Szpital kosmiczny
- Автор: Уайт Джеймс
- Серия: szpital kosmiczny #1
- Год: 2002
- Язык: польский
- Переводчик: Wiktor Bukato
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:
Conway natychmiast pokręcił głową; ktokolwiek, byle nie O’Mara.
— Nie — powiedział. — Sprawa ma charakter bardziej filozoficzny, może etyczny…
— I to wszystko? — wybuchnął Mannon. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale na jego twarzy pojawił się wyraz skupienia, zasłuchania. Nagłym ruchem kciuka wskazał pobliski głośnik.
— Rozwiązanie tego poważnego problemu — oznajmił — musi poczekać. Wzywają pana.
— Doktor Conway — mówił pospiesznie głos — proszony jest o udanie się do sali 87 i wykonanie pacjentom zastrzyków pobudzających…
— Ale sala 87 nie jest nawet na naszym oddziale! — zaprotestował Conway. — Co się tam dzieje?
Mannon stracił nagle humor.
— Wydaje mi się, że wiem — powiedział. — I radzę panu zarezerwować kilka takich zastrzyków dla siebie, bo z pewnością się panu przydadzą. — Obrócił się na pięcie i pospiesznie odszedł, mrucząc do siebie, że powinien szybko skasować taśmę, zanim i jego zaczną szukać.
Sala 87 była pokojem rekreacyjnym personelu oddziału nagłych wypadków. Gdy Conway wszedł do środka, zobaczył, że wszystkie stoły, krzesła, a nawet część podłogi zajęte są przez siedzących i leżących Kontrolerów w zielonych mundurach. Niektórzy z nich nie mieli nawet siły unieść głowy, gdy się pojawił. Jedna z postaci z najwyższym trudem uniosła się z krzesła i ruszyła chwiejnym krokiem w jego kierunku. Był to jeszcze jeden Kontroler z dystynkcjami majora i wężem Eskulapa na klapach.
— Maksymalna dawka — powiedział. — Ja pierwszy — dodał i zaczął zdejmować kurtkę.
Conway rozejrzał się po sali. Było ich chyba ze stu, wszyscy w stanie skrajnego wyczerpania, co można było poznać po zszarzałych twarzach. Jego niechęć do Kontrolerów nie znikła, ale w końcu byli to w jakiś sposób pacjenci i zdawał sobie sprawę ze swych obowiązków.
— Jako lekarz sprzeciwiam się stanowczo — powiedział surowo. — Widzę, że zastrzyki pobudzające były już podawane, i to o wiele za często. Potrzebny wam jest sen…
— Sen? — odezwał się jakiś głos. — A co to takiego?
— Spokój, Teirnan — rzekł major zmęczonym głosem. — Ja zaś jako lekarz — zwrócił się do Conwaya — oświadczam, że jestem w pełni świadom ryzyka. Proponuję, żebyśmy nie tracili czasu.
Conway wziął się szybko i sprawnie do robienia zastrzyków. Ustawiali się przed nim mężczyźni o otępiałym spojrzeniu i zesztywniałych ze zmęczenia członkach. Pięć minut później wychodzili z sali sprężystym krokiem. W ich oczach pojawił się nienaturalny blask sztucznie przywróconej żywotności. Gdy tylko skończył podawanie zastrzyków, usłyszał raz jeszcze swoje nazwisko z głośnika. Miał się udać do luku numer sześć i tam oczekiwać na dalsze polecenia. Conway wiedział, że luk ten jest jednym z dodatkowych wejść oddziału nagłych wypadków.
Idąc spiesznie w tamtą stronę, uświadomił sobie nagle, że jest zmęczony i głodny. Nie dane było mu jednak długo się nad tym zastanawiać. Głośniki wzywały wszystkich stażystów na oddział nagłych wypadków oraz nakazywały umieścić pacjentów z przyległych oddziałów, gdzie się tylko da. Komunikaty były przedzielone niezrozumiałym bełkotem innych ras, których przedstawiciele najwyraźniej otrzymywali podobne polecenia.
Wyglądało na to, że oddział nagłych wypadków został powiększony. Po co? I skąd mieli przybyć ci wszyscy poszkodowani? Myśli Conwaya zamieniły się w jeden wielki, zmęczony znak zapytania.
V
W pobliżu luku numer sześć zastał tralthańskiego Diagnostyka pogrążonego w rozmowie z dwoma Kontrolerami. Oburzył go widok osobistości tak dystyngowanej będącej w komitywie z kimś równie godnym pogardy. Potem jednak pomyślał z odrobiną goryczy, że w tym miejscu nic go już nie może zdziwić. Dwóch innych Kontrolerów stało przy luku obok wizjera.
— Witam, doktorze — odezwał się uprzejmie jeden z nich. Skinął głową w kierunku ekranu. — Teraz wyładowują przy lukach numer osiem, dziewięć i jedenaście. Nasz transport będzie tu lada chwila.
Szklana płyta wizjera przekazywała wstrząsający obraz; Conway nigdy jeszcze nie widział tylu statków jednocześnie. Ponad trzydzieści lśniących srebrnych igieł, od dziesięcioosobowych jachtów kosmicznych po gargantuiczne transportowce Korpusu Kontroli, wyszywało powoli wokół siebie skomplikowany wzór, czekając na pozwolenie dokowania i rozładunku.
— Niewąska robótka — zauważył Kontroler.
Conway zgodził się z nim w duchu. Pola odpychające, które zabezpieczały statki przed zderzeniem z różnymi kosmicznymi śmieciami, wymagały dużej przestrzeni. Ekrany meteorytowe musiały sięgać przynajmniej na osiem kilometrów od chronionego statku, jeśli miały skutecznie odbijać mniejsze i większe ciała. W przypadku znaczniejszej jednostki odległość ta musiała być jeszcze większa. Jednak statki znajdujące się w pobliżu Szpitala oddzielały zaledwie setki metrów i poza umiejętnościami pilotów żadnej ochrony przed zderzeniem nie miały. Piloci musieli przeżywać naprawdę trudne chwile.
Conway nie zdążył wszakże wiele zobaczyć, gdyż przybyli trzej stażyści z Ziemi, a za nimi dwaj inni, klasy DBDG, porośnięci czerwonym futrem, i następny, klasy DBLF, przypominający gąsienicę. Wszyscy mieli opaski lekarzy. Rozległ się silny zgrzyt metalu o metal, a potem światełko przy luku zmieniło barwę z czerwonej na zieloną, co oznaczało, że statek zacumował właściwie i pacjenci znaleźli się w śluzie.
Transportowani na noszach przez Kontrolerów pacjenci należeli do dwóch tylko klas: DBDG, ludzkiej typu ziemskiego, oraz DBLF — gąsienicopodobnej. Zadaniem Conwaya i innych lekarzy było zbadać rannych i skierować ich do odpowiednich sal oddziału nagłych wypadków. Zabrał się do pracy, wspomagany przez Kontrolera, który oprócz odpowiednich odznak miał wszystkie cechy wykwalifikowanego pielęgniarza. Przedstawił się jako Williamson.
Widok pierwszego pacjenta był wstrząsem dla Conwaya: nie dlatego, że jego stan był poważny, ale z powodu charakteru obrażeń. Przy trzecim przypadku lekarz zatrzymał się nagle, tak że asystujący mu Kontroler spojrzał na niego pytająco.
— Co to był za wypadek? — wybuchnął Conway. — Liczne rany z nadpalonymi brzegami. Rany szarpane jak od odłamków wyrzuconych siłą eksplozji. Jak…?
— Utrzymujemy to oczywiście w tajemnicy — powiedział Williamson — ale spodziewałem się, że przynajmniej pogłoski dotrą do każdego. — Jego usta zacisnęły się, a ów szczególny błysk, który zdaniem Conwaya wyróżniał wszystkich Kontrolerów, pojawił się w oczach. — Zachciało im się wojny — mówił dalej, skinąwszy głową w kierunku leżących dookoła DBDG i DBLF. — Niestety, wojna ta trochę chyba wymknęła się spod kontroli, zanim zdołaliśmy ją stłumić.
Wojna, pomyślał Conway, czując, jak ogarniają go mdłości. Ziemianie czy obywatele innej zasiedlonej przez Ziemian planety usiłowali zabić przedstawicieli innego gatunku, tak im bliskiego. Słyszał, że takie rzeczy czasem się zdarzają, ale nigdy właściwie nie wierzył, aby jakakolwiek inteligentna rasa mogła na taką skalę postradać zmysły. Tyle ofiar…
Pogarda i niesmak ogarniające go w związku z całą tą przerażającą sprawą nie przeszkodziły mu jednak dostrzec osobliwej rzeczy: oto mina Kontrolera wyrażała dokładnie te same uczucia! Skoro Williamson miał takie poglądy na wojnę, może nadszedł czas, by zrewidować poglądy o Korpusie Kontroli?