Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
– Synku, czemu nie odwiedzałeś mnie tyle czasu? To tylko dziesięć li drogi! – rzekła z wyrzutem. – Wkrótce po twoim odejściu – ciągnęła, nie czekając na jego odpowiedź – matka znalazła sobie pracę. Pracuję we młynie, tym wiatraku u Simów. Skrzydła się połamały, więc miele się ręcznie, Du Wendou załatwił mi tę robotę. Za jeden dzień dostaję pół funta suszonych słodkich ziemniaków. Gdyby nie ta praca, już by nie było ani mnie, ani Papużki.
Shangguan Jintong już wiedział, że syn Hana Ptaszka ma na imię Papuga. Papużka gaworzył i marudził w swojej kołysce.
– Idź i przynieś go tu, matka zrobi wam coś do zjedzenia.
Matka wypłukała wyłowiony z misy groch kilka razy czystą wodą i wrzuciła do miseczki. Miska była prawie pełna. Czując na sobie jego zdumione spojrzenie, powiedziała:
– Synu, matka robi to, bo musi. Nie gardź mną… Popełniłam w swoim życiu mnóstwo głupstw, ale kraść zaczęłam dopiero teraz…
Jintong oparł swoją porośniętą miękkimi włosami głowę na matczynym ramieniu.
– Nie mów tak, mamo – rzekł z bólem. – To nie jest kradzież. A nawet jeśli to kradzież, to na świecie jest mnóstwo rzeczy godnych sto razy większej pogardy.
Matka wyciągnęła spod pieca moździerz do rozgniatania czosnku i roztłukła groch, po czym dodała zimnej wody i rozmieszała na pastę.
– Jedz, dziecko – powiedziała, podając mu miskę. – Nie rozpalam w piecu, bo zaraz by się tu zlecieli urzędnicy. Nie mogę na to pozwolić.
Jintong wziął miskę z rąk matki; miał gulę w gardle. Matka karmiła Hana Papużkę poobgryzaną drewnianą łyżeczką; malec siedział grzeczniutko na ławie i jadł ze smakiem.
– Brzydzisz się – rzekła matka przepraszającym tonem, patrząc na syna.
– Nie, mamo, wcale nie – zaprzeczył Jintong; łzy kapały mu prosto do miski.
Siorbiąc, pochłonął grochowy kleik w ciągu paru sekund. Poczuł w ustach krwisty posmak – domyślał się, że to krew z żołądka i przełyku jego matki.
– Jak wpadłaś na ten pomysł, mamo? – zapytał Jintong smutno, patrząc na jej siwą, lekko trzęsącą się głowę.
– Najpierw chowałam wszystko w skarpetce, ale przyłapali mnie i upokorzyli jak psa. A potem zaczęli jeść. Raz zwymiotowałam na podwórku, padał straszny deszcz, więc zostawiłam wszystko na ziemi. Rano zobaczyłam, że Han Papużka zbiera to i zjada. Sama zjadłam parę ziaren i tak wpadłam na ten pomysł. Pierwszy raz musiałam wsadzić sobie pałeczkę do gardła. Ten smak… Ale przyzwyczaiłam się. Teraz wystarczy, że się schylę. Mój żołądek jest workiem na ziarno…
Matka zaczęła wypytywać Jintonga o życie w gospodarstwie przez ostatni rok, a on opowiedział jej wszystko ze szczegółami, w tym o zbliżeniu z Long Qingping, śmierci Shangguan Qiudi, śmierci Lu Lirena i zmianie nazwiska przez Shangguan Pandi.
Matka długo milczała, aż księżyc wspiął się na nieboskłon od wschodu; jego blask oświetlił podwórze i wpadł przez okno do izby.
– Nie zrobiłeś nic złego, synu – powiedziała wreszcie. – Dusza tej panny Long odnalazła spokój. Przyjmiemy ją do rodziny Shangguan. Kiedy nadejdą lepsze czasy, przeniesiemy tutaj jej szczątki, razem ze szczątkami twojej Siódmej Siostry.
Matka zaniosła na kang kiwającego się z senności Hana Papużkę.
– Kiedyś w rodzinie Shangguan było nas tyle, co owiec w zagrodzie – powiedziała. – Już tylko parę zostało…
– A Ósma Siostra, mamo? – wyjąkał Jintong.
Matka westchnęła i popatrzyła na niego wstydliwie, jakby prosząc o wybaczenie.
Dwudziestoletnia Shangguan Yunü wciąż miała naturę dziewczynki, nieśmiałej, wystraszonej małej dziewczynki. Od urodzenia żyła jak poczwarka w kokonie, wiecznie obawiając się, że sprawia kłopot rodzinie.
Pewnego wieczoru, w czasie pochmurnego, deszczowego lata, Yunü ze smutkiem nasłuchiwała krztuszenia się wymiotującej matki. Grzmot przetaczał się gdzieś w oddali, wiatr szumiał wśród liści, drażniąca, przypalona woń błyskawic unosiła się w powietrzu. Żaden dźwięk nie był w stanie zagłuszyć odgłosów torsji, żadna woń nie mogła zamaskować odoru wymiocin. Chlupot ziarenek grochu wpadających do wody ranił Yunü prosto w serce. Marzyła, by odgłosy te wreszcie zamilkły, a zarazem pragnęła, by rozbrzmiewały wiecznie. Brzydziła się woni soków żołądkowych, zmieszanych z krwią, lecz jednocześnie była za nią wdzięczna. Gdy matka rozcierała groch w moździerzu do czosnku, „ping-ping, pa-pa", Yunü czuła się tak, jakby rozgniatano na miazgę jej serce. Kiedy matka wręczyła jej miskę roztartego na pastę grochu o surowej, zimnej woni, ślepe oczy Ósmej Siostry wypełniły się łzami. Piękne usta drżały z każdym kęsem; z każdym kęsem płynął nowy strumień łez. Dziesięć tysięcy słów nie starczyłoby na opisanie jej wdzięczności, lecz nie była w stanie wypowiedzieć ani jednego.
W zeszłym roku, rankiem siódmego dnia siódmego miesiąca, gdy matka wybierała się do młyna, Shangguan Yunü nagle spytała:
– Mamo, jak wyglądasz?
Wyciągając ku niej swoje białe jak cebula ręce, poprosiła:
– Pozwól mi dotknąć swojej twarzy, mamo…
– Moja głupiutka dziewczynko… – westchnęła matka. – Biedactwo, skąd takie pomysły?
Matka zbliżyła twarz do Ósmej Siostry i pozwoliła jej badać ją miękkimi, jakby bezkostnymi palcami. Poczuła wilgotną, zimną woń.
– Idź umyć ręce, Yunü. W beczce jest woda.
Kiedy matka wyszła, Ósma Siostra zeszła z kangu. Usłyszała, jak Han Papużka podśpiewuje coś wesoło w swojej kołysce na drzewie, słyszała też ćwierkanie ptaków, odgłosy ślimaków sunących po pniach i plujących śluzem, jaskółek budujących gniazda pod okapem. Czując świeży zapach wody, podążyła w kierunku beczki. Schyliła się; w wodzie ukazało się odbicie jej pięknej twarzy – w tym samym miejscu Jintong widywał kiedyś obraz Nataszy, lecz Ósma Siostra nie mogła zobaczyć własnego odbicia. Niewielu dane było oglądać twarz tej córki rodziny Shangguan. Miała długi nos, jasną skórę, miękkie złote włosy, smukłą łabędzią szyję. Czując dotyk chłodnej wody na czubku nosa, a potem na wargach, zanurzyła w beczce całą głowę. Gdy chłodna woda wdarła się do jej nozdrzy, oprzytomniała nagle i wyprostowała się. W uszach jej dzwoniło, kręciło ją w nosie. Usłyszała dwa głośne pyknięcia – to odblokowały się zalane uszy, dotarł do nich świergot papużek i gaworzenie Hana Papużki, który nawoływał swoją Ósmą Ciotkę. Zbliżyła się do drzewa, pogłaskała Papużkę po zasmarkanej buzi i w milczeniu skierowała się w stronę bramy.
Matka otarła łzy wierzchem dłoni i powiedziała cicho:
– Twoja Ósma Siostra odeszła, ponieważ nie chciała być dla mnie ciężarem… Król Smoków zesłał naszej rodzinie swoją własną córkę. Kiedy jej czas się wypełnił, powróciła do Wschodniego Oceanu, gdzie żyje teraz jako Córka Smoka…
Shangguan Jintong chciał jakoś pocieszyć matkę, ale nie potrafił znaleźć właściwych słów. Zakasłał głośno, by zagłuszyć rozpacz wzbierającą w sercu.
Rozległo się pukanie do drzwi. Matka drgnęła i czym prędzej schowała moździerz z grochem.
– Jintong, idź otworzyć. Zobacz, kto to.
Jintong otworzył główną bramę. Stanęła przed nim spotkana na promie kobieta z lutnią.