Honor ponad wszystko [Echoes of Honor - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2003
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-389-X
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor ponad wszystko [Echoes of Honor - pl]». Краткое содержание книги:
Tymczasem na Hadesie, planecie więziennej, Honor leczy rany odniesione w trakcie ucieczki. O tym, że przeżyła, wiedzą jedynie dwie osoby. Dzięki pomocy więźniów Harrington opanowuje planetę i obiecuje zabrać ich ze sobą. Jest tylko jeden problem — uwięzionych jest prawie czterysta tysięcy, a ona ma zwyczaj dotrzymywać słowa.
— Kapitan Hall! — zawołał ponownie. I zamarł, gdyż powoli otworzyła oczy.
— O… Oliver… — był to ledwie słyszalny w głośnikach szept, po którym rozległ się cichy, ale wyraźny bulgot krwi.
Z trudem powstrzymał się, by nie zacisnąć dłoni na jej ramionach.
— Tak, skipper!
Poczuł, że coś go szczypie w oczy, i dopiero gdy przestał wyraźnie widzieć, zorientował się, że płacze.
Musiała to usłyszeć w jego głosie, gdyż poklepała go słabo po udzie.
— Teraz… wszystko… od ciebie… — szepnęła, przyglądając mu się pałającymi oczyma, świadoma, że śmierć zbliża się szybkimi krokami. — Wydostań… moich… ludzi… Ufam… ci… Oli…
Jej oddech zamarł i Oliver Diamato spojrzał bezradnie w jej niewidzące oczy.
I w tym momencie coś się z nim stało. Zupełnie jakby w chwili śmierci Joanne Hall jakaś iskra przeskoczyła z jej duszy w jego. Jakby przejął nagle esencję bycia dowódcą i oficerem. Położył ją łagodnie na pokładzie, odetchnął głęboko i doskonale już wiedział, co ma zrobić.
Wstał i spokojnie podszedł do swego stanowiska. W jego ruchach i zachowaniu nie było śladu wahania. Sprawdził stan uzbrojenia i osłon burtowych i prychnął cicho — połowa prawoburtowych stanowisk dział była zniszczona, druga połowa operowała na lokalnej kontroli ognia. Miało to swoje dobre strony, jeżeli naturalnie nie zostało przerwane połączenie z choćby częścią tych ostatnich. Nie miał bowiem czasu na poprawne wpisywanie programu ogniowego, a to, co zamierzał zrobić, komputer artyleryjski najprawdopodobniej by odrzucił. Z ludźmi sprawa była prostsza…
Wyszczerzył zęby i zajął się klawiaturą.
Z uwagi na zniszczenia wolał nie opierać się na komputerze artyleryjskim i jego uznaniu priorytetów celów, tylko robić wszystko ręcznie. Wybrał dwa kutry, nadał im pierwszeństwo jako celom i wyłączył autokontrolę jedynego ocalałego lidaru. Ustawił go na wybrane cele, włączył autonamiar. W ten sposób komputer artyleryjski nie mógł przejąć kontroli nad lidarem, a załogi dział powinny dostawać stały namiar celów. Następnie wypisał polecenie otwarcia ognia, podał swój osobisty kod autoryzacji i wysłał wszystko na poszczególne stanowiska.
Zapaliła się para zielonych kontrolek oznaczających, że przynajmniej do części stanowisk ogniowych rozkaz dotarł, a ich obsługi zdecydowały się go przyjąć i wykonać. Nie liczył, ile ich było — tyle, ile było, musiało wystarczyć.
— Do zobaczenia w piekle! — warknął.
I nacisnął przycisk.
Ułamek sekundy później kuter rakietowy oznaczony 01-001 a ochrzczony Harpy eksplodował w oślepiającym błysku, gdy jego dziobową osłonę przebiły równocześnie dwa promienie graserów pancernika.
Rozdział XXXV
— Towarzyszka admirał Kellet powinna właśnie atakować Hancock, a towarzysz admirał Shalus zakończyć atak na Seaford 9 — zauważył Honeker.
Tourville potwierdził ruchem głowy, ale nie odezwał się.
Honeker zresztą nie spodziewał się odpowiedzi. Po prostu musiał coś powiedzieć, czując coraz większe zdenerwowanie i napięcie.
— Dwanaście minut do wyjścia z nadprzestrzeni, towarzyszu admirale — zameldowała jak zwykle spokojnie komandor Lowe.
Ale każdy, kto ją znał, usłyszałby w jej głosie nutki napięcia.
— Dziękuję, Karen — w głosie Tourville’a nie było śladu czegokolwiek poza spokojem.
No, ale na jego miejscu w ten sposób zachowałby się każdy rasowy admirał.
Tym bardziej że nic innego nie miał do roboty.
Kontradmirał Eskadry Zielonej Michael Tennard wpadł na pomost flagowy, doszczelniając jeszcze skafander próżniowy. W całym kadłubie jego flagowego superdreadnoughta słychać było dźwięk alarmu bojowego, toteż ledwie znalazł się na pomoście, spojrzał na holoprojekcję taktyczną.
I zaklął cicho, acz z uczuciem.
Ponad pięćdziesiąt niezidentyfikowanych, czyli w praktyce wrogich jednostek kierowało się ku planecie Zanzibar. Już poruszały się z prędkością prawie piętnastu tysięcy kilometrów na sekundę, a rosła ona w stałym tempie czterystu pięćdziesięciu g. Takie przyspieszenie oznaczało, że nie nadlatuje nic większego od pancernika, ale on miał do dyspozycji sześć okrętów liniowych i sześć krążowników liniowych RMN oraz kilkanaście krążowników, niszczycieli i przestarzałych „drobnoustrojów” należących do floty systemowej.
— Przynajmniej nie holują zasobników — zauważył jego szef sztabu, stając obok. — Nie przy tym przyspieszeniu.
— Dobre choć to — mruknął Tennard.
Szef sztabu skinął głową, nic nie mówiąc — obaj wiedzieli, że okręty Tennarda nie mają pełnego zapasu zasobników. W sumie dysponowały siedemdziesięcioma trzema, a to nie zapewniało takiej salwy, jakiej można byłoby sobie życzyć wobec takiej przewagi wroga. Z drugiej strony napastnicy nie mieli zasobników, a superdreadnoughty dysponowały znacznie lepszą obroną antyrakietową. Jeżeli pierwszą salwą zdoła zniszczyć z pół tuzina pancerników, a potem utrzymać dystans, by móc prowadzić pojedynek rakietowy, istniała duża szansa, że zada przeciwnikowi takie straty, że ten zdecyduje się zrezygnować z ataku. Naturalnie sam także poniesie straty, a te cholerne pancerniki miały naprawdę dużo wyrzutni, ale…
Tennard przestał snuć zbędne rozważania i zabrał się do wydawania rozkazów, udając, że nie wie, co nastąpi. Takie samooszukiwanie się niczego nie zmieniło, bo i tak nie było sposobu, by mógł opuścić system bez walki. Nie tylko honor Królewskiej Marynarki był tu stawką, ale i wiarygodność całego Gwiezdnego Królestwa Manticore. Gdyby uciekł, nie broniąc Zanzibaru, wszyscy sojusznicy straciliby wiarę w gwarancje bezpieczeństwa udzielone przez Królestwo.
A brutalna prawda była taka, że przeciwnik miał wystarczającą przewagę, by jeśli tylko będzie skłonny podjąć starcie na wyniszczenie, wygrać je. A po wyeliminowaniu z walki jego okrętów liniowych już bez większych problemów przebije się przez resztę i będzie w stanie unicestwić wszystko, co zastanie na orbicie planety Zanzibar.
Wszystko, co tak naprawdę mógł osiągnąć kontradmirał Tennard, to że wróg zapłaci za to jak najwyższą cenę.
I tym właśnie się zajął z ponurą determinacją.
— Do wyjścia z nadprzestrzeni pozostało trzydzieści jeden minut, towarzyszu admirale — zameldował głosem komandora MacIntosha głośnik interkomu.
Javier Giscard pochylił się i wcisnął klawisz.
— Rozumiem, Andy — odparł i dodał: — Oboje z towarzyszką komisarz wkrótce zjawimy się na pomoście flagowym.
— Rozumiem, panie admirale.
Giscard zakończył połączenie i uśmiechnął się krzywo.
— Sądzę, że jeśli Andy nas nie rozgryzł, to przynajmniej coś podejrzewa — oświadczył beztrosko.
— Tak sądzisz?! — zapytała ostro Pritchart. Pokiwał głową i czekał na ciąg dalszy.
Oboje znajdowali się w jego kabinie ubrani w skafandry i czekali na sygnał alarmu bojowego poprzedzającego wyjście z nadprzestrzeni. Większość podkomendnych była przekonana, że zajęci są jakimiś poprawkami w planach, które wynikły w ostatnim momencie. I mieli rację, tyle że nie chodziło o takie plany, jak sądzili. No i na pewno żaden nie spodziewał się, że planowanie odbywa się w ten sposób, że towarzyszka komisarz siedzi na kolanach towarzysza admirała.
— Dlaczego tak sądzisz? — spytała zaniepokojona.