Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 134 135 136 137 138 139 140 141 142 ... 197
Перейти на страницу:

Rand mimo woli zadygotał. Rozsądek mu podpowiadał, że nie powinien ufać Gedwynowi i Rochaidowi, ale czyżby znienacka dopadło go to coś, co Nynaeve nazywała trwogą? Ten rodzaj mrocznego szaleństwa, które paraliżuje, każąc podejrzewać wszystko i wszystkich. Kiedy Rand był mały, jeden z Coplinów, Benly, nabrał przekonania, że wszyscy knują przeciwko niemu. Zagłodził się na śmierć z obawy przed trucizną.

Przylgnął do karku Tai’daishara i poprowadził go przez największą z bram. Była to, jak się okazało, brama utworzona przez Flinna, ale w tym akurat momencie skorzystałby nawet z bramy Gedwyna. Był pierwszy na altarańskiej ziemi.

Pozostali prędko podążyli jego śladem, przy czym Asha’mani jechali na czele. Dashiva zagapił się na Randa, marszcząc przy tym brwi, podobnie zareagował Narishma, ale Gedwyn zaczął natychmiast dyrygować Żołnierzami. Jeden po drugim gnali przed siebie, otwierali bramę i pokonywali ją biegiem, ciągnąc za sobą wierzchowce. Gnali w górę doliny, w otoczeniu błysków światła, które wskazywały, gdzie otworzyła się albo zamknęła brama. Asha’man potrafił Podróżować na niewielkie odległości bez potrzeby uprzedniego zapamiętywania terenu, który opuszczał, i w ten sposób poruszał się znacznie prędzej niż konno. Niebawem zostali już przy nim tylko Gedwyn i Rochaid, nie licząc Oddanych, którzy podtrzymywali bramy. Reszta miała wachlarzem rozejść się na zachód w poszukiwaniu Seanchan. Saldaeanie wciąż jeszcze przybywali z Illian i dopiero teraz dosiadali swych wierzchowców. Członkowie Legionu rozproszyli się błyskawicznie między drzewami, z kuszami w pogotowiu. Po tym terenie pieszo poruszali się równie prędko co konni.

Kiedy z bram zaczęła się wynurzać pozostała część armii, Rand ruszył w głąb doliny, w tym samym kierunku, w którym zniknęli Asha’mani. Za jego plecami wznosiły się wysokie góry, po drugiej stronie których, niczym za murem, kryła się Głębia Kabala, ich zachodnie pasmo sięgało niemal do samego Ebou Dar. Pognał konia galopem.

Bashere dogonił go, zanim dotarł do przełęczy. Jego wierzchowiec był mały — większość Saldaean jeździła na małych koniach — ale za to rączy.

— Niby nie ma żadnych Seanchan — stwierdził niemal zdawkowo, gładząc kłykciem wąsy. — Ale mogli być. Tenobia gotowa jest pewnie nabić moją głowę na pikę za to, że oddałem się pod rozkazy Smoka Odrodzonego. Przypuszczam, że stałoby się to dwakroć bardziej prawdopodobne, gdyby Smok okazał się martwy.

Rand skrzywił się. Może jednak zabrać Flinna, by pilnował jego pleców, może Narishmę i... Flinn uratował mu życie, ten człowiek nie mógł zdradzić. Ale ludzie przecież się zmieniają. A Narishma? Nawet po tym?... Przeszedł go chłód na myśl o ryzyku, jakiego się podjął. Nie, to nie trwoga... Narishma okazał się szczery, ale i tak nadal ryzyko było obłąkańcze. Tak obłąkańcze jak uciekanie przed spojrzeniami, które być może były tylko jego urojeniem, uciekanie tam, gdzie nie wiadomo, co go czekało. Bashere miał rację, ale Rand nie chciał już dłużej się nad tym rozwodzić.

Zbocza wiodące do przełęczy były pokryte nagimi głazami i kamieniami różnej wielkości, ale pośród nich walały się szczątki ogromnego posągu, niektóre tak zwietrzałe, że ledwie dawało się stwierdzić, że to obrobiony kamień. Upierścieniona dłoń, niemal tak wielka jak jego pierś, ściskała rękojeść miecza z kikutem ostrza szerszego od jego dłoni. Wielka głowa, głowa kobiety z pęknięciami w twarzy i koroną, która wyglądała jak zrobiona z wystawionych sztyletów, wśród których część ostała się jeszcze w całości.

— Jak myślisz, kim ona była? — spytał. Jakąś królową, to oczywiste. Nawet jeśli w zamierzchłych czasach kupcy albo uczeni nosili korony, to z pewnością jedynie władcom i generałom stawiano posągi.

Bashere okręcił się w siodle i chwilę przyglądał się głowie, zanim odpowiedział.

— Idę o zakład, że to jakaś królowa z Shioty — stwierdził w końcu. — Nie starsza. Widziałem kiedyś posąg wykonany w Eharon, był tak zniszczony, że nie dawało się orzec, czy to mężczyzna czy kobieta. Jakaś wojowniczka, bo inaczej nie byłaby wyobrażona z mieczem. I coś mi się wydaje, że w Shiocie dawali takie korony władcom, którzy poszerzali zasięg granic. Może nawet nazywali taką Koroną Mieczy? Któraś Brązowa siostra pewnie powiedziałaby ci coś więcej na ten temat.

— To nie jest ważne — odparł z irytacją Rand. A jednak czubki tej korony rzeczywiście przypominały miecze.

Bashere i tak mówił dalej, ze śmiertelną powagą.

— Myślę, że wiwatowały jej tysiące, które nazywały ją nadzieją Shioty, może nawet w to wierząc. W swoich czasach mogli tak się jej bać i tak ją szanować jak później inni Artura Hawkwinga, ale niewykluczone, że nawet Brązowe nie znają jej imienia. Po twojej śmierci ludzie powoli zapominają, kim byłeś i czego dokonałeś albo co próbowałeś osiągnąć. Każdy w końcu umiera i każdy pada ofiarą zapomnienia, ale nie ma sensu umierać, dopóki nie nadejdzie twój czas.

— Wcale nie mam zamiaru — powiedział ostrym tonem Rand. Wiedział, gdzie umrze, choć rzecz jasna nie miał pojęcia kiedy. W każdym razie wydawało mu się, że wie gdzie.

Kątem oka dostrzegł jakiś ruch, tam, gdzie za kamiennym podłożem zaczynały się krzaki i rosło kilka małych drzewek. W odległości pięćdziesięciu kroków jakiś mężczyzna wyszedł na otwartą przestrzeń i podniósł łuk, gładkim ruchem przykładając upierzenie strzały do policzka. Wszystko działo się jakby jednocześnie.

Rand zawrócił Tai’daishara, ze zwierzęcym grymasem obserwując, jak łucznik prowadzi grot strzały jego śladem. Objął saidina i do jego wnętrza wlała się słodycz życia przemieszana z brudem. Błyskawicznie obrócił głowę. Widział teraz dwóch łuczników. Do gardła podeszła mu żółć, gdy jak oszalały zmagał się z nieokiełznanymi falami Mocy, które usiłowały przepalić go do kości i skuć jego ciało lodem. Nie potrafił nad nimi zapanować; jedyne, na co było go stać, to utrzymać się przy życiu. Desperacko walczył o odzyskanie wzroku, by móc tkać sploty, które zresztą ledwie potrafił teraz formować, bo mdłości zalewały go równie silnie jak Moc. Wydało mu się, że słyszy krzyk Bashere. Dwaj łucznicy zwolnili cięciwy.

Aż dziw brał, że nie zginął. Z takiej odległości mały chłopiec trafiłby do celu. Może uratowało go to, że był ta’veren. Kiedy łucznik strzelił, spod jego stóp wytrysnęło stado szaropiórych kuropatw. Nie dość, by przestraszyć człowieka doświadczonego, i w rzeczy samej mężczyzna drgnął tylko nieznacznie. Rand poczuł podmuch strzały, która przemknęła obok jego policzka.

I nagle łucznika zasypał grad kul ognia wielkości pięści. Wrzasnął, kiedy wywichnęło mu rękę wciąż ściskającą łuk. Druga kula oderwała mu lewą nogę w kolanie i wtedy padł na ziemię, krzycząc jeszcze bardziej przeraźliwie.

Rand wychylił się z siodła i zwymiotował na ziemię. Żołądek kurczył się, jakby próbując się pozbyć wszystkich posiłków, które kiedykolwiek zjadł w życiu. Pustka i saidin pozostawiły po sobie tak mdlące skurcze, że omal nie wypadł z siodła.

Kiedy był już w stanie siedzieć prosto, wziął białą lnianą chusteczkę, którą podał mu w milczeniu Bashere, i otarł usta. Saldaeanin krzywił się z troską nie bez powodu. Rand czuł, jak jego żołądek szuka, co jeszcze mógłby wypluć. Zrobił głęboki wdech. Utrata saidina w takich okolicznościach potrafiła zabić. Ale nadal czuł Źródło — saidin na szczęście go nie wypalił. I przynajmniej widział dobrze, przed nim stał tylko jeden Davram Bashere. A jednak choroba zdawała się postępować, za każdym kolejnym razem, kiedy obejmował saidina.

1 ... 134 135 136 137 138 139 140 141 142 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)