Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 137 138 139 140 141 142 143 144 145 ... 152
Перейти на страницу:

Najbliższy konny zatrzymuje się jakieś trzydzieści kroków od nich, jego wierzchowiec tkwi w miejscu na sztywnych nogach, toczy pianę z pyska; inne konie też nie chcą szarżować. Wojowników ponagla krzyk, wreszcie zeskakują z siodeł i ruszają naprzód z szablami w ręku. Tuzin mężczyzn przeciw kobiecie i dwójce dzieci. Wszystko toczy się wolno, jak we śnie, niebo robi się coraz bledsze, coraz jaśniejsze, trawa ciemnieje, znikąd pojawia się wiatr.

Dla Key’li nie ma to znaczenia. Duchy tętnią w jej krwi. Duchy Sahrendey, duchy poległych Wozaków, dziwnie zjednoczone, snują historie, które zwalają się na nią niczym śnieżna lawina. Nie można stawić im oporu, zaprzeczyć, wywrzeszczeć niezgody, bo ich historie są prawdą wlewaną wprost w duszę.

Patrzy na leżącą na ziemi kobietę i zaczyna płakać.

Nadbiegający wojownicy są już całkiem blisko, piętnaście kroków, już unoszą szable do cięcia, na chwilę świat robi się czarno-biały.

I nagle niebo błyska, a znikąd pojawia się demon z toporem, ostrze kreśli szeroki łuk i rozrąbuje bok pierwszego koczownika, a potem, nie zwalniając, uderza w następnego. Nisko, na wysokości kolan, i noga mężczyzny oddziela się od ciała.

Otwierają się bramy chaosu. Świat wypluwa kolejne demony. Całe z czerni i cieni, otoczone tumanami pyłu, cuchnące zgniłymi jajami. A ten pierwszy walczy nadal, jego topór tnie powietrze, szukając kolejnych ciał. Demon wpada między dwóch Se-kohlandczyków, potężnym ciosem odrąbuje pierwszemu ramię, robi unik przed niezdarnym sztychem i uderza od dołu, obuchem. Twarz wojownika zmienia się w miazgę.

Koczownicy są dzielni, następni rzucają się na potwora, który odgradza się od nich szerokim, płaskim cięciem, wiruje przez chwilę w kilku szalonych piruetach, a długość drzewca nie pozwala im podejść, i wtedy śpiewają kusze. Raz, dwa, trzy... jasne kolczugi wybuchają krwawymi gejzerami, ludzie tańczą taniec śmierci, podrygują i padają na ziemię. Ostatnich dwóch Se-kohlandczyków próbuje uciec, ale pociski ścigają ich i powalają.

Koniec.

Czarny pył opadał powoli, a ona, Key’la z rodu Kalevenhów, wisiała na hakach między demonami, które spadły z nieba. Na mgnienie oka wszystko zamarło w bezruchu.

Wtedy ta jasna-ciemna postać zawróciła konia i pocwałowała w kierunku obozu Jeźdźców Burzy. W tej samej chwili Key’la usłyszała pokasływania, przekleństwa, jakiś dziwny, na wpół szalony śmiech. A demon, który pierwszy przelał krew, odwrócił się ku towarzyszom i uśmiechnął, jego czarno-niebieska twarz zmarszczyła się w dzikim grymasie.

– Psiakrew, mam nadzieję, że zarąbałem tych, co trzeba. Ale pojawili się tak nagle, eeech... – Machnął ręką, rozsiewając w powietrzu kilka garści czarnego pyłu.

Meekh. Mówili w meekhu, zrozumiała, co więcej, chyba ich znała.

To oni prowadzili nas przez góry.

Jedna z postaci, mniejsza niż inne, podeszła bliżej. Przyjrzała jej się uważnie wzrokiem kogoś, kto przestał ufać własnym oczom. Wyciągnęła dłoń i ostrożnie dotknęła jej policzka.

– Key? Key’la?

Uśmiechnęła się tylko i pokazała w anaho’la „Witaj, kuzynko”. Ale Kailean nie widziała tego, patrząc na nią jak na jakieś dziwo, zbyt zdumiewające, by mogło być prawdziwe. Key’la miała wrażenie, jakby na jej spojrzenie nałożyło się spojrzenie jeszcze kogoś, coś dzikiego i obcego, i nagle dziewczyna obróciła się na pięcie i skoczyła, szabla zamieniła się w lśniący półokrąg i zamarła tuż przed twarzą Saonry Womreys.

– Co jej zrobiłaś, suko?!

Key’la spróbowała przyciągnąć wzrok chłopaka, jej braciszka, który stał między zbrojnymi spokojnie, jakby to wszystko było tylko jakimś przedstawieniem. Wydawał się ignorować strzałę, która przeszyła mu ciało tuż nad obojczykiem. On zrozumiał ją bez słów, zrobił dwa kroki i stanął między Kailean a ueneyą.

Na uderzenie serca wokół trójnoga zapadła całkowita cisza.

Którą przerywał szept. Tak niespodziewany, że zwracający uwagę niczym krzyk.

– Panie poruczniku, my to chyba nie jesteśmy w górach.

* * *

Jest galop na końskim grzbiecie wzdłuż wyprężonych, gotowych do walki szeregów. Jest krzyk i gwar. Jest płacz, dziwny, łamiący się płacz i ręce, które jej dotykają. Jest ziemia pod stopami, tętniąca od zgromadzonych wokół duchów, i psy, śmieszne, wielkie, czarno-szare psy kulące ogony pod siebie i posikujące ze strachu. Jest ciepło piersi, o którą się opiera, jest krzyk i machanie rękami. Jest bieg w stronę czworobocznych namiotów, okrzyki strażników obozu, łuki napinające się na widok uzbrojonych obcych. Jest dotyk, delikatny, prawie czuty i jest nóż odcinający rzemienie. Jest ruch rodzący się między szeregami zbrojnych, które najpierw stoją jak skamieniałe, a potem chwieją się i marszczą, jakby ten krzyk był kamieniem rzuconym do stojącej wody. Konni łamią szyk, jedni wyjeżdżają naprzód, inni cofają się, niektórzy zeskakują na ziemię i pędzą do najbliższych namiotów. Jest wiszenie na hakach, czerwona mgła zasnuwająca spojrzenie i śmiech gawiedzi. Jest dłoń wyciągająca haki z ciała i dłoń wbijająca je pod skórę. Jest widok twarzy, pełnych zawziętości i gniewu. Jest krótki gest, gorączkowy rozkaz i strzały kierujące się ku ziemi. Jest zamieszanie i wieść biegnąca od namiotu do namiotu. Jest koń, klacz, piękna jak marzenie, biała jak śnieg. Jest Kailean, która wrzeszczy coś i klnie, i wyrywa się z uścisku żołnierzy. Jest farba na końskim czole i krzyk, i znów gniew i rozpacz, i pragnienie i ból, i szarpanie i koński grzbiet.

To wszystko jest naraz, jednocześnie, każda chwila, każdy obraz, nie sposób odróżnić tego, co teraz, od tego, co było, i tego, co zaraz będzie. Jedyną rzeczą stałą jest on, czarna czupryna, blade ręce, zawsze po jej lewej, otoczony kilkustopową wolną przestrzenią, jakby każdy, kto znajdzie się w pobliżu, wiedział, że nie należy się za bardzo zbliżać.

A potem jest galop przez zasnutą dymami ziemię.

* * *

Ziemia cuchnie. Do tej pory Emn’klewes Wergoreth nie wyobrażał sobie, że może cuchnąć aż tak, ale Has wywarczał tylko, że jak mu się nie podoba, to może iść w cholerę. I nikt, nawet Boutanu całego obozu, nie miał odwagi, by odpowiedzieć na taką impertynencję. Nie komuś, kto wyglądał jak na wpół zamarznięty trup, siny i blady, z zapadniętymi oczami i włosami obłażącymi z czaszki razem ze skórą, i z dłońmi, których palce łamały się pod byle dotknięciem.

Czarownik nie spał całą noc, podobnie jak pozostała czwórka i wszyscy ich uczniowie. Nie mogli bezpośrednio odpierać ataków Źrebiarzy, trudno kontrować kogoś, kogo się nie widzi i kto rzuca zaklęcia w ruchu. Ale mimo to próbowali. Has kładł zasłony z zimna, zamrażał burty wozów, ochładzał miejsca, które od pożaru dzieliła tylko iskra. Przepuszczał przez swoje ciało tyle Mocy, że wreszcie zaczęło się poddawać.

Ale dali im czas, on i inni czarownicy, dzięki czemu przygotowali się na ostatnią bitwę.

Emn’klewes rozejrzał się po linii umocnień. Robił obchód razem z And’ewersem, którego wszyscy uważali za jego zastępcę. Nocą kowal dowodził na odcinkach atakowanych przez Sahrendey i ludzie już opowiadali sobie o zimnej furii And’ewersa i stertach trupów, które padły pod ostrzem jego topora. Oraz o tym, jak osobiście poprowadził sześć kontrataków. Zazdrościł mu tych przywilejów. Boutanu miał prawo stanąć osobiście do walki dopiero na ostatniej linii obrony. Wcześniej powinien trzymać się z daleka od bezpośrednich starć.

Zrezygnował z aktywnej obrony trzech zewnętrznych linii. Za każdym razem, gdy przychodził na nie atak, cofali się, pozwalając, by wróg je spalił, a potem walczyli na następnej. Gdy koczownicy wycofywali się i czekali, aż żar na powrót rozgrzeje burty, by łatwo było je podpalić, także kazał się cofać. Taka była rola płatków Martwego Kwiatu, spowolnić wroga, zmęczyć jego szamanów, zmusić do tracenia czasu. A raczej dać czas obrońcom.

1 ... 137 138 139 140 141 142 143 144 145 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)