Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
— Znaleźliśmy jeden z tych wielkich głazów w kształcie grzyba — poinformował. — Niedaleko, jakieś czterdzieści jardów stąd. Stoi w kotlinie za drzewami.
Burton powoli przestawał odczuwać radość z tyranizowania Frigate'a i zaczynał go żałować.
— Peter — powiedział — może byś to obejrzał? Gdybyśmy rzeczywiście mieli głaz w pobliżu, nie trzeba by było wracać nad rzekę — podał mu swój róg obfitości. — Wsadź to w dziurę w kamieniu, ale dokładnie zapamiętaj miejsce. Inni też. Dopilnuj, żeby każdy wiedział, gdzie położył swój róg. Rozumiesz, nie chcę, żeby się potem kłócili.
Dziwne, ale Frigate jakby nie chciał odejść. Wydawało się, że jest zawstydzony własną słabością. Przez chwilę przestępował z nogi na nogę i wzdychał. Potem, gdy Burton nadal oskrobywał wewnętrzne strony pasów skóry, odwrócił się i odszedł niosąc w, jednym ręku dwa cylindry, a w drugim kamienne ostrze.
Gdy tylko Amerykanin schował się za drzewem, Burton przerwał pracę. Chciał się zorientować, jak wycinać pasy skóry, mógłby też rozciąć tułów zabitego, by dostać się do jelit. Ale na razie nie potrafił zakonserwować ani jednego ani drugiego. Może kora tych podobnych do dębu drzew będzie — zawierać taninę, która wraz z innymi materiałami zamieni ludzką skórę w rzemień. Zanim jednak zdąży to sprawdzić, skóra zgnije. Mimo wszystko nie zmarnował czasu. Przekonał się o skuteczności krzemiennych ostrzy i odnowił wiedzę o budowie ludzkiego ciała. Jeszcze jako chłopcy on i jego brat Edward zaprzyjaźnili się w Pizie z włoskimi studentami medycyny z miejscowego uniwersytetu. Wiele się od nich nauczyli a i później żaden z nich nie przestał interesować się anatomią. Edward został chirurgiem, Richard uczęszczał na liczcie wykłady, bywał także na publicznych i zamkniętych sekcjach: Zdążył jednak zapomnieć wiele z tego, czego się nauczył.
Niespodziewanie słońce zniknęło za krawędzią skalnej ściany. Cień padł na Burtona i w ciągu kilku minut cała dolina znalazła się w mroku. Niebo jednak przez długi jeszcze czas pozostało jasnobłękitne. Wietrzyk dmuchał wciąż tak samo a wilgotne powietrze ochłodziło się trochę. Burton i neandertalczyk pozostawili ciało i poszli za głosami pozostałych, czekających przy kamieniu obfitości; o którym mówił Brontich. Burton zastanawiał się, czy są też inne, rozstawione w odległości mniej więcej mili od brzegu. W tym, który znaleźli, nie było cylindra pozostawionego w środkowym zagłębieniu. Mogło to oznaczać, że nie jest jeszcze gotów do działania. Ale niekoniecznie. Założył raczej, że ktokolwiek stworzył te struktury, umieścił rogi obfitości w stojących nad rzeką, gdyż ich właśnie mieli używać w pierwszej kolejności. Głazy stojące w głębi lądu znaleźliby wtedy, gdy już. będą wiedzieć jak z nich korzystać.
Cylindry czekały w zagłębieniach zewnętrznego kręgu. Ich właściciele stali lub siedzieli w pobliżu zajęci rozmową, ale wyraźnie myśleli tylko o tym, kiedy — albo czy — znów pojawi się błękitny płomień. Większość rozmów krążyła wokół tego, jak bardzo są głódni. Niektórzy snuli przypuszczenia na temat sposobu zjawienia się tutaj. Kto ich tu sprowadził, gdzie był teraz i co dla nich zaplanował. Kilka osób opowiadało — o swoim życiu na Ziemi.
Burton przysiadł pod rozłożystymi i gęsto pokrytymi liśćmi gałęziami „żelaznego drzewa”. Odczuwał zmęczenie, podobnie jak wszyscy pozostali z wyjątkiem Kazza. Pusty żołądek i napięte nerwy nie pozwalały mu się zdrzemnąć, choć przytłumione odgłosy rozmów i szelest liści zachęcały do snu. Kotlina, w której się znaleźli, była kawałkiem równego terenu pomiędzy czterema wzgórzami. Wokół rosły drzewa. Było tu trochę ciemniej niż na szczytach, ale i cieplej. Kiedy jednak mrok się pogłębił a temperatura wyraźnie spadła, Burton zorganizował grupę zbierającą drewno na ognisko. Przy pomocy noża i toporków nacięli dojrzałych bambusów i zgromadzili stosy trawy, które Burton podpalił rozgrzanym do białości drucikiem zapalniczki. Trawa była jeszcze zielona, więc ogień dymił i nie chciał się rozpalić, dopóki nie podłożyli bambusów.
Nagła eksplozja wystraszyła wszystkich. Niektóre z kobiet aż krzyknęły. Zapomnieli zupełnie o kamieniu obfitości. Burton zauważył jeszcze błękitny płomień, wznoszący się wysoko w niebo. Ciepło wyładowania odczuł nawet Brontich, stojący o dwadzieścia stóp od głazu.
Grzmot ucichł, a oni bez ruchu patrzeli na rogi obfitości. Burton znów jako pierwszy wskoczył na kamienny grzyb — nikt z pozostałych nie chciał tego ryzykować tak krótko po wyładowaniu. Podniósł pokrywę swego cylindra, zajrzał do wnętrza i krzyknął z zadowolenia. Reszta poszła za jego przykładem. Nie minęła minuta, a siedzieli wokół ogniska i jedli łapczwie, pokrzykując z rozkoszy, chwaląc się tym, co znaleźli, weseli i roześmiani. Sprawy nie przedstawiały się tak źle. Ktokolwiek odpowiadał za to wszystko, dobrze się o nich zatroszczył.
Jedzenia było dość, nawet po całodniowym poście, czy też, jak wyraził się Frigate: „po głodówce trwającej połowę wieczności”. Chodziło mu o to, jak wyjaśnił Monatowi, że nie dało się stwierdzić, ile czasu minęło między rokiem 2008 i dniem dzisiejszym. Ten świat nie mógł być stworzony w jednej chwili, a przygotowanie ludzkości do zmartwychwstania zajęło z pewnością więcej niż siedem dni. Pod warunkiem oczywiście, że dokonano tego naukowymi, nie nadnaturalnymi metodami.
W swoim cylindrze Burton znalazł czterocalowy sześcian mięsa, niewielką kulę ciemnego chleba, masło, ziemniaki i sos; sałata przyprawiona była na sposób, którego nie znał, lecz smakowała wspaniale. W dodatku był tam pięciouncjowy kubek doskonałego bourbona i jeszcze jeden z czterema kostkami lodu.
Było więcej rzeczy sprawiających tym więcej radości, że nieoczekiwanych. Fajka z korzenia wrzosu. Kapciuch z tytoniem. Trzy cygara. Plastikowe pudełko z dziesięcioma papierosami.
Bez filtra — zauważył Frigate.
Był też jeden krótki, brązowy papieros, który Burton i Frigate obwąchiwali, po czym oznajmili równocześnie:
— Marihuana!
— Chyba jednak odrosną nam włosy — powiedziała Alicja, trzymając v ręku małe, srebrne nożyczki i czarny grzebień. — Inaczej nie potrzebowalibyśmy tego. Tak się cieszę! Ale czy… Oni… naprawdę sądzą, że będę tego używać? — wyciągnęła jaskrawoczerwoną szminkę.
— Albo ja? — dodał Frigate, oglądając podobną szminkę.
— Są bardzo przewidujący — oświadczył Monat pokazując paczkę papieru najwyraźniej toaletowego. Po czym wyciągnął z cylindra kulę zielonkawego mydła.
Stek Burtona był bardzo delikatny, choć osobiście wolałby mniej wysmażony. Z drugiej strony jednak Frigate skarżył się, że jest zbyt krwisty.
— Te rogi nie zapewniają chyba jadłospisu dopasowanego do konkretnego człowieka — dodał. — To pewnie dlatego mężczyźni dostają szminki, a kobiety fajki. Masowa produkcja.
— Dwa cuda jednego dnia — mruknął Burton. — O ile są to cuda. Wolałbym racjonalne wytłumaczenie i mam zamiar je znaleźć. Nie sądzę, żeby teraz ktoś mógł mi wytłumaczyć, jak nas wskrzeszono. Ale może wy, z dwudziestego wieku, macie jakąś rozsądną teorię na temat pozornie magicznego pojawienia się tych przedmiotów w pustych uprzednio pojemnikach?
— Jeżeli porównasz zewnętrzne i wewnętrzne wymiary cylindra — powiedział Monat — zauważysz, że różnią się o mniej więcej pięć centymetrów. To fałszywe dno musi ukrywać obwody molekularne, zdolne do zamiany energii w materię. Energia dopływa najwyraźniej podczas wyładowania w skale. W tych e — m konwertorach są pewnie także molekularne szablony…? wzorce…? które formują materię w pożądane kombinacje pierwiastków i związków. Tak przypuszczam, gdyż na mojej planecie mamy podobne przetworniki. Jednak z pewnością nie tak zminiaturyzowane.