Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 134 135 136 137 138 139 140 141 142 ... 152
Перейти на страницу:

Nie dało się jej zobaczyć, to nie była ściana ognia, której utworzenie zdradziłoby pozycję Źrebiarza i naraziło go na kontratak. Szaman miotał po prostu strumień, rzekę gorącego powietrza, dla synów kowala coś równie naturalnego, jak żar paleniska. Poczuli go ledwo ledwo, gdy część tego żaru przelała się górą do ich wozu, a za nimi, na pierwszych płatkach Kwiatu, rozległy się krzyki i rumor. Eso’bar wiedział, co zaszło, fala gorąca uderzyła bezpośrednio na drewniane burty, rozbiła się o nie, po czym pomknęła na boki i w głąb umocnionych pozycji. W pierwszej chwili wydawało się, że to nic groźnego, że jeśli człowiek nie wystawił twarzy bezpośrednio na ten żar, nic mu się nie mogło stać, a zresztą zaczerwieniona od gorąca gęba nikogo jeszcze nie zabiła. Tylko że to nie była pierwsza fala żaru tej nocy, ani druga czy piąta. Zrebiarze atakowali tak karawanę od kilku godzin, trudno mu było sobie wyobrazić, jak teraz wyglądała sytuacja na zewnętrznych liniach obrony. Powietrze suchsze niż pył z wyżarzonego upałem stepu, burty wozów dymią i wypaczają się, ludzie nie mają czym oddychać i mdleją z gorąca.

To była dobra taktyka, taka, której nie bardzo mogli się przeciwstawić. Nie mieli dość wody, by ugasić rodzące się z powodu gorąca pragnienie, ani dość czarowników, by ochronić cały Martwy Kwiat. Zresztą, atakiem zwykłym czy magicznym trudno trafić kogoś, kogo się nie widzi i kto co chwilę zmienia pozycję. Tak jak teraz. Ledwo czar zaczął wygasać, rozległ się tętent kopyt i niewidoczny oddział jazdy pomknął dalej w ciemność. Zapewne Źrebiarz ze swoimi strażnikami. Sądząc po dźwięku, byli nie dalej niż dwieście jardów od nich. W dzień nie mogliby sobie pozwolić na taką bezczelność, jak rzucanie czarów w zasięgu strzału z kuszy. Ale teraz – teraz wciąż trwała noc.

Na zewnątrz zagrały piszczałki.

– Idą. – Eso’bar powiedział to prawie z ulgą.

– Idą – potwierdził Mer i bez słowa wrócił na swoje miejsce.

Nim Eso’bar zdążył wcisnąć się w kolczugę, na sąsiednim wozie wybuchło zamieszanie, a potem wzdłuż linii pomknęła wieść:

– Idą Sahrendey!

Wstał.

Nareszcie.

* * *

Starzec się uśmiechnął. Lekko, leciusieńko, ktoś stojący z boku mógłby wręcz uznać ten uśmiech za tik wykrzywiający kącik ust. Ale Yawenyr wiedział, że się uśmiecha i już, choć jak na razie był to bardziej wyraz znużenia niż triumfu.

Wszystko szło tak, jak zaplanował. Koczownicy uderzyli, zanim mniejsze obozy zdążyły się porządnie okopać; przedpole obozu głównego zdobiły teraz już tylko dopalające się kręgi. Kilka Liści oparło się atakom, ale to nie miało znaczenia, zostaną zniszczone w odpowiednim czasie. Teraz czekał ich szturm na główny obóz, szereg ataków na poszczególne półokręgi, i tylko głupiec uznałby, że to będzie łatwa robota.

Yawenyr znał już raporty od Kyh Danu Kreda. Wozacy nie poddawali się i nie prosili o litość. W ośmiu zdobytych obozach znajdowało się jakieś dwa tysiące ludzi, a wzięto tylko trzech jeńców i wszyscy chwilę później zmarli od ran. Jego Źrebiarze wysyłali na obóz Verdanno strumienie żaru, ale byli już zmęczeni, choć pięciu najpotężniejszych wciąż trzymał w odwodzie. Gdy dojdzie do właściwego ataku, wozy zapłoną jak smolne szczapy.

Spojrzał na prawo – godzinę temu uznał, że Danu Kredo, jego niepokorny syn, chyba już dostał odpowiednią nauczkę – i wydał rozkazy.

Od strony obozowiska Amanewe Czerwonego nadjeżdżały ciężkie kolumny oświetlone setkami pochodni. Do świtu zostały dwie godziny. Nim wzejdzie słońce, a raczej nim pokrywa chmur przybierze odcień stalowej szarości, powinny paść zewnętrzne półokręgi obozu Wozaków.

Uśmiech wykrzywił drugi kącik ust starego wodza. Wtedy wydał takie rozkazy, jakie musiał wydać, i zaraz okaże się, czy nienawiść, jaką Verdanno żywią do plemion Amanewe Czerwonego, jest tak wielka, jak mówią. Po tym, co zrobili Sahrendey, musiała być.

Jasnowłosa niewolnica poruszyła się już trzeci raz w ciągu ostatniego kwadransa. Zazwyczaj, co w niej podziwiał, potrafiła stawać się częścią otoczenia równie skutecznie jak krzesło, na którym siedział.

– Coś cię martwi, najdroższa?

Nawet na niego nie spojrzała, co każdego innego, mężczyznę, kobietę czy dziecko, kosztowałoby utratę oczu. Ale nie ją, kobietę, której dotyk przywrócił mu młodość i która ostrzegła go, by uważał na północny zachód swego państwa.

Patrzyła w ciemność z takim napięciem, jakby potrafiła ją przebić wzrokiem. Jej dłoń poruszała się lekko.

– Węzeł... – wyszeptała. – Tworzy się węzeł. Cała bitwa owinięta wokół jednego punktu...

Zaśmiał się łagodnie. Kobiety.

– Nie najdroższa, bitwy nie są tkaniną, nie zwijają się i nie rozwijają wokół jakichś węzłów. To sprawdzian siły woli i doświadczenia wodzów oraz męstwa wojowników.

Odwróciła się wreszcie w jego stronę, twarz miała bledszą niż zwykle i dziwnie ściągniętą.

– Nie jestem jednym z twoich pieśniarzy, mój panie, nie zapiszę tych słów, by były świadectwem twej mądrości. – Używała mowy Wolnych Plemion, formalnej i nieco zbyt uroczystej. – Lecz gdy bitwa jest przegrana, armia pierzcha, prawda? A gdy pierzcha armia, najpierw pierzcha jedno Skrzydło, mam rację? A gdy pierzcha jedno Skrzydło, najpierw rzuca się do ucieczki jeden a’keer. A żeby on uciekł, musi się w nim znajdować jeden wojownik, którego serce pierwsze struchleje ze strachu i który pierwszy zawróci konia. Mam rację, mój panie?

Nie podobał mu się jej ton, ale w sumie, jak na kobietę, mówiła mądrze.

– Masz, maii.

Nazwał ją przezwiskiem, które samo w sobie było łagodnym napomnieniem. Maii – pieszczoch, rzecz, własność. Zrozumiała i spokorniała natychmiast.

– Wybacz, panie. – Ukłoniła się, lecz kontynuowała – ale gdyby znalazł się sztylet, który wbiłby się w serce tego wojownika tuż przed ucieczką, to może a’keer, Skrzydło i cała armia dotrzymałyby pola chwilę dłużej, i może to wróg by przegrał? Gdyby teraz z ciemności nadleciała strzała i wbiła się w twoje serce, czyż bitwa nie owinęłaby się wokół tego miejsca? Chaos i panika popłynęłyby stąd na wszystkie strony i ogarnęły wszystkich twoich wojowników. Tu byłby węzeł.

Rzadko tak dużo mówiła, ale pozwolił jej, bo byli sami, najbliżsi strażnicy stali dobre trzydzieści kroków od nich, więc nikt jej nie słyszał. Komuś innemu za samą sugestię, że on, Ojciec Wojny, Syn Gallega, może zginąć od zwykłej strzały, kazałby wyrwać język i rzucić go psom na pożarcie. Pewnych słów nie należy wypowiadać.

– Chaos, mój panie, działa przez węzły, przez punkty, z których szerzy się zniszczenie. Tam – machnęła ręką – tworzy się węzeł, zbierają się duchy, pełzną przez ziemię... Czekają. To zły znak. Twoi szamani tego nie czują? Tak są... za... zajęci walką? Trzeba przeciąć ten węzeł.

Zaczęła się zacinać, co nie zdarzało jej się od chwili, gdy weszła do jego namiotu kilka miesięcy temu. Musiała być bardzo zdenerwowana.

– Czekaj – przerwał jej krótko. – Najpierw oni.

Sahrendey właśnie ruszyli do próbnego ataku. Część jazdy zsiadła z koni, zmieniając się w solidny oddział piechoty, reszta zajęła miejsca po jego bokach. Jazda ruszyła pierwsza, zasypując zewnętrze linie obrony deszczem płonących strzał. Łucznicy cwałowali w stronę wozów, wypuszczali pociski i zawracali po okręgu, którego zewnętrzną część tworzyli wojownicy trzymający pochodnie. Konni podjeżdżali do nich, zapalali groty i pędzili naprzód. W nocy wyglądało to szczególnie efektownie, dwa wielkie, obracające się w przeciwnych kierunkach i plujące ogniem kręgi konnych i sunąca między nimi, oskorupiona tarczami masa piechoty.

1 ... 134 135 136 137 138 139 140 141 142 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)