Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Szpital kosmiczny - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Szpital kosmiczny

Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:

Szpital kosmiczny
1 ... 10 11 12 13 14 15 16 17 18 ... 58
Перейти на страницу:

Na korytarzu ponownie wsiadł na transporter, który następnie zostawił przy luku przyjęć. Należało teraz pójść do hipnotaśmoteki i skasować zapis Telfi; właściwie otrzymał taki rozkaz. Ale nie chciało mu się iść — na myśl o O’Marze poczuł się ogromnie nieprzyjemnie, a może nawet trochę przestraszony. Zawsze źle znosił obecność Kontrolerów, ale tu było inaczej. Chodziło o postawę O’Mary, a także o pogawędkę, o której tamten wspomniał. Poczuł się wtedy taki mały, jak gdyby Kontroler był czymś wyższym od niego, a Conway nie potrafił pojąć, jak można się czuć małym przed jakimś parszywym Kontrolerem!

Doznał wstrząsu, tak silne przepełniały go uczucia. Jako cywilizowany, zrównoważony osobnik powinien być niezdolny do takich myśli. To wręcz graniczyło z nienawiścią. Przerażony własnym stanem, Conway starał się zapanować nad myślami. Postanowił odsunąć na bok ten problem i zgłosić się do hipnotaśmoteki dopiero po zakończeniu obchodu. Taka wymówka była do przyjęcia, gdyby O’Mara pytał o powód spóźnienia, a zresztą w tym czasie naczelny psycholog mógł wyjść lub zostać wezwany. Conway miał nadzieję, że tak będzie.

Rozpoczął obchód od klasy AUGL z planety Chalderescol II; osobnik ów był jedynym pacjentem na sali przeznaczonej dla tej rasy. Conway włożył odpowiedni ubiór ochronny — w tym wypadku strój płetwonurka — i przeszedł przez śluzę do zbiornika wypełnionego zielonkawą, letnią wodą mającą imitować środowisko naturalne pacjenta. Ze znajdującej się w zbiorniku szafki pobrał instrumenty, a następnie głośno obwieścił swoje przybycie. Jeśli Chalder mocno spał, a Conway nagle by go zbudził, konsekwencje mogły być poważne. Jeden nieopatrzny ruch ogonem i na sali znalazłoby się dwóch pacjentów zamiast jednego.

Chalder pokryty był pancernymi płytami i łuskami; trochę przypominał dwunastometrowego krokodyla, z tym że zamiast nóg miał dość nieregularny układ krótkich płetw, a od połowy opasywał go szereg wstążkowatych macek. Unosił się bezwładnie przy dnie zbiornika, a jedyną oznaką życia, jaką okazywał, były pojawiające się co jakiś czas koło skrzeli pęcherzyki gazu. Conway zbadał go pobieżnie — z powodu Telfi obchód był już poważnie spóźniony — i zadał mu rutynowe pytanie. W jakiś niewyobrażalny sposób odpowiedź dotarła przez wodę do autotranslatora, a stamtąd do słuchawek w postaci wypowiedzianych powoli, beznamiętnie słów.

— Jestem poważnie chory — powiedział Chalder. — Cierpię.

Kłamiesz, pomyślał Conway, w żywe oczy! Doktor Lister, dyrektor Szpitala i prawdopodobnie najwybitniejszy Diagnostyk obecnej doby, bez mała rozebrał Chaldera na najdrobniejsze kawałeczki. Jego diagnoza brzmiała „hipochondria”, stan zaawansowania zaś — „nieuleczalna”. Oświadczył również, że rozstępy pewnych fragmentów pancerza na ciele pacjenta, a co za tym idzie podrażnienia w tych miejscach, pojawiły się w wyniku lenistwa i obżarstwa. Każdy wie, że stworzenia zewnątrzszkieletowe tyją wyłącznie od środka! Diagnostycy nie słynęli z najwłaściwszej postawy wobec chorych.

Chalderowi pogorszyło się naprawdę dopiero wówczas, gdy groziło mu wypisanie do domu — tak więc Szpital zyskał stałego pacjenta. Ale nikomu to nie przeszkadzało. Lekarze i psycholodzy, zarówno zatrudnieni na miejscu, jak i wizytujący, zbadali go dokładnie i powtarzali te badania wielokrotnie. Robili to również stażyści i pielęgniarze ze wszystkich ras reprezentowanych wśród personelu. Studenci odznaczający się różnym stopniem delikatności często i regularnie sondowali Chaldera, uciskali go i ostukiwali, a on uwielbiał to bezgranicznie. Szpitalowi odpowiadał taki układ, podobnie jak pacjentowi. Nikt mu już więcej nie mówił o odesłaniu do domu.

III

Płynąc w górę zbiornika Conway zatrzymał się na chwilę. Czuł się dziwnie. W dalszej kolejności powinien pójść do dwóch istot metanodysznych przebywających w chłodnej części jego oddziału, ale sama myśl o tym, że ma się tam udać, napełniała go obrzydzeniem. Pomimo tego, że woda była ciepła, a w dodatku zgrzał się nieco podczas pływania wokół potężnego ciała pacjenta, czuł jednak chłód; poza tym dałby wiele, żeby dookoła niego znalazło się jakieś towarzystwo w postaci choćby grupki studentów. Zwykle Conway nie cierpiał towarzystwa, a już szczególnie studentów, ale teraz czuł się wyalienowany, samotny i opuszczony przez przyjaciół. Uczucia te były tak silne, że aż go przeraziły. Pomyślał, że bezwzględnie powinien porozmawiać z psychologiem, choć niekoniecznie z O’Marą.

Konstrukcja Szpitala w tej strefie przypominała stos spaghetti — prostych, zagiętych i niesamowicie pokręconych kawałków makaronu. Na przykład każdy korytarz wypełniony ziemską atmosferą miał obok siebie, nad sobą i w dole — nie mówiąc o tych, które przecinały go w poprzek — wiele innych korytarzy wypełnionych odmiennymi wariantami atmosfery, ciśnienia i temperatury, zabójczymi dla istot tlenodysznych. Dzięki temu, w razie nagłej konieczności, lekarz dowolnej rasy mógł dotrzeć „swoim” korytarzem do pacjenta również dowolnej rasy i nie musiał przy tym przemierzać całego Szpitala w stroju chroniącym go przed warunkami panującymi w kolejnych sektorach; taka wędrówka była i powolna, i niewygodna. Lepszym wyjściem okazało się przebieranie w strój ochronny dopiero u drzwi odwiedzanej sali, co Conway właśnie robił.

Przypomniawszy sobie rozkład korytarzy swego oddziału wiedział, że może skorzystać ze skrótu, który doprowadzi go do jego zimnokrwistych pacjentów przez wypełniony wodą korytarz wiodący od sali Chaldera, następnie przez śluzę do chlorodysznych Illensańczyków klasy PVSJ i dwa poziomy w górę do sali metanowej. Oznaczało to, że w ciepłej wodzie pozostanie trochę dłużej, a naprawdę czuł, że jest mu zimno.

W sali chlorowej przemknął obok niego na swych strunowatych odnóżach pacjent klasy PVSJ. Conway poczuł przemożną chęć rozmowy z nim, o czymkolwiek. Musiał się przemóc, żeby pójść dalej.

Ubiór ochronny, który istoty klasy DBDG — takie jak on sam — nosiły w czasie przebywania w sali metanowej, był faktycznie niedużym, opancerzonym pojazdem. Miał wewnątrz grzejniki utrzymujące przy życiu pasażera, z zewnątrz za wyposażony był w urządzenie chłodnicze, inaczej ciepło pancerza natychmiast ugotowałoby pacjentów, dla których najmniejszy przebłysk promieniowania termicznego — a nawet światła — był zabójczy. Conway nie miał pojęcia, na jakiej zasadzie działa skaner używany do badań (wiedzieli to tylko ci z obsługi technicznej, którzy mieli fioła na punkcie różnych zmyślnych aparacików), ale na pewno nie na zasadzie promieni podczerwonych. Te również były za gorące dla pacjentów.

W czasie badania Conway tak podkręcił regulatory grzejników, że aż spływał potem — a mimo to było mu zimno. Nagle zdjęło go przerażenie. Może czym się zaraził? Gdy z powrotem znalazł się na korytarzu z atmosferą tlenową, spojrzał na tarczę czujnika wszczepionego w skórę przedramienia. Tętno, ciśnienie i równowaga endokrynologiczna były w porządku, jeśli nie liczyć niewielkich odchyleń spowodowanych zdenerwowaniem. Również w krwi nie było żadnych ciał obcych. Co mu więc dolegało?

Skończył obchód jak mógł najszybciej. Znowu miał mętlik w głowie. Jeśli to mózg robił mu kawały, powinien podjąć konieczne kroki, by temu zaradzić. To musi mieć coś wspólnego z hipnotaśmą Telfi, którą sobie zapisał. O’Mara mówił coś na ten temat, choć Conway w tej chwili nie mógł sobie przypomnieć, co to było. Jednak postanowił pójść natychmiast do hipnotaśmoteki, obojętnie, czy O’Mara tam będzie czy nie.

1 ... 10 11 12 13 14 15 16 17 18 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)