Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 135 136 137 138 139 140 141 142 143 ... 152
Перейти на страницу:

Która najwyraźniej nie będzie miała wiele do zrobienia.

Po kilkugodzinnych atakach falami gorąca zewnętrzne ściany wozów były tak nagrzane, że zapalały się od pojedynczej strzały. Obrońcy nawet nie próbowali ich gasić. Starzec uśmiechnął się, tym razem szeroko, jego domysły na temat wozackich problemów z wodą potwierdziły się całkowicie. Półokrąg wozów, który zaatakowali Sahrendey, zajął się jak sterta słomy, płomienie sięgały na wysokość trzydziestu stóp, złoty blask oświetlał wszystko w promieniu setek jardów. Yawenyr zmrużył oczy, nad linią piechoty w blasku migoczącego ognia widać było chorągiew z wilczym pyskiem przeciętym kilkoma białymi smugami. Wilki. Tak jak się spodziewał, Amanewe wysłał do szturmu swoje najlepsze, najciężej uzbrojone oddziały. Nie więcej niż tysiąc ludzi, ale do zdobycia jednej czy dwóch linii obrony nie trzeba ich więcej.

Spojrzał dalej na prawo: spomiędzy namiotów za plecami atakujących zaczęły właśnie wyjeżdżać kolejne szeregi jazdy. Było ich dużo, nawet nie licząc tych, którzy teraz atakowali Verdanno; co najmniej piętnaście tysięcy. Gdy ostatnimi laty z wolna pogrążał się w starczym otępieniu, Sahrendey urośli w siłę. Dobrze byłoby, gdyby po tej wojnie musieli długo lizać rany, bo za siłą idzie arogancja, a ta jest strzemieniem u siodła, na którym jeździ bunt.

Ojciec Wojny uśmiechnął się całkiem otwarcie. Po tym, co zrobili, nie musiał się martwić o ich straty.

Atakowane przez pół nocy magicznym żarem drewno paliło się szybko, zresztą były to wozy mieszkalne i transportowe, mniejsze i o słabszych burtach. Po kwadransie, w czasie którego jego niewolnica nie przestawała się wiercić i posapywać, ogień zaczął przygasać i piechota natychmiast poderwała się do szturmu. Niewiele już było widać, dopalające się resztki zostały raz-dwa zadeptane przez ciężkie stopy i oddział bez problemu wdarł się za pierwszą linię obrony.

Właśnie: bez problemu, i to był problem. Ojciec Wojny westchnął i potarł zmęczone czoło. Już po pierwszych salwach, gdy obrońcy nie odpowiedzieli własnymi pociskami, stało się jasne, że tę linię wozów porzucono. Dowodzący atakiem koczowników powinien zatem przerwać podpalanie i rzucić piechotę od razu do szturmu, dobrze byłoby zdobyć te wozy w jak najlepszym stanie, sam Galleg wie, co można zrobić z dużą liczbą sprawnych wozów. No cóż, to tylko potyczka, po to w końcu są takie potyczki, żeby młodzi wodzowie uczyli się na własnych błędach.

Piechota, na podobieństwo ognia, przelała się przez pogorzelisko i jak łatwo mógł sobie to wyobrazić, stanęła przed dwoma kolejnymi liniami obrony. Nagle jęknęło, aż się instynktownie wzdrygnął – jakby wystrzeliła gigantyczna kusza. Sahrendey dostali salwę z dwóch stron, zakłębili się, ryknęli. Było ciemno, lecz on widział zbyt wiele bitew i wiedział dokładnie, co tam się teraz dzieje. Zabici i ranni padają na ziemię, brocząc krwią, w zewnętrznej ścianie tarcz robią się dziury, a strzały i bełty nurkują w nie, szukając kolejnych ciał, oddział chwieje się i cofa. A potem ryk, usłyszał go aż tu, w ciemnościach nocy każdy dźwięk niesie się daleko, a bitwa toczy się teraz tylko w tym jednym miejscu, ryk dziki, podszyty gniewem. I nagle szeregi atakujących rzucają się na linię wozów. O burty uderzają drabiny, to wciąż są wozy mieszkalne, niższe i lżejsze niż bojowe, ciężkie topory rąbią drewno, po drabinach wspinają się pierwsi ochotnicy, zmiatają obrońców z dachów, wściekle rąbią stropy, by dostać się do środka, czyżby zapomnieli, jaki jest plan?

W chwilę potem ryk rozległ się z drugiej strony i ruszył kontratak. Verdanno walczyli dziko, porzuciwszy szable, włócznie i topory, w takich warunkach, na śliskim od krwi dachu, walczy się na noże, pięści i zęby, ciała kłębią się i spadają na dół, a strona, na którą się spadnie, decyduje o życiu lub śmierci. Po chwili dowódca Sahrendey zrozumiał, że to jeszcze nie ten moment, że Wozaków jest jeszcze zbyt wielu, więc podał sygnał i atakujący odskoczyli, ścigani pociskami.

Yawenyr widział te wszystkie obrazy pod przymkniętymi powiekami. Znów malowały mu się sceny z czasów pierwszej wojny, gdy musiał zdobywać plemienne obozy jeden po drugim. W gruncie rzeczy nic się nie zmieniło, minęło trzydzieści lat, a ludzie nadal walczyli i ginęli na tej parszywej wyżynie.

Po chwili odgłosy walki ucichły, poharatany oddział piechoty wycofał się biegiem, osłaniany przez konnych łuczników. Ojciec Wojny był pewien, że Amanewe przyśle mu za chwilę raport o tym, jakie mają straty, jak przebiegał atak, co nowego wymyślili Verdanno. Ale i bez tego wiedział, że następnym razem trzeba będzie atakować w dziesięciu miejscach naraz, by spalić wszystkie zewnętrzne kręgi, a potem następne i następne, aż te wozackie ścierwa w końcu nie będą miały gdzie się cofnąć.

Niewolnica poruszyła się.

– Węzeł się zaciska, mój panie.

Węzeł i węzeł! Mimo wszystko po nieprzespanej nocy był już lekko poirytowany. Nie lubił, gdy się od niego oddalała, bo wtedy czuł starość wbijającą mu spróchniałe kły w kark, ale skoro nie może usiedzieć cicho...

– To idź i go rozwiąż, kobieto. Weź tylu ludzi, ilu potrzebujesz, i idź.

Ukłoniła się lekko i znikła bez słowa.

Gdy wróci, każe jej zapłacić za tę bezczelność.

* * *

Ciemność napierała ze wszystkich stron, a wraz z nią obrazy każdej chwili, gdy opuszczała ją odwaga. Gdy kuliła się jak zwierzę pod razami, gdy była miła dla tych morderców Sahrendey, gdy zawahała się i nie splunęła tej kobiecie drugi raz pod nogi. Pewnie dlatego on ją opuścił. Nie po to biegł dziesiątki mil po spalonej słońcem wyżynie, by spotkać małego, wiszącego na hakach tchórza. Więc gdy zabił strażników, to sobie poszedł.

Key’la otworzyła z wysiłkiem oczy. Niebo jaśniało stopniowo, wokół obozu Wozaków biły w niebo słupy dymu nieróżniące się kolorem od chmur. Martwy Kwiat skurczył się wyraźnie. Przez ostatnią godzinę koczownicy przeprowadzili kilka ataków na jego zewnętrzne płatki, żelazem, magią i ogniem zdobywając co najmniej dwie linie obrony. Ostatni atak załamał się po desperackiej szarży Fali rydwanów, która jednak wkrótce uległa kilku tysiącom konnych łuczników. Wątpiła, czy trzecia część załóg wróciła za mur z wozów.

Przestało ją boleć, co stwierdziła z pewnym zdumieniem. To znaczy bolało, oczywiście, ale tak, jakby ktoś napoił ją wywarem z ziół uśmierzających ból. Ciało było oddzielone od głowy, ktoś przymocował ją do obcego korpusu, zawieszonego dla zabawy nad ziemią. Coś się działo, z nią, z powietrzem, z drągami, na których wisiała. Drewno wibrowało, wyginało się i pulsowało.

Majaki, miała przynajmniej na tyle przytomności umysłu, by to zrozumieć. Właśnie majaczy.

Pół godziny temu przejeżdżała w pobliżu grupa jeźdźców. Konie na widok trójnoga zaczęły się boczyć i nie chciały jechać, więc ominęli go szerokim łukiem, wydawało się, że jeden z przewieszonych przez siodło trupów ma twarz jej dręczyciela. Trudno było rozpoznać, bo uderzenie jakąś ciężką bronią zmiażdżyło mu głowę, ale skądś wiedziała, że to on. I nie czuła nic, radości, ulgi, mściwej satysfakcji. Był martwy, a martwi w tej okolicy stanowili dziś zwykły widok.

Wtedy zrozumiała, że w nocy jej braciszek jednak jeszcze wrócił, bo teraz obaj strażnicy siedzieli oparci o drewno, jakby drzemali. Wrócił, oparł ich o trójnóg i znów odszedł.

Przymknęła powieki, by nie zapłakać.

Tchórze umierają samotnie.

Obóz koczowników Danu Kreda na zamianę wybuchał bojowymi okrzykami i lamentem rozpaczy.

Wojna – matka dwóch pieśni.

Lecz wśród Sahrendey panowała cisza. Ci mordercy walczyli od jakiegoś czasu, atakowali wozy, podpalali je, szturmowali, zdobywali lub byli odpierani, ale nie krzyczeli radośnie ani nie skarżyli się obojętnemu niebu. Szli do walki, potem wracali, część o własnych siłach, część wspierana przez towarzyszy, po czym zastępowały ich inne oddziały. Martwy Kwiat to zwarty obóz, nie było sensu rzucać do ataku na niego całej armii. Poza tym większość roboty odwalał za nich ogień, wątpliwe, czy w walkach stracili więcej niż pięć setek ludzi.

1 ... 135 136 137 138 139 140 141 142 143 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)