Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]
Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]

Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]». Краткое содержание книги:

Trafiamy oto na Ziemię dalekiej przyszłości. Nie wiemy dokładnie, który to rok, lecz „czytając między wierszami” przypuszczam, że akcja rozgrywa się w okolicach przełomu trzeciego i czwartego tysiąclecia. Ludzie osiągnęli technologiczne szczyty. Na Ziemi kontrolują pogodę, w kosmosie, dzięki silnikom wykorzystującym tzw. efekt Taniewa, poruszają się z prędkością wielokrotnie przewyższającą szybkość światła. Krótkodystansowa komunikacja odbywa się za pośrednictwem fal mózgowych, a na obiekty fizyczne wpływać można dzięki swobodnie generowanym polom siłowym. Uporano się ze wszystkimi wielkimi plagami ludzkości, takimi jak katastrofy naturalne, głód, choroby… I nie, nie ma żadnego „ale”. Homo sapiens osiągnął ostateczną formę dobrobytu oraz szczęścia na Ziemi i zajął się zaawansowaną eksploracją Wszechświata. Nawiązano kontakt z wieloma inteligentnymi rasami, ale żadna z nich nie dorównuje poziomem zaawansowania technicznego człowiekowi. Wygląda więc na to, że ludziom przypadła rola przodowników kosmosu. Do czasu… Na arenie międzygwiezdnych zdarzeń pojawiają się potężni i zagadkowi Galaktowie oraz złowrodzy Niszczyciele. Bohaterowie wyruszają na sztuczną planetę Orę, gdzie odbyć ma się wielka konferencja z udziałem wszystkich zjednoczonych pod przewodnictwem człowieka inteligentnych gatunków. Jej uczestnicy zadecydują, jakie kroki należy podjąć w związku z odkryciem nowych ras i na jakich zasadach spróbować nawiązać z nimi kontakt.
1 ... 9 10 11 12 13 14 15 16 17 ... 43
Перейти на страницу:

— Doniosę o tym Wielkiemu — dobiegł nas zmieniony głos Orlana.

— Proszę bardzo — odparłem. — Chciałem jednak najprzód zadać panu kilka pytań. Czy można?

— Słucham — jego głowa wróciła na miejsce.

— Co zamierzacie z nami zrobić? Kim jest Wielki Niszczyciel? Skąd wiecie, jak mam na imię i kim jestem? Jak nauczyliście się ludzkiego języka? Jak przedostaliście się do wnętrza naszego gwiazdolotu?

— Na żadne z tych pytań nie udzielę na razie odpowiedzi — oświadczył Orlan znów kryjąc głowę w piersi. Po chwili wydobył ją z powrotem i dodał: — A o tym, czy je kiedykolwiek uzyskacie, zdecyduje później Wielki.

— Niech mi pan wobec tego powie, co możemy i czego nam nie wolno robić.

— Możecie robić wszystko to, co dotychczas, z jednym wyjątkiem: nie wolno wam zbliżać się do urządzeń napędowych i sterujących statku.

— Odblokujcie nam przynajmniej stereoekrany w sali obserwacyjnej — poprosiłem. — Chyba wam nie zaszkodzi, jeżeli popatrzymy na słońca waszego malowniczego skupiska?

— Patrzeć na gwiazdy możecie — rzucił oddalając się w podskokach.

3

Kronika Romera dokładnie opisuje pierwsze dni naszej niewoli, nasze ówczesne niepokoje, zaskoczenia, rozpacz i wściekłość ogarniającą ludzi na widok Zływrogów szarogęsiących się na gwiazdolocie. Ja z owych dni zapamiętałem przede wszystkim dręczące mnie bezustannie pytania, na które nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi. Tylko z dwojgiem ludzi mogłem podzielić się swymi wątpliwościami. Mary widziała jedynie katastrofalny w skutkach zbieg okoliczności, Romero natomiast utrzymywał, że ocenę winy za to, co się stało, należy pozostawić historykom, a moim obowiązkiem jest trzeźwa analiza sytuacji. Dyskusje z nimi nie przyniosły mi żadnej ulgi, data mi ją dopiero rozmowa z malutkim kosmonautą i Astrem. Kamagin zatrzymał mnie kiedyś u drzwi do sali obserwacyjnej.

— Admirale — powiedział ze wzruszeniem w głosie — ma pan wszelkie powody być niezadowolonym ze mnie…

— Pan ma ich znacznie więcej, aby być niezadowolonym ze mnie! — zaoponowałem.

— Nie i jeszcze raz nie! — wykrzyknął. — Nawet MUK nie przewidział tego, co się stało, a człowiek jest tylko człowiekiem.

Odszedłem usiłując ukryć wzruszenie.

Tego samego dnia Aster powiedział do mnie: — Bardzo mi cię żal, ojcze!

Synek siedział w moim pokoju i oglądał stereofilm z widokami Ziemi, zachwycając się Himalajami, Saharą, Oceanem Spokojnym i stupiętrowymi gmachami Stolicy.

— Dlaczego? — zapytałem nieuważnie, bo wydawało mi się, iż jego słowa odnoszą się do filmu.

— Wyobraziłem sobie, że to ja jestem admirałem, że spaliłem dwa swoje statki, a trzeci poddałem wrogom… I odechciało mi się żyć. A tobie jest przecież znacznie gorzej, bo ty nie bawisz się w admirała…

— Baw się w gry na poziomie nie wyższym od żołnierza lub inżyniera — poradziłem mu i wyszedłem z pokoju. Długo potem nie mogłem się opanować.

Na ekranach sali obserwacyjnej widzieliśmy co dnia to samo: jaskrawe gwiazdy i płynące między nimi zielone punkciki eskadry Niszczycieli.

Trudno powiedzieć, czy przeciwnik nie chce, abyśmy zorientowali się, w jakim kierunku lecimy, czy też urządzenia gwiazdolotu były niesprawne, w każdym razie trudno było dociec, jakim kursem i z jaką prędkością porusza się eskadra. Jasne było jedynie to, że nasz statek znajduje się w centrum szyku, gdyż na wszystkich ekranach lśniły krążowniki Niszczycieli.

Osima przypuszczał, że wzięli nas w szyk kulisty po prostu dlatego, że ich statkom łatwiej było w ten sposób holować „Cielca” swoimi polami, bo nasz statek pozbawi0ny napędu nie mógł przecież uciec i nie trzeba go było pilnować tak pieczołowicie.

Pomarańczowa z wolna odchylała się od osi lotu. W zenicie pojawiła się inna gwiazda, niemal błękitna, ale niezbyt jasna. Po jakimś czasie i ona pozostała z boku, a przyrządy wykazały, iż eskadra wyhamowuje się w przestrzeń einsteinowską.

I znów ujrzeliśmy, tym razem w lornetkach mnożników optycznych, niepozorną błękitną gwiazdkę i ciemną kulkę jej planety.

— Dobrze ukryli swą bazę — zauważył z uznaniem Kamagin. — Błękitnego karła trudno znaleźć w tym rojowisku olbrzymów i superolbrzymów, a zagubiony w ciemności satelita jest po prostu niewidoczny.

4

Krążowniki wrogów jeden za drugim znikały w ciemności, a ich przenikliwe światła stopniowo bladły. Kiedy „Cielec” zaczął podchodzić do lądowania, towarzyszyło mu zaledwie około dziesięciu statków.

Ten dzień na zawsze utrwalił się w mojej pamięci. Nasze statki galaktyczne nie potrafią lądować na planetach, a gigantyczne krążowniki Niszczycieli opadły na powierzchnię globu z lekkością awionetek. Na płaskiej równinie w ciągu niewielu godzin wyrosły ogromne „wzgórza”, a w jednej z dolinek pomiędzy nimi miękko przycumował „Cielec”.

— Wychodzić! — rozkazał Orlan pojawiając się nieoczekiwanie w sali obserwacyjnej, skąd przyglądaliśmy się lądowaniu.

Poleciłem założyć skafandry. Orlan odwołał mój rozkaz:

— To zbyteczne, admirale Eli. W bazie stworzyliśmy warunki, jakich potrzebujecie: atmosfera z azotem i tlenem, woda, odpowiednie ciążenie i temperatura, a nawet wasz ulubiony zielony kolor. Co zaś do promieniowania — wskazał ręką na niebieskawe słońce — to nie jest ono groźne.

Z luku ładunkowego „Cielca” wysunęła się platforma cumownicza. Wyszliśmy na zewnątrz. Aster powiedział radośnie:

— Ojcze, prawda, że ta planeta jest podobna do Ziemi? Mama mówi, że nie, ale moim zdaniem jest podobna!

Planeta istotnie przypominała Ziemię, ale w ten sposób, w jaki Niszczyciele kopiowali ludzi. Było to podobieństwo karykaturalne i widmowe. Nie potrafiłem wytłumaczyć tego Astrowi, który widział Ziemię jedynie na stereoekranie.

Malutkie błękitnawe słońce dawało wystarczającą ilość światła, ale zupełnie nie grzało. Tutejsze południe bardziej przypominało ziemskie księżycowe noce niż najpochmurniejsze dni. Na szarym niebie planety mętnie połyskiwały gwiazdy. Planeta była zielona, jak to obiecywał Orlam lecz była to zieleń martwa, z metalicznym połyskiem. W górze, zasłaniając gwiazdy, kłębiły się chmurki, również jadowicie zielone.

— Metalowa! — powiedział ze smutkiem Lusin. Nieznany metal, Eli.

— Doskonale znany metaclass="underline" nikiel — poprawił go Kamagin. — Za moich czasów nikiel był drugim co do ważności po stali materiałem konstrukcyjnym. Zaręczam, że te wszystkie zieloności to sole i tlenki niklu.

Jedynie nasz absolutnie czarny statek naruszał monotonny koloryt planety. Na jej zielonej powierzchni toczyły się zielone rzeki, wpadające do zielonych jezior otoczonych zielonymi wzgórzami. Dotknąłem ręką jednej z zielonych roślin i przekonałem się, że to po prostu druzy mętnych. śliskich w dotyku kryształów. Zaczerpnąłem dłońmi ptynu ze strumyka: to również były roztwory soli niklowych o nieprzyjemnym ostrym zapachu. Ciecz zabarwiła mi ręce tak silnie i równomiernie, jakbym założył zielone rękawiczki.

Później szliśmy aleją metalowych drzew z błękitnawobiałymi pniami i koronami pokrytymi zielonym nalotem. Metalowe gałęzie kołysały się w podmuchach wiatru i strącały na ziemię wielkie grona dojrzałych kryształów. Nieprzyjemny zapach związków niklu, wypełniający ten metalowy las, stawał się nie do zniesienia.

1 ... 9 10 11 12 13 14 15 16 17 ... 43
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)