Szpital kosmiczny
- Автор: Уайт Джеймс
- Серия: szpital kosmiczny #1
- Год: 2002
- Язык: польский
- Переводчик: Wiktor Bukato
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:
Uwagę Conwaya przyciągnęło nagłe zamieszanie o kilka kroków na prawo. Ziemianin zajadle protestował przeciwko temu, by badał go lekarz klasy DBLF, przy czym słowa, w których wyrażał swój sprzeciw, nie były najbardziej wyszukane. Lekarz zdradzał oznaki urażonego zakłopotania, ale ranny zapewne nie dysponował dostateczną wiedzą o fizjonomice klasy DBLF, by to stwierdzić. Mimo to jednak stażysta starał się uspokoić pacjenta beznamiętnym głosem z autotranslatora.
Sprawę załatwił Williamson. Obrócił się nagle w stronę protestującego pacjenta, pochylił się, aż ich twarze znalazły się kilkanaście centymetrów od siebie, i przemówił spokojnym, niemal swobodnym tonem, od którego jednak Conwayowi przeszły ciarki po plecach.
— Słuchaj, przyjacielu — powiedział. — Mówisz, że nie życzysz sobie, żeby jeden z tych śmierdzących robaków, które chciały cię zabić, próbował cię teraz łatać, tak? No to wbij sobie do łba i zatrzymaj to tam: ten właśnie robak jest tu lekarzem. A poza tym tu nie ma wojen. Wszyscy należycie do tej samej armii, w której mundurem jest koszula nocna, więc leż cicho, zamknij dziób i zachowuj się. Inaczej dostaniesz po pysku.
Conway wrócił do pracy, podkreślając w pamięci uwagę, by raz jeszcze przemyśleć swój stosunek do Kontrolerów. Kiedy poszarpane, potłuczone i popalone ciała przepływały pod jego rękami, jego umysł jakoś dziwnie oderwał się od tego wszystkiego. Co jakiś czas na jego twarzy pojawiał się zaskakujący Williamsona wyraz; wyglądało na to, że pielęgniarz zadawał kłam wszystkiemu, co opowiadano o Kontrolerach. Czyżby ten niezmordowany, spokojny człowiek o dłoniach niewzruszonych jak skała miał być mordercą, sadystą o niskiej inteligencji i bez zasad moralnych? Trudno było w to uwierzyć. Obserwując skrycie Williamsona między pacjentami, Conway powoli podejmował decyzję. Była to bardzo trudna decyzja. Jeśli nie będzie uważał, łatwo się sparzy. Z O’Marą było to niemożliwe, podobnie jak z różnych powodów z Brysonem i Mannonem, ale teraz, z Williamsonem…
— Hm… Williamson — Conway zaczął z wahaniem, lecz dokończył pytanie w pośpiechu — zabił pan kiedyś kogoś?
Kontroler wyprostował się gwałtownie. Jego usta zacisnęły się w wąską, białą linię.
— Powinien pan wiedzieć, że Kontrolerom nie należy zadawać takich pytań. Ale czy pan to wie? — Zawahał się, a jego gniew powstrzymała ciekawość wywołana burzą uczuć szalejącą na twarzy Conwaya. — Co pana gryzie, doktorze? — zapytał z trudem.
Conway bardzo żałował, że w ogóle zadał to pytanie, ale było już za późno, żeby się wycofać. Zrazu jąkając się, zaczął opowiadać o swoich ideałach związanych z powołaniem medycznym, a potem o przerażeniu i zmieszaniu wywołanych odkryciem, że Szpital Główny — instytucja, która według niego ucieleśniała najwyższe ideały — zatrudniał Kontrolera jako naczelnego psychologa, a być może jeszcze innych przedstawicieli Korpusu na różnych odpowiedzialnych stanowiskach. Conway wiedział już, że Korpus nie był ośrodkiem wszelkiego zła, że oddelegował swoją sekcję medyczną do pomocy w obecnej trudnej sytuacji. Mimo to jednak Kontrolerzy…
— Wywołam u pana jeszcze jeden wstrząs — powiedział sucho Williamson. — Informuję pana o tym, co jest tak powszechnie znane, że nikomu na myśl nie przychodzi, by o tym mówić. Doktor Lister, dyrektor Szpitala, również jest członkiem Korpusu Kontroli… Oczywiście nie nosi munduru — dodał szybko — bo Diagnostycy z czasem zaczynają zapominać o drobiazgach, a Korpus nieprzychylnie spogląda na nieporządne umundurowanie nawet u generała brygady.
Lister jest Kontrolerem! — pomyślał Conway.
— Ale dlaczego?! — wybuchnął wbrew swojej woli. — Wszyscy wiedzą, coście za jedni. Jak wam się udało zdobyć tu władzę?
— Najwyraźniej nie wszyscy — przerwał mu Williamson — bo pan, na przykład, nie wie.
VI
Kontroler nie był rozgniewany, co Conway stwierdził, gdy odchodzili już od pacjenta, by zająć się następnym. Zamiast tego na jego twarzy malowało się coś, co przywodziło na myśl ojca pouczającego dziecko o jakichś mało przyjemnych prawdach życiowych.
— Przede wszystkim — rzekł Williamson, delikatnie zdejmując opatrunek polowy z rannego DBLF-a — pańskie problemy wynikły z tego, że pan, tak jak cała pańska grupa społeczna, należy do gatunku znajdującego się pod ochroną.
— Co?! — krzyknął Conway.
— Gatunek pod ochroną — powtórzył Williamson. — Osłaniany przed niewygodami współczesnego życia. To z pańskiej warstwy społecznej, i to w całej Unii, nie tylko na Ziemi, pochodzą właściwie wszyscy wielcy artyści, muzycy i przedstawiciele wolnych zawodów. Większość z was potrafi przeżyć życie, nie wiedząc o tym, że znajdujecie się pod ochroną, że od dzieciństwa jesteście odizolowani od mniej przyjemnych realiów naszej tak zwanej cywilizacji i że wasz pacyfizm i etyczne zachowanie stanowią luksus, na który wielu z nas po prostu nie może sobie pozwolić. Pozwala się wam na ten luksus w nadziei, że kiedyś powstanie z niego filozofia, za sprawą której wszystkie istoty w galaktyce będą prawdziwie cywilizowane, prawdziwie dobre.
— Nie wiedziałem… — zająknął się Conway. — A… a z tego, co pan mówi, wynika, że my, to znaczy ja, jestem zupełnie bezużyteczny…
— Oczywiście, że pan nie wiedział — rzekł łagodnie Williamson.
Conway zastanawiał się, jak to możliwe, że taki młody człowiek rozmawia z nim z wyższością, a on nie czuje urazy. W jakiś sposób tamten zyskał w jego oczach autorytet.
— Był pan zapewne — mówił dalej Kontroler — zamknięty w sobie, małomówny, otulony w szczytne ideały. Niech pan zrozumie, nie ma w nich nic złego, ale po prostu trzeba dopuścić trochę szarości między białym a czarnym. Nasza współczesna cywilizacja — powrócił do głównego wątku — opiera się na maksymalnej wolności jednostki. Każdy osobnik może robić, co chce, jeśli nie jest to szkodliwe dla innych. Tylko Kontrolerzy nie mają tych swobód.
— A co z gettami dla „normalnych”? — przerwał mu Conway. W końcu Williamson powiedział coś, z czym można się było z pewnością nie zgodzić. — Przebywanie pod nadzorem Kontrolerów na zamkniętym obszarze kraju trudno nazwać wolnością.
— Jeśli pan się dobrze zastanowi — odrzekł Williamson — sam pan uzna, że „normalnym”, czyli tej grupie na prawie każdej planecie, która uważa, że jedynie ona jest reprezentatywna dla danej rasy, w odróżnieniu od okrutnych Kontrolerów czy też estetów bez charakteru z pańskiej warstwy, słowem, że tym „normalnym” nie ogranicza się swobody. Po prostu z oczywistych względów oni sami zaczęli tworzyć skupiska i właśnie w tych zbiorowiskach samozwańczych „normalnych” Kontrolerzy mają najwięcej roboty. „Normalni” mają wszelkie swobody łącznie z prawem zabijania się nawzajem, jeśli sobie tego życzą. Obecność Kontrolerów ma tylko nie dopuścić do tego, by ucierpieli ci z nich, którzy nie chcą brać w tym udziału. Podobnie, gdy na jakiejś planecie czy planetach szaleństwo to osiągnie punkt krytyczny, pozwalamy, by stoczono wojnę na jakimś wyznaczonym do tego świecie. Staramy się tylko, by wojna nie była ani długa, ani krwawa. — Williamson westchnął. — Tym razem nie doceniliśmy ich. Ta wojna była i długa, i krwawa — zakończył tonem samooskarżenia.
Conway opierał się jeszcze w myśli temu radykalnie nowemu poglądowi na istotę sprawy. Przed przybyciem do Szpitala nie miał bezpośrednich kontaktów z Kontrolerami, bo i po co? „Normalni” z Ziemi wydawali mu się zaś postaciami romantycznymi, może nieco pyszałkowatymi i chełpliwymi, ale to wszystko. Oczywiście to od nich pochodziła większość złych słów o Kontrolerach, które usłyszał. Może i „normalni” nie byli tak prawdomówni i obiektywni, jakimi się mienili…