Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Bo on właśnie tobą kręci, ciebie oszukuje, głupi – powiedziała Amalia.
– Coś mnie tknęło, jak to powiedziała – mówi Ambrosio. – Biedaczka miała nosa w tej sprawie, paniczu.
Od tego czasu za każdym razem jak wracał do Pucallpa, jeszcze nie zdążył się otrzepać z rudawego pyłu drogi, a już z niepokojem wypytywał Amalię: ile dużych? ile małych? Notowała wszystko w małym zeszyciku i co dzień przynosiła nowe wiadomości o różnych sztuczkach don Hilaria w Pucallpa i w Tingo María.
– Jak mu tak nie ufasz, to ci coś powiem – rzekł mu raz Pantaleón. – Niech ci zwróci forsę i zmontujemy razem jakiś interesik.
Od tamtej soboty w Yarinacocha Amalia znowu zaczęła zwracać uwagę na klientów zakładu pogrzebowego. Tym razem ciąża ani trochę się nie umywała do poprzedniej, ani nawet do pierwszej: nie miała mdłości, nie miała wymiotów, niemal nie miała pragnienia. Nie straciła sił, mogłaby jak za najlepszych czasów wszystko robić w domu. Pewnego ranka poszła z Ambrosiem do szpitala i musiała bardzo długo czekać w ogonku. Dla zabicia czasu liczyli sępy wygrzewające się na sąsiednich dachach, a kiedy przyszła jej kolej, Amalia już prawie spała. Lekarz zbadał ją bardzo szybko i powiedział ubieraj się, wszystko w porządku, i niech przyjdzie za jakie dwa miesiące. Amalia ubrała się i dopiero przy wyjściu sobie przypomniała:
– Panie doktorze, w szpitalu w Limie mi mówili, że przy następnym dziecku mogę umrzeć.
– No to trzeba było uważać – burknął doktor; ale widząc, że się przestraszyła, uśmiechnął się z przymusem. – Nie bój się, dbaj o siebie i nic ci nie będzie.
Niedługo potem minęło następne pół roku i Ambrosio, idąc do biura don Hilaria, zawołał ją z przebiegłym wyrazem twarzy: chodź no, coś ci powiem. A co? Powie mu, że nie chce już być jego wspólnikiem ani jego kierowcą, Amalio, że ma gdzieś jego „Górską Błyskawicę” i jego „Trumny dla niewinnych duszyczek”. Amalia patrzyła na niego zdumiona, a on: to miała być niespodzianka dla ciebie, Amalio. Przez cały ten czas robili z Pantaleónem różne plany i wymyślili coś wspaniałego. Napełnią sobie kieszenie, i to kosztem don Hilaria, Amalio, to najzabawniejsze ze wszystkiego. Właśnie była do sprzedania jakaś wysłużona furgonetka i Ambrosio razem z Pantaleónem wypróbowali ją i przejrzeli najdokładniej, jak mogli: nadaje się. Dawali im ją za osiemdziesiąt tysięcy, trzydzieści gotówką, a resztę w wekslach. Pantaleón wystara się o swoje odszkodowanie i poruszy niebo i ziemię, żeby zdobyć piętnaście tysięcy, i kupią wóz na spółkę i na spółkę będą jeździli, a że będą brali taniej, więc odbiorą pasażerów firmie „Morales”.
– Czyste mrzonki – mówi Ambrosio. – Dopiero na koniec mi to wpadło do głowy, a od tego właśnie trzeba było zacząć, jak tylko przyjechaliśmy do Pucallpa.
Z Huacachina przyjechali prosto do Limy, podwieźli ich samochodem znajomi, świeżo upieczeni małżonkowie. Pani Lucía wzdychając przywitała ich na progu pensjonatu i uścisnąwszy Annę otarła oczy fartuchem. W pokoiku Santiago postawiła bukiet kwiatów, uprała firanki i zmieniła pościel, kupiła też butelkę wina Oporto, żeby uczcić to szczęśliwe wydarzenie. Kiedy Anna się rozpakowywała, pani Lucía odwołała Santiago na bok i z tajemniczym uśmieszkiem wręczyła mu kopertę: przedwczoraj przyniosła to pana siostrzyczka. Pachnący dzielnicą Miraflores list od Teté, Zavalita: ty bandyto, dowiedzieliśmy się o twoim ślubie! gotyckie litery: i to od tych łobuzów z gazety! Wszyscy się na ciebie wściekają (nie myśl sobie, mądralo) i wszyscy koniecznie chcą poznać moją szwagierkę. Niech w te pędy przychodzą do domu, oni dzień i noc krążyli pod twoim oknem, bo okropnie chcą ją poznać. Ach ty wariacie, całuję cię, mądralo, Teté.
– Coś ty taki blady – zaśmiała się Anna. – No to co, że się dowiedzieli, czy mamy trzymać w tajemnicy nasz ślub?
– To nie o to chodzi – powiedział Santiago. – Tylko, a zresztą, masz rację, idiota ze mnie.
– Pewnie, że idiota – zaśmiała się znowu Anna. – Zadzwoń tam zaraz albo jak chcesz, to możemy do nich pojechać. Przecież nas nie zjedzą, kochanie.
– Tak, lepiej to mieć za sobą powiedział Santiago. – Powiem, że wpadniemy wieczorem.
Czując w całym ciele łaskotanie zbiegł do telefonu i ledwo powiedział: halo? usłyszał triumfalny okrzyk Teté: tatusiu, to mądrala! Aż jej zabrakło głosu, ty wariacie, aleś nam zrobił kawał! i jej zachwyt: naprawdę się ożeniłeś? jej ciekawość: z kim, ty wariacie? jej niecierpliwość, kiedy i jak, i gdzie, jej chichot, ale czemu nie pisnąłeś słówka, że masz dziewczynę, jej pytania: czy ją porwałeś, tę moją szwagierkę, czy wzięliście ślub po kryjomu, a może ona jest niepełnoletnia? No mów, no powiedz, jak słowo daję.
– Najpierw daj mi otworzyć usta – powiedział Santiago. – Nie mogę odpowiadać na wszystkie pytania naraz.
– Ma na imię Anna? – krzyczała znowu Teté. Jaka ona jest i skąd jest, jak się nazywa? czy ja ją znam? ile ma lat?
– Wiesz co, najlepiej sama ją wypytaj o wszystko – powiedział Santiago. – Będziecie wieczorem w domu?
– Dlaczego wieczorem, idioto – krzyknęła Teté. – Przychodźcie zaraz. Przecież my się skręcamy z ciekawości!
– Będziemy koło siódmej – powiedział Santiago. – Na kolację, okey. Ciao, Teté.
Stroiła się na tę wizytę bardziej niż na ślub, Zavalita. Poszła do fryzjera, poprosiła donę Lucie o pomoc przy odprasowaniu bluzki, przymierzyła wszystkie swoje sukienki i pantofle, bez końca przeglądając się w lustrze, a makijaż i manicure zajęły jej całą godzinę. Myśli: biedne niebożątko. Była bardzo pewna siebie, przebierała i wybierała swoje kreacje, śmiała się i wypytywała o don Fermina i o panią Zoile, o Chispasa i o Teté, ale pod wieczór, kiedy defilowała przed Santiago – jak ci się w tym ‘podobam, kochanie? a może włożyć tamto, kochanie? – była przesadnie gadatliwa, jej swoboda trąciła sztucznością, a w oczach pojawiły się iskierki niepokoju. W taksówce, którą jechali do Miraflores, siedziała milcząca i poważna, po jej ustach widać było, że się denerwuje.
– Będą na mnie patrzyli jak na marsjanina, co? – powiedziała nagle.
– Raczej jak na marsjankę – powiedział Santiago. – Niech tam, co ci zależy.
Ale jej zależało, Zavalita. Kiedy nacisnął dzwonek, poczuł, że ona czepia się jego ramienia, wolną ręką poprawiała fryzurę. Ach, głupota, co oni tutaj robią, dlaczego musieli przejść jeszcze i przez to: byłeś wściekły, Zavalita. I oto Teté, w wizytowej sukience, w podskokach biegnąca do bramy. Pocałowała Santiago, uściskała i ucałowała Annę, paplała, wykrzykiwała, i oczy Teté, i w chwilę później oczy Chispasa, i oczy rodziców, takie badawcze, istna trepanacja, istna autopsja. Pośród śmiechu, piskliwych krzyków i uścisków Teté, ciągle te oczy. Teté wzięła ich pod ręce, przebiegła razem z nimi ogród i ani na chwilę nie przestawała mówić, wciągając ich w wir chaotycznych okrzyków, pytań i powinszowań i rzucając przy tym owe nieuniknione ukradkowe spojrzenia na Annę, która niepewnym krokiem szła za nią. Cała rodzina czekała w salonie. Trybunał, Zavalita. Wszyscy tam byli: nawet Popeye, nawet Gary, narzeczona Chispasa, wszyscy, wizytowo odstawieni. Pięć par luf karabinowych, myśli, i wszystkie jednocześnie celowały i strzelały w Annę. Myśli: twarz mamy. Nie znałeś dobrze mamy, Zavalita, myślałeś, że umie lepiej panować nad sobą, że ma bardziej światowe maniery, że potrafi trzymać fason. Ale nie ukrywała ani swojej niechęci, ani osłupienia, ani rozczarowania; ukrywała tylko gniew, i to połowicznie, na samym początku. Ona ostatnia do nich podeszła, krokiem skazańca ciągnącego za sobą łańcuchy; była sinoblada. Pocałowała Santiago mrucząc coś, czego nie zrozumiałeś – wargi jej drżały, myśli, oczy miała rozszerzone – a potem, z przymusem, odwróciła się do Anny, która czekała z wyciągniętymi ramionami. Ale matka nie uścisnęła jej, nie uśmiechnęła się do niej; pochyliła się odrobinę, jej policzek musnął policzek Anny i natychmiast się odsunęła: jak się masz, Anno. Twarz jej stała się jeszcze bardziej oschła, spojrzała na Santiago, a Santiago na Annę: nagle zaczerwienił się, i teraz don Fermín starał się ratować sytuację. Podbiegł do niej, a więc to jego synowa, uścisnął ją jeszcze raz, to jest ten skarb, który chudzina tak przed nimi ukrywał. Chispas objął Annę z miną starego hipopotama i klepnął Santiago po plecach z okrzykiem aleś to trzymał w tajemnicy, stary, nie ma co. On też od czasu do czasu przybierał ów zażenowany, pogrzebowy wyraz twarzy, podobnie jak don Fermín, kiedy na moment się zapominał i przestawał się uśmiechać. Tylko Popeye wydawał się swobodny i wesoły. Cary, szczuplutka, jasnowłosa, o cienkim głosiku, w sukni z czarnej krepy, zaczęła zadawać pytania, jeszcze zanim usiedli do stołu, z tym swoim niewinnym śmiechem, od którego można było dostać gęsiej skórki. Ale Teté zachowywała się pierwszorzędnie, Zavalita, wychodziła z siebie, żeby zapełnić luki w rozmowie i żeby osłodzić to gorzkie przyjęcie, jakie bezwiednie czy też z pełną świadomością zgotowała Annie matka. Nie odezwała się do niej ani razu, a kiedy don Fermín, niepokojąco wesoły, odkorkował butelkę szampana i przyniesiono zakąski, matka zapomniała podsunąć synowej półmisek z serem. Siedziała sztywna i obojętna – wargi wciąż jej drżały, źrenice wciąż miała rozszerzone i nieruchome – nawet wtedy, kiedy Anna, osaczona przez Cary i Teté, wyjaśniała, jąkając się, myląc wszystko i przecząc sama sobie, jak i kiedy wzięli ślub. Po cichu, nikogo nie zawiadamiając, bez przyjęcia, ach para wariatów, powiedziała Teté, a Cary to uroczo, tak skromnie, i patrzyła na Chispasa. Don Fermín, jakby przypominając sobie o swoich obowiązkach, od czasu do czasu budził się z zamyślonego milczenia i zwracał się z jakimś miłym słówkiem do Anny. Jaki był skrępowany, Zavalita, ile go kosztowała ta naturalność, ten poufały ton. Przyniesiono jeszcze coś do jedzenia, don Fermín znowu nalał wszystkim szampana i przez te kilka sekund, kiedy pili, napięcie na moment znikło. Santiago kątem oka widział, że Anna stara się przełykać kanapki, którymi ją częstowała Teté, i odpowiadać na żarciki – coraz bardziej nieśmiałe, coraz bardziej wymuszone – które jej serwował Popeye. Atmosfera była bliska wybuchu, myśli, jakby za chwilę morze ognia miało zalać ich wszystkich. Cary niestrudzenie, uparcie, co chwila wtrącała się do rozmowy. Ledwo otworzyła usta: do jakiej szkoły chodziłaś, Anno? zaraz napięcie się wzmogło, ach, Maria Parado de Bellido? to państwowa szkoła, prawda? i to jej żachnięcie się: więc skończyła szkołę pielęgniarską? i twarz mamy, ale nie z amatorstwa, na kursach Czerwonego Krzyża, tylko zawodowo, tak? Więc umiesz robić zastrzyki, Anno? Ach tak? I pracowałaś w „La Maison de Santé” i w szpitalu robotniczym w Ica? I w tym wszystkim mama, Zavalita, która mrugała, która przygryzała wargi, która kręciła się na krześle, jakby siedziała na mrowisku. I ojciec, ze wzrokiem utkwionym w czubki butów; słuchał, podnosił głowę, odważał się uśmiechnąć do ciebie i do Anny. Anna, skulona na swoim miejscu, z grzanką w drżących palcach, patrzyła na Cary jak przerażony uczeń na swojego nauczyciela podczas egzaminu. Po chwili podniosła się, podeszła do Teté i pośród naelektryzowanego milczenia szepnęła jej coś do ucha. Oczywiście, powiedziała Teté, chodź ze mną. Odeszły, zniknęły na schodach i Santiago spojrzał na panią Zoile. Jeszcze nic nie mówiła, Zabalita. Zmarszczyła brwi, wargi jej drżały, patrzyła na ciebie. Pomyślałeś nie będzie zważała na obecność Popeye’a i Cary, myśli, to jest od niej silniejsze, nie będzie się powstrzymywała.