Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Od czwartej linii umacniali wozy ziemią. Kopali przed nimi rowy, narzucając urobek na burty, aż tworzyła się rampa, ponad którą wystawała tylko górna część pojazdów. Żeby suchy pył, zwany w tej okolicy ziemią, nie spadał w dół pod byle podmuchem wiatru, należało go jednak zwilżyć.
Jaką wilgoć może ofiarować trzydzieści tysięcy ludzi, którzy liczą każdy łyk wody?
Przez całą noc kazał się wszystkim wypróżniać do specjalnie przeznaczonych na ten cel beczek. Kazał też zbierać koński nawóz. Wysuszony, palił się doskonale, ale świeżego ogień nie chciał się imać.
Chronione w ten sposób linie obrony cuchnęły niemiłosiernie.
Ale istniała szansa, że wozaccy czarownicy będą mogli odpocząć, bo strumienie gorąca słane przez Źrebiarzy nie szkodziły ziemi.
Jeśli można to było nazwać ziemią.
Lecz patrząc na Hasa, wiedziało się, że jeśli stary czarownik położy się spać, to już nie wstanie. Na nogach trzymała go tylko wściekłość, złośliwość i upór. Oraz chęć zabicia jak największej liczby Sahrendey.
A zabili ich już trochę. Obie strony walczyły odważnie i dziko, choć po tych przeklętych mordercach spodziewał się większej zaciętości. Ale dopiero dzień miał przynieść prawdziwą walkę.
Boutanu nie liczył na zwycięstwo, które odnieśliby tylko wtedy, gdyby wykrwawił Se-kohlandczyków tak mocno, że ci zrezygnowaliby z oblężenia. Jeśli jednak udałoby mu się utrzymać obóz do nocy, mieliby szansę na pomoc. Obóz Aw’lerr powinien już się oderwać od gór i wędrować w ich stronę. Jeśli...
Przerwał te jałowe rozważania i prawie się roześmiał. Jego ludzie wędrowali pół dnia, a drugie pół i całą noc walczyli. A szczerze wątpił, by koczownicy zaangażowali w ataki więcej niż piątą część swoich sił. Błyskawice nie błysnęły nawet szablami, Sahrendey rzucali do ataków oddziały po tysiąc ludzi, nawet Danu Kredo zachował pewnie jeszcze z dziesięć tysięcy konnych. To nie będzie równa walka. A odsiecz? Czy Yawenyr jest głupcem? I gdzie są inni Synowie Wojny? I ilu jeźdźców potrzeba, by zmusić karawanę do okopania się?
Nie będzie odsieczy.
To były dziwne, gorzkie i cyniczne myśli, lepkie jak smoła i podobnie spowalniające. Uśmiechnął się do nich i splunął, żeby nie marnować wilgoci, prosto do jednej ze specjalnych beczek. Jeśli tak, jeśli nie będzie odsieczy, to trudno. Koczownicy będą płakać przez następne sto lat, wspominając bitwę przed brodem Lassy. A Sahrendey na samą myśl o niej będą szczać po nogach.
Wskoczył na barykadę, obserwując przedpole. Dym z dopalających się wozów zasnuwał okolicę, siny tuman ograniczał widoczność do kilkudziesięciu jardów. Na szczęście czarownicy twierdzili, że za kwadrans albo dwa powietrze się ruszy.
I wtedy powinno się zacząć.
Ten płatek składający się z kilkudziesięciu pojazdów ustawionych w półokrąg był najbliżej obozowiska Sahrendey. Odparł już jeden atak i Boutanu spodziewał się, że właśnie tu pójdą następne. Już poważniejsze. Sam właśnie tu przeprowadziłby pierwszy szturm, bo wystawali trochę za bardzo na zewnątrz. A oni nie będą się już cofać.
Zobaczył ruch przed sobą.
Dwóch wysłanych na zwiad Wozaków ciągnęło właśnie po ziemi jeńca.
Z jego piersi sterczały drzewca dwóch strzał, ułamane tuż przy ciele, ale ranny dawał jeszcze oznaki życia. Zwiadowcy dotarli do barykady, na pomoc wyskoczyło im kilku innych wojowników i raz-dwa przerzucono koczownika górą w krąg wozów. Nawet nie jęknął.
– Mów – Emn’klewes zwrócił się do starszego ze zwiadowców.
– Tamte dwa Liście jeszcze stoją. Stracili część wozów i zawęzili krąg, ale się trzymają. Od północy rzadko ich atakowano.
– A moje rozkazy?
Mężczyzna uśmiechnął się lekko, zmęczonym gestem przecierając oczy.
– Dowódca Liścia kazał mi je sobie wsadzić w rzyć. Nie po to, mówi, bronił się tyle czasu, żeby teraz oddać im wozy za nic. Zostali.
– Wszyscy?
– Żaden nie chciał wrócić.
Właściwie mógł się tego spodziewać. Załogi wozów bojowych niechętnie opuszczały swoje pojazdy.
– Powiedział jeszcze, że osłoni nas, jak długo się da. Mają na widoku obóz Sahrendey, sucze syny od świtu szykują się do głównego ataku.
– Widziałeś to?
– Tak. Chyba wszyscy wyleźli na przedpole. Ze dwadzieścia tysięcy.
– A on? – Wskazał rannego.
– Znaleźliśmy go jakieś sto jardów stąd. Jeszcze dychał.
– Powie nam coś więcej niż ty?
– Chyba nie.
Bontanu popatrzył na jeńca. Młody, dwadzieścia parę lat, czarna broda, wysoko podgolone włosy, skórzany pancerz z charakterystycznymi tłoczeniami. Glyndoi, rodzinne plemię Amanewe Czerwonego.
Ciekawe, czy patrzył, jak mordowali wozackie dzieci?
– Zajmijcie się nim – powiedział głośno.
Nie musiał ich zachęcać. Najpierw dwóch, potem trzech, aż wreszcie kilkunastu ludzi otoczyło leżącego, a potem wzniosło broń. Uderzyli jednocześnie.
Emn’klewes Wergoreth powiódł spojrzeniem po twarzach. Kamienne miny, beznamiętne spojrzenia. Taka jest nasza zemsta, pomyślał. Gdy idziemy do bitwy, płonie w nas ogień, ale gdy mamy wroga przed sobą, jesteśmy jak odlane z brązu posągi. Zimni i obojętni. Tradycja: nie mów o uczuciach, nie pokazuj ich, twarz to maska na duszę, zwłaszcza gdy patrzą inni. Gdyby nie av’anaho, nasze kobiety nigdy nie usłyszałyby...
Tętent. Jeden koń. W ciszy, jaka zaległa nad polem bitwy, odgłos kopyt niósł się daleko. Konny jechał najpierw galopem, potem kłusem, wreszcie stępa, i ciągle się zbliżał. Kilku najbliższych Wozaków oparło kusze o burty, mierząc w niewyraźną sylwetkę.
Z dymu wyłoniła się Bogini.
Boutanu otworzył usta i zamarł. W ich stronę jechała śnieżnobiała klacz ze złotą gwiazdką na czole. Jechała spokojnie, bez lęku, a dosiadający ją jeździec nie miał siodła ani wędzidła.
Laal.
Usłyszał zamieszanie za plecami, krótki gwar, skrzekliwy głos Hasa, przypominający odgłos kruszącego się lodu. Nieważne. Przez chwilę, na kilka uderzeń serca, EmnTdewes znalazł się między Białymi Kopytami, w cieniu Jej Chrap.
Zwątpiłem... Wybacz mi Pani.
A potem było tak, jakby ktoś wylał mu na głowę całą beczkę zimnej wody.
Boutanu dostrzegł, że jeźdźców na grzbiecie jest dwóch, a obok konia, zwykłej siwej klaczy, biegnie jeszcze ktoś, że boki zwierzęcia plami zwykła krew, jego grzywa wcale nie jest taka biała, jak powinna, a gwiazda na czole rozmazuje się w niekształtny kleks. Że to parszywy, cholerny, przeklęty podstęp, by podjechać blisko wozów, drwina z ich wiary i wystawienie jej na pośmiewisko.
Złapał najbliższego kusznika za rękę, wyrwał mu broń, widziany znad krawędzi bełtu jeździec był tylko zwykłym śmiertelnikiem.
Jakaś siła poderwała mu kuszę w górę, pocisk pomknął w powietrze.
And’ewers. Stał i patrzył, a usta poruszały mu się dziwnie.
– Key’la – szepnął.
* * *
Jest galop przez dym, są siwe tumany układające się w dziwne kształty ludzi, zwierząt, bestii. Jest kopyto, wielkie jak góra, siwa klacz objeżdża je po łuku, choć jej jeździec zdaje się tego nie zauważać. Jest gigantyczny miecz wbity w ziemię i grupa czwororękich stworzeń, które stoją i patrzą. Macha im ręką.
Jest smród. Zapach kupy i moczu, jest linia wozów na wpół zasypanych jakimś błockiem i setki gapiących się na nią twarzy.