Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Wspomnienie o tym, jak bardzo chciała widzieć ich namioty obalane przez pędzące rydwany, a ich samych z wyciem i łkaniem uciekających w stronę rzeki, wydawało jej się teraz niedorzeczną mrzonką. To nigdy nie miało szansy się udać – rydwany i wozy przeciw jeździe. Ale nawet teraz, gdy wszystko, od aroganckich marzeń po butne plany, okazało się śmiechu warte, jej rodacy nawet nie pomyśleli o tym, by wsiąść na konie! Co z tego, że nie umieli – Eso’bar też nie umiał, a pojechał...! Drewno zawibrowało mocniej, jakby któryś z martwych strażników zaniósł się bezdźwięcznym rechotem.
Głupcy! Głupcy! Głupcy!
Zdumiałaby się tym swoim wybuchem, gdyby zachowała dość sił na zdumienie. Jakby w chwili, gdy traciła kontakt z własnym ciałem, coś się w niej otworzyło, jakaś głębia, z której wpatrywały się w nią głodne ślepia wstrętnych potworów, a ich emocje mieszały jej w głowie.
Key’la otworzyła oczy, gdy wiatr cisnął jej w twarz lepki zapach spalonego drewna i skóry, doprawiony mdlącym smrodkiem zwęglonego mięsa i włosów.
Obóz New’harr był niszczony spokojnie i metodycznie, jakby to nie była walka, lecz zaplanowana robota. Zrebiarze nie ustawali w rzucaniu na niego swoich czarów, tym razem z większej, bezpieczniejszej odległości i pod osłoną silnych oddziałów jazdy. I cóż z tego, że gdzieniegdzie wozaccy czarownicy stawiali im opór? Widziała ziemię poruszoną zaklęciem, jak wspina się i osłabia czary se-kohlandzkiego szamana, widziała gromadę widmowych stworzeń, jakby duchów zrodzonych z mroźnego oddechu samej Pani Lodu, jak rzucają się i ścierają z falą żaru. Czarowników było za mało, mogli powstrzymać ledwo co czwarty albo co piąty magiczny atak. Tym bardziej że Zrebiarze poczynali sobie coraz śmielej.
Jakieś pół mili od niej zatrzymał się jeden z nich. Przeszło stu jeźdźców otaczało drobnego mężczyznę w szarym ubraniu, dosiadającego na oklep gniadego ogiera. Człowiek ten wykonał kilka gestów, powietrze wokół niego zafalowało, a potem pomknęło przed siebie, kładąc falą gorąca wyschnięte trawy. Czarny pas o żarzących się brzegach pędził w stronę wozów, rozszerzając się stopniowo, uderzył w drewniane burty, które w jednej chwili zadymiły i pociemniały. Ogier czarownika stał jak skamieniały, nie drgnął nawet, gdy ten lekko zeskoczył na ziemię i podbiegł do innego konia. Dopiero wtedy przewrócił się do przodu, na chrapy, brzuch puchł mu jak miech pełen powietrza, skóra dymiła, próbował zarżeć, ale żałosna skarga utonęła w wylatującym pyskiem strumieniu czarnej krwi. Jeden z jeźdźców zarzucił arkan na tylną nogę nieszczęsnego zwierzęcia i pociągnął je, wciąż drgające, ku obozowi Danu Kreda.
U koczowników nic się nie marnowało.
W jednej chwili zrozumiała, dlaczego jej rodacy tak nienawidzą Źrebiarzy. Gdyby miała wolne ręce, gdyby miała łuk, kuszę, nóż...!
Emocje były dzikie, jakby nie jej, łamały obojętność, w bezsilnej furii wyciągnęła ręce ku oddalającemu się oddziałowi, nie czując bólu rozrywanego ciała, i wrzasnęła.
To było szalone wycie, krzyczała nie swoim głosem, głosem tysiąca ludzi, mężczyzn i kobiet, drewniane drągi tworzące trójnóg pulsowały w rytm tego krzyku, rodząc twarze, coraz to nowsze, zachodzące jedna na drugą, oczy przechodziły w usta, usta zamykały się i puchły w nosy, które nagle błyskały gładkimi źrenicami. Wyciągnięte w przód dłonie też zaczęły puchnąć, palce poczerniały, spod paznokci popłynęła krew.
Nic się nie stało.
Źrebiarz nie zajął się ogniem, nie eksplodował deszczem krwi i ciała, nawet nie obejrzał się za siebie. Jej głos utonął we wrzawie bitwy, stał się jeszcze jednym akordem wojennej pieśni wypełniającej okolicę.
Opuściła ręce, ból powrócił, schwycił ją w szpony, szarpnął. Na wpół zaschnięte rany, rozerwane nagłym ruchem, zapłakały czerwienią i leżąca na ziemi głowa napiła się świeżej krwi.
Usłyszała nadjeżdżającego konia. Saonra Womreys w biegu zeskoczyła z siodła i szła ku niej, włosy w nieładzie, obłęd w spojrzeniu, nóż w ręku.
Kobieta nawet nie spojrzała na martwych strażników, interesowała ją tylko Key’la. Podeszła bliżej, stając z nią prawie twarzą w twarz.
– Walczymy – wydyszała – idziemy do szturmów, krwawimy i umieramy. Zostawiamy tam naszych braci... Przysięgaliśmy, że spalimy wasze wozy... że...
Nagłym ruchem złapała Key’lę za koszulę na piersi i przyciągnęła do siebie.
– Oni patrzą na ciebie. Idący do walki... Przysięgaliśmy... za złamane serca... zdradę... A teraz nie ma w nas gniewu ani bojowej furii, która wstrząsnęłaby niebem... Gdy powiedziałam im, że nie chcesz łaski, niektórzy... niektórzy prosili cię o wybaczenie... Ciebie! A na dodatek... duchy odwróciły się od nas... słupy są martwe... nie mamy od kogo wziąć błogosławieństwa...
Odepchnęła ją gwałtownie, machnęła nożem przed twarzą.
– Przeproś! Za to, co zrobili... Że miałaś ojca i matkę... że wybrali ciebie zamiast... zamiast...
Błysnęło, nóż poleciał w bok. Kobieta upadła na ziemię, na plecy, oczy szeroko otwarte, usta wykrzywione zdumieniem. On! Skąd się tu wziął?! Jak? Ale był, był, jej braciszek, dopadł ją jednym skokiem, pochylił się nad leżącą kobietą, wąskie ostrze oparło się o jej policzek, pazury na lewej dłoni lekko drżały.
Cisza.
Zabij ją! Coś w Key’li wyło i wrzeszczało. Zabij! Zabij! Zabij!
Chłopak trząsł się, czekał, blizna na plecach pociemniała. Odwrócił się i popatrzył na nią tak jakoś dziwnie. Wykonał ruch ręką, ostrze znikło, potem chwycił pazurzastą dłonią za najbliższy drąg, który zaczął się wić i tętnić pod tym dotykiem, drugą dłoń położył na głowie kobiety.
Cisza.
A potem ueneya krzyczy. Łapie się za głowę, jakby próbowała oderwać jego rękę, i wrzeszczy. Wyrywa się wreszcie, na czworakach dopada najbliższego drąga i wczepia się w niego oburącz. Drewno pulsuje twarzami.
– Nie... nie... nie... nie... NIE!!!!
Ten krzyk jest inny, rozpaczliwy, słowa są wydyszane, wyrzucone w niebo, tną powietrze jak lecące strzały. Kobieta patrzy na nią dzikim wzrokiem. I płacze.
– Nie... dziecko, nie! To nie jest prawda! To... duchy tutaj. Nie przy słupach... tylko tutaj... One... ty... ja zaraz...
Wstaje. Rozgląda się i sięga po leżący na ziemi nóż.
Błysk. Nóż leci na ziemię, a on staje między nimi.
Z obozu Sahrendey słychać odgłosy szykujących się do kolejnego ataku oddziałów.
Wtedy w lewy bark trafia chłopaka strzała.
I słychać tętent, ziemia drży, Key’la kątem oka widzi jeźdźców, dziesięciu, może więcej, srebrne kolczugi, wysokie hełmy, jeszcze dwóch strzela z łuku, ale tym razem jej „brat” jest przygotowany, robi unik, potem dwa szybkie kroki ku Key’li. Kładzie jej jedną rękę na głowę, drugą dłonią chwyta drewniany drąg trójnogu. Kobieta na ziemi otwiera szerzej oczy.
Jeźdźcy pędzą, pochylają lance, za nimi na jabłkowitej klaczy siedzi jakaś postać, ciemna i jasna jednocześnie, powietrze wypełnia łoskot i zawodzenie. Duchy krzyczą, a konie zaczynają się płoszyć, zatrzymują się i stają dęba. A w niej... coś się zapada, jakby wewnątrz miała olbrzymią dziurę, która połyka wszystko wokół. Usiłuje się od niej odsunąć, ale jak odsunąć się od czegoś, co masz pod sercem? Otwiera usta w niemym krzyku: „Nie, nie, nie, nie, nie!”.