Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Szpital kosmiczny - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Szpital kosmiczny

Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:

Szpital kosmiczny
1 ... 12 13 14 15 16 17 18 19 20 ... 58
Перейти на страницу:

— Mam nadzieję — rzekł Kontroler — że pańscy przyjaciele, jeśli ich pan ma, uwielbiają poklepywać innych po plecach. — Obrócił się i odszedł.

Conway skrzywił się mimo woli na myśl o tym, że cokolwiek cięższego niż piórko miałoby dotknąć jego spieczonych i podrażnionych pleców. Pomyślał jednak również o wcześniejszych słowach Kontrolera. Zatem jego stosunek do Kontrolerów był mało realistyczny? Miał więc usprawiedliwiać gwałt i morderstwa, miał szukać przyjaciół wśród ludzi za nie odpowiedzialnych? Tamten wspomniał o przybyciu kilku kompanii Korpusu. Dlaczego? Po co? Jego dotychczas niewzruszoną wiarę w siebie zaczęła nadgryzać niepewność. Coś pominął, coś ważnego.

Kiedy trafił do Szpitala, osobnik, który przekazał mu pierwsze instrukcje i polecenia, uzupełnił je o kilka słów zachęty. Powiedział, że doktor Conway musiał zapewne zdać wiele egzaminów, by dostać się do Szpitala, i że dyrekcja wita go i ma nadzieję, że zostanie z nimi. Okres próbny już się skończył i odtąd nikt nie będzie usiłował go na czymś przyłapać, ale jeśli z jakiegoś powodu — czy będą to tarcia z przedstawicielami własnej lub innej rasy, czy też wystąpienie jakiejś psychozy ksenologicznej — znajdzie się w tak trudnym położeniu, że nie będzie mógł dalej pracować w Szpitalu, z wielkim żalem i bardzo niechętnie, ale otrzyma zgodę na odejście.

Poradzono mu również, aby starał się poznać jak najwięcej osobników różnych ras i zdobyć ich zaufanie, a może i przyjaźń. W końcu dowiedział się, że jeśli znajdzie się w kłopotach przez własną ignorancję lub z innych powodów, w zależności od problemu powinien skontaktować się z jednym z dwóch Ziemian, O’Marą lub Brysonem — choć, oczywiście, każda odpowiednio przeszkolona istota dowolnej rasy udzieli mu pomocy na jego prośbę.

Zaraz potem poznał chirurga, ordynatora oddziału, do którego został skierowany. Był to bardzo zdolny Ziemianin nazwiskiem Mannon. Doktor Mannon nie był jeszcze Diagnostykiem, choć bardzo się o to starał, i dlatego przez znaczną część dnia zdradzał jeszcze pewne cechy ludzkie. Był dumnym posiadaczem niedużego psa, który trzymał się tak blisko niego, że odwiedzający doktora nieziemcy podejrzewali istnienie więzi symbiotycznej między nimi. Conway bardzo lubił Mannona, ale teraz zaczął zdawać sobie sprawę, że zwierzchnik jest jedynym osobnikiem jego własnej rasy, któremu okazywał przyjazne uczucia.

To z pewnością było cokolwiek dziwne. Conway zaczął się nad sobą zastanawiać.

Po słowach otuchy na początku pracy w Szpitalu myślał, że stoi na pewnych nogach, szczególnie gdy stwierdził, jak łatwo przychodzi mu nawiązywanie przyjaźni z nieziemcami z personelu. Wobec współpracowników z Ziemi był nadal dość sztywny — poza wymienionym już wyjątkiem — ze względu na ich lekceważący lub nawet pogardliwy stosunek do swojej i jego pracy. Ale żeby miały powstać jakieś tarcia — to było nie do pomyślenia.

Tak było do dzisiaj, kiedy to O’Mara dał mu do zrozumienia, że jest mały i głupi, oskarżył go o bigoterię i nietolerancję i ogólnie, podeptał jego dumę. To było bez wątpienia rozwijające się tarcie i Conway wiedział, że będzie zmuszony odejść ze Szpitala, jeśli podobne traktowanie ze strony Kontrolerów nie ustanie. Był wszak człowiekiem cywilizowanym i etycznym — dlaczego więc Kontrolerzy mieliby mu wymyślać? Conway nie potrafił tego zrozumieć. Dwóch rzeczy był jednak świadom: chciał pozostać w Szpitalu, a poza tym potrzebował pomocy.

IV

Przyszedł mu na myśl Bryson, jeden z tych, do których miał się zwrócić, gdyby wpadł w tarapaty. Drugi z nich, O’Mara, już się nie liczył, ale co do Brysona…

Conway nie poznał dotąd nikogo o tym nazwisku, ale przechodzący Tralthańczyk wskazał mu, jak go znaleźć. Dotarł jednak tylko do drzwi, na których widniała wizytówka „Kapitan Bryson, kapelan, Korpus Kontroli”! Conway odwrócił się ze złością i odszedł. Następny Kontroler! Pozostawała tylko jedna osoba, która mogła mu pomóc: doktor Mannon. Trzeba było najpierw z nim spróbować.

Gdy jednak Conway odszukał swego zwierzchnika, ten był zamknięty na bloku operacyjnym dla klasy LSVO, gdzie asystował Chirurgowi-Diagnostykowi z Tralthanu przy bardzo skomplikowanej operacji. Conway udał się na galeryjkę obserwacyjną, by tam zaczekać, aż Mannon skończy.

Operowana istota klasy LSVO pochodziła z planety o gęstej atmosferze i znikomej grawitacji. Był to skrzydlaty osobnik o ogromnie kruchym ciele, wskutek czego w całej sali operacyjnej panowało ciążenie bliskie zeru, a lekarze byli przymocowani pasami do swych stanowisk wokół stołu. Niewielka istota klasy OTSB, która symbiotycznie współżyła ze słoniowatym Tralthańczykiem, nie była przypięta — nad stołem utrzymywały ją skutecznie drugorzędne macki nosiciela. Conway wiedział, że OTSB nie może stracić kontaktu ze swym nosicielem na dłużej niż kilka minut, inaczej bowiem w jego mózgu zajdą nieodwracalne zmiany. Zaciekawiony, mimo własnych zmartwień, zaczął baczniej przyglądać się temu, co robią lekarze.

Zobaczył, że odsłonięte fragment przewodu pokarmowego pacjenta i ujawniono przywarła doń niebieskawą gąbczastą narośl. Nie dysponując hipnozapisem fizjologii LSVO, Conway nie mógł stwierdzić, czy stan pacjenta jest poważny czy też nie, ale operacja należała bez wątpienia do trudnych technicznie, co można było wywnioskować z tego, jak Mannon pochylił się nad stołem, a także z tego, że macki Tralthańczyka, które w danej chwili nie pracowały, zacisnęły się mocno. Maleńki symbiont, jak zwykle, prowadził mikrorozpoznanie za pomocą cienkich jak druty macek, zakończonych organami wzroku i przyssawkami. Następnie przesyłał ogromnemu nosicielowi bardzo szczegółowe dane optyczne na temat pola operacyjnego i otrzymywał instrukcje oparte na tych danych. Sam Tralthańczyk oraz doktor Mannon mieli zadania stosunkowo prymitywne: zaciskanie, podwiązywanie i tamponowanie.

Mannon nie miał wiele do roboty poza przyglądaniem się, jak nosiciel kieruje ultraczułymi mackami symbionta, ale Conway widział, jak jest dumny, że choć tyle może zrobić. Tralthańczycy ze swymi symbiontami byli najlepszymi chirurgami w galaktyce. Gdyby nie to, że ich rozmiary uniemożliwiały operowanie niektórych grup pacjentów, jedynymi chirurgami w Szpitalu byliby przedstawiciele klasy FGLI.

* * *

Conway czekał przed drzwiami, gdy lekarze opuszczali salę. Jedna z macek Tralthańczyka śmignęła w powietrzu i dość mocno stuknęła Mannona w głowę, co oznaczało najwyższe uznanie. Natychmiast zza pobliskiej szafki wypadł kłębek futra i zębów i rzucił się w kierunku tego wielkiego stwora, który najwyraźniej atakował jego pana. Conway widział tę zabawę wiele razy, a mimo to nadal wydawała mu się absurdalna. Kiedy pies Mannona wściekle oszczekiwał stwora przewyższającego wzrostem jego i jego pana, wyzywając go na śmiertelny pojedynek, Tralthańczyk cofał się z udanym strachem, wołając: „Ratujcie mnie przed tym straszliwym potworem!” Pies krążył wokół niego, wciąż wściekle szczekając i chwytając zębami stwardniałą skórę okrywającą sześć słoniowatych nóg Tralthańczyka. Ten żartobliwie umykał, cały czas wołając o pomoc i jednocześnie uważając, by nie zmiażdżyć maleńkiego napastnika którąś ze swych potężnych stóp. Odgłosy walki cichły w głębi korytarza.

Kiedy hałas osłabł do tego stopnia, że można było coś usłyszeć, Conway odezwał się:

— Doktorze, może mi pan pomóc? Potrzebuję rady, a przynajmniej informacji. Ale to dość delikatna sprawa…

Dostrzegł, że brwi Mannona unoszą się, a na jego ustach wykwita uśmieszek.

— Oczywiście z chęcią bym panu pomógł — powiedział Mannon — ale obawiam się, że jakakolwiek rada, której mógłbym w tej chwili udzielić, nie byłaby warta funta kłaków. — Na jego twarzy pojawił się grymas niesmaku, zamachał rękami jak ptak. — Wciąż mam w głowie taśmę LSVO, a wie pan, jak to jest: połowa mojego mózgu myśli, że jestem ptakiem, druga zaś jest tym zdezorientowana. Ale jakiej rady pan potrzebuje? — zapytał, przekrzywiając głowę w ptasi sposób. — Jeśli to ów szczególny przypadek szaleństwa zwany młodzieńczą miłością albo każda inna dolegliwość psychiczna, niech pan pójdzie do O’Mary.

1 ... 12 13 14 15 16 17 18 19 20 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)