań dziwnie, gdyż okropnie szczękał zębami.
Pomysł, by udać się do hipnotaśmoteki, ukształtował się wyraźnie, ale nie wyglądał już tak atrakcyjnie. Było tam zimno i ponuro, przy tych wszystkich maszynach i przyćmionym oświetleniu, a za jedyne towarzystwo mógł służyć O’Mara. Conway chciał zgubić się w tłumie, im większym, tym lepszym. Pomyślał o pobliskiej stołówce i ruszył w tamtą stronę. Na skrzyżowaniu korytarzy dostrzegł napis: „Kuchnia dla sal od 52 do 68, klasy DBDG, DBLF i FGLI”. To mu przypomniało, że czuje ogromny chłód…
Dietetycy byli tak zajęci, że go nie zauważyli. Conway wybrał sobie dobrze już rozżarzony piecyk i oparł się o niego, skąpany w sterylizujących promieniach ultrafioletowych, nie zwracając uwagi na swąd spalenizny dobywający się z jego odzieży. Było mu teraz cieplej, odrobinę cieplej, ale okropne uczucie bezgranicznej, całkowitej samotności nie opuszczało go. Czuł się wyobcowany, niekochany, niepotrzebny. Żałował, że w ogóle przyszedł na świat.
Gdy Kontroler — jeden z tych, których Conway niedawno minął na korytarzu — zdumiony jego osobliwym zachowaniem, zbliżył się doń ubrany w strój termiczny pospiesznie pożyczony od jednego z kucharzy, ujrzał, że po policzkach doktora spływają powoli wielkie łzy…
— Ma pan — powiedział znajomy głos — wiele szczęścia, ale bardzo mało rozumu.
Conway otworzył oczy i stwierdził, że leży na łożu do kasowania hipnozapisów, z góry zaś patrzą na niego O’Mara i jeszcze jeden Kontroler. Jego plecy przypominały średnio wysmażony befsztyk, a całe ciało piekło, jakby się mocno opalił. O’Mara obrzucił go wściekłym spojrzeniem.
— Pańskie szczęście polega na tym — rzekł — że nie doznał pan poważnych poparzeń i nie oślepł, głupota zaś na tym, że nie powiedział mi pan, że to pańska pierwsza hipnotaśma…
W tym momencie w głosie O’Mary pojawiła się nuta wyrzutów sumienia, ale tylko przelotnie. Poinformował Conwaya, że gdyby ten raczył mu o tym donieść, przeprowadziłby hipnozabieg pozwalający doktorowi odróżnić własne potrzeby od potrzeb sztucznie zapisanych w jego umyśle. Dopiero po wprowadzeniu do kartoteki danych o dokonaniu hipnozapisu O’Mara zdał sobie sprawę, że Conway jest nowicjuszem, a skąd, do cholery, naczelny psycholog ma wiedzieć, kto jest nowy, a kto nie, w szpitalu tej wielkości. Zresztą, gdyby Conway bardziej się przejmował swoim zadaniem, a nie tym, że to Kontroler zrobił mu zapis, nigdy nic podobnego by się nie wydarzyło.
Conway, mówił dalej O’Mara zjadliwie, jest, jak się okazuje, obłudnym bigotem, który nawet nie stara się ukryć tego, że splugawiło go dotknięcie takiej nieokrzesanej bestii, jaką jest Kontroler. Jak ktoś na tyle inteligentny, by dostać pracę w Szpitalu, może przy tym żywić podobne uczucia, naczelny psycholog nie potrafi pojąć.
Conway czuł, że twarz mu płonie. Rzeczywiście głupio zapomniał powiedzieć psychologowi, że to jego pierwszy raz. O’Mara bez trudu mógł pociągnąć go do odpowiedzialności za zaniedbanie obowiązków wobec siebie — które to oskarżenie w szpitalu z taką mnogością środowisk było równie poważne jak zaniedbanie obowiązków wobec pacjenta — i spowodować wylanie go. Jednak w tej chwili nie to bolało go najbardziej, choć sama możliwość była przerażająca. Najbardziej poczuł się dotknięty tym, że oto jeden z Kontrolerów ruga go w obecności drugiego.
Ten drugi, który z pewnością go tu przyniósł, patrzył nań teraz z wysoka z wyrazem żartobliwego współczucia w spokojnych brązowych oczach. Conway przyjął to jeszcze gorzej niż wyrzuty O’Mary. Jakim prawem jakiś Kontroler mu współczuje!
— A jeśli nadal nie pojmuje pan, co się stało — O’Mara ciągnął sucho — to panu powiem. Pozwolił pan, przyznaję, z braku doświadczenia, by osobowość Telfi, którą zapisał pan sobie za pomocą hipnotaśmy, na pewien czas zdominowała pańską. Jej potrzeby twardego promieniowania, wielkiej ilości ciepła i światła, a przede wszystkim wspólnoty psychicznej koniecznej przy jedności umysłu zbiorowego, stały się pańskimi potrzebami, oczywiście w postaci najbliższych ludzkich odpowiedników. Przez pewien czas doznawał pan tych samych wrażeń co pojedynczy człon Telfi, a taki człon, odcięty od wszelkiego kontaktu psychicznego z resztą grupy, jest bez wątpienia istotą ogromnie nieszczęśliwą.
W miarę udzielania wyjaśnień O’Mara uspokajał się.
— Nie przytrafiło się panu — powiedział prawie już normalnym tonem — nic groźniejszego poza silnym oparzeniem skóry. Pańskie plecy będą jeszcze jakiś czas podrażnione, a później zaczną swędzić. I dobrze panu tak. Teraz niech pan już idzie. Nie mam ochoty oglądać pana aż do dziewiątej pojutrze. Proszę sobie zostawić tę porę do mojej dyspozycji. To polecenie służbowe. Czeka nas mała pogawędka, pamięta pan?
Na korytarzu Conway poczuł się jak balon, z którego uszło powietrze. Do tego doszedł jeszcze silny gniew wymykający się niemal spod kontroli, co w sumie przyprawiało go o frustrację. Nie pamiętał, żeby przez dwadzieścia trzy lata swego życia przeżył coś równie przykrego. Chcąc nie chcąc, czuł się jak mały chłopczyk — niegrzeczny, nie umiejący się zachować mały chłopczyk. Conway zaś zawsze był dzieckiem grzecznym i dobrze wychowanym. To bolało.
Nie zauważył, że jego wybawca stoi nadal obok niego, dopóki ten nie przemówił.
— Niech pan się tak nie przejmuje majorem — powiedział życzliwie Kontroler. — W zasadzie to sympatyczny facet. Sam pan się o tym przekona, gdy pan go znowu zobaczy. W tej chwili jest zmęczony i trochę rozdrażniony. Widzi pan, do Szpitala przybyły właśnie trzy kompanie sił porządkowych, a następne są w drodze. Jednak w obecnym stanie nie będą dla nas zbyt użyteczni, większość z nich ledwie trzyma się na nogach z powodu zmęczenia walką. Major O’Mara i jego personel będą musieli udzielić im pierwszej pomocy psychicznej, zanim…
— Zmęczenie walką — powtórzył Conway najbardziej obraźliwym tonem, na jaki było go stać. Z całego serca nie znosił pouczeń albo współczucia od ludzi, którzy jego zdaniem intelektualnie i moralnie stali niżej niż on. — Sądzę — dodał — że oznacza to, iż zmęczyli się zabijaniem innych? — Ujrzał, jak młoda, lecz już dojrzała twarz Kontrolera tężeje, a w oczach zapala się coś między bólem a gniewem. Mężczyzna urwał. Otworzył usta, szykując się do steku obelg w stylu O’Mary, lecz rozmyślił się.
— Jak na kogoś, kto przebywa tu już od dwóch miesięcy — powiedział cicho — ma pan, delikatnie mówiąc, bardzo mało realistyczne poglądy na Korpus Kontroli. Nie potrafię tego pojąć. Miał pan aż tyle roboty, że nie zdążył pan z nikim zamienić słowa, czy co?
— Nie — odrzekł zimno Conway. — Tam, skąd przyleciałem, nie rozmawiamy o ludziach pańskiego pokroju, ale o przyjemniejszych rzeczach.