Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 117 118 119 120 121 122 123 124 125 ... 152
Перейти на страницу:

Albo Wilkami Sahrendey. Ci podobno używali dobrych, stalowych hełmów.

Zagradzająca im drogę jazda nadal się dzieliła, w tej chwili widzieli już kilkanaście oddziałów, każdy w sile co najmniej trzech a’keerów. Czyli, jak można było przewidzieć, zamierzali ich tylko poszarpać.

Odległość między Falą a koczownikami spadła do trzech czwartych mili.

Pierwsze grupy konnych, na oko nie więcej niż jedno Skrzydło, wyrywały się do przodu.

Gwizdki i piszczałki przyniosły kolejne rozkazy.

„Stać!”. „Czekać!”.

Obóz New’harr nadal kierował się na lewą stronę niecki, bliżej wzniesienia, które kontrolowali. Kiedy zajmą odpowiednią pozycję, każdy atakujący z prawej strony oddział będzie musiał najpierw przebyć jakieś trzy mile, w którym to czasie pozostanie widoczny jak na dłoni.

To był lepszy teren dla konnicy niż dla wozów. Wzgórza wokół niecki umożliwiały skryte obejścia i nagłe ataki z flanki. Jednak susza, która nawiedziła te okolice, dawała obrońcom szansę, że zdążą je wykryć, bo każda większa liczba konnych wzbiłaby w niebo taką kurzawę, że zdradziliby swoje zamiary na godzinę przed atakiem. Pani Stepów zdawała się sprzyjać Wozakom.

Pędzący z naprzeciwka konni łucznicy byli już ćwierć mili od rydwanów Trzeciej Fali i z galopu przechodzili w cwał. Skrzydło podzieliło się na kilka a’keerów, z których dwa wysforowały się do przodu, a po chwili płynnie skręciły i pędząc wzdłuż czoła karawany, zasypały ją strzałami.

„Czekać!”.

Z jakichś trzystu jardów koczownicy nie mogli zbyt wiele zdziałać, lekkie pociski nie miały dość mocy, by przebić grubo pikowane pledy chroniące grzbiety koni Verdanno ani zaszkodzić załogom rydwanów. Der’eko spod zmrużonych powiek obserwował nadlatujące strzały. I... już!

Pochylił głowę, nadstawiając czaszę hełmu w stronę pocisków, które mgnienie oka później zaświstały wokół, wbijając się w ziemię, pancerze koni, wiklinowe burty, ciała. Ktoś krzyknął, gdy dostał w twarz, głupiec, który gapił się śmierci w oczy o uderzenie serca za długo. Nawet wśród dobrych załóg zawsze znajdzie się ktoś taki. Jakiś koń zarżał, nie wiadomo – zraniony czy przestraszony, i koniec.

Kanewey rozejrzał się, linia jego oddziału nie zachwiała się nawet na stopę. Wciąż jechali na czele karawany, rozciągnięci na prawie ćwierć mili, po prawej stronie mając Pierwszą Falę. Pełne trzy Strumienie, jeden za drugim, w luźnym szyku, by nie ułatwiać roboty wrogim łucznikom.

A koczownicy zawracali już i pędzili z powrotem, ustępując miejsca kolejnemu oddziałowi. I znów, galop, cwał, a w odległości jakichś trzystu jardów – salwa. I znów piszczałki przekazujące rozkaz wzdłuż czoła karawany: „Czekać!”, i ponowne spoglądanie na nadlatujące pociski, by w ostatniej chwili pochylić głowę przed wyrokiem Pani Wojny.

I kolejne a’keery idące do ataku.

Nie było sensu wyrywać się do przodu ani marnować strzał. To Skrzydło Se-kohlandczyków chciało ich tylko zmęczyć i sprowokować do głupiego kontrataku. Jeśli koczownicy nie mają czegoś innego w ręku, to za jakieś trzy, cztery godziny karawana dotrze do rzeki, zdobędzie wzgórza wokół podejścia do brodu i rozsiądzie się na nich, zmieniając wzniesienia w twierdzę otoczoną potrójnym rzędem pancernych wozów ustawionych w Rogaty Gród albo inny trudny do złamania szyk. Takie ostrzeliwanie z dużej odległości nie było bardziej uciążliwe niż solidny deszcz, który zmieniłby ziemię w błocko i opóźnił wozy.

I... już!

Ktokolwiek dowodził Se-kohlandczykami, musiał dojść do tego samego wniosku, co i Der’eko, bo nagle atakujące oddziały – w sile jakichś pięciu a’keerów – nie zawróciły, lecz po oddaniu salwy runęły w ich stronę, szyjąc raz za razem, jakby łucznicy brali udział w zawodach polegających na jak najszybszym opróżnieniu kołczanów. Pięć, sześć strzał w dziesięć uderzeń serca, cztery, pięć pocisków jednocześnie w powietrzu. Grad śmierci pędzący naprzeciw rydwanom.

Za plecami usłyszał gwizdek Awe’aweroha Mantoru: „Pierwsza Fala!”, „Naprzód!”, „Naprzód!”, „Naprzód!”.

Tak, to wymagało odpowiedzi, nie mogli pozwolić, by koczownicy się rozzuchwalili.

Jadąca po jego prawej stronie Fala wyrwała przed karawanę, na spotkanie jazdy, która teraz wyraźnie próbowała obejść ich i uderzyć na flankę wędrującego obozu. Taka była rola rydwanów – nie dopuścić do ostrzeliwania boków karawany, nie pozwolić na ranienie koni ciągnących wozy bojowe. Potrójna linia ciężkich pojazdów była dość odporna na taki atak, ale nawet ona po jakimś czasie zaczęłaby się łamać. To był słaby punkt każdej karawany. Zwierzęta ciągnące przednie wozy, oprócz pikowanych pancerzy, miały także naczółki i końskie napierśniki, te z ariergardy były osłaniane przez wozy, natomiast najwrażliwsze na atak pozostawały właśnie konie zaprzęgnięte do bocznych pojazdów. Nie sposób założyć na zwierzę pancerza tak grubego, by chronił koński bok przed każdą strzałą, a jednocześnie wymagać od niego, by ciągnęło wielki wóz bojowy z całą załogą. Jednostka z poranionym zaprzęgiem musi zjechać na bok, by nie blokować drogi reszcie pojazdów. Wyrwę po niej zatyka wóz z drugiego albo trzeciego szeregu, a załoga unieruchomionego wozu ma radzić sobie sama. Najczęściej, jeśli sytuacja jest beznadziejna, porzuca wehikuł, wyprzęgając zdrowe konie, zabiera, co się da, a resztę oblewa olejem i podpala. Mówi się wtedy, że idąca bitewnym marszem karawana krwawi wozami.

Rydwany były właśnie po to, by nie dopuścić do takiego krwotoku.

Karawana jechała w swoim tempie, nawet wtedy gdy tumany kurzu zasłoniły wszystkim widok na pole starcia. Pierwsza Fala, całe sześćset rydwanów, nie powinna mieć problemów z kilkoma wyrywającymi się do przodu a’keerami.

Gdy karawana połknęła kolejne trzysta jardów, z tumanów kurzu wypadły ze dwie setki konnych i spróbowały obejść wędrujący obóz z lewej. Lamerei czuwał.

„Trzecia!”. „Naprzód!”.

Trzecia Fala mknęła już w stronę jazdy, szyjąc strzałami nie wolniej niż łucznicy koczowników. Der’eko wiedział, że w tej samej chwili w bocznych ścianach karawany utworzyły się przejścia, którymi wylewają się zza muru pancernych wozów kolejne Strumienie, mające za zadanie przechwycić tych koczowników, którzy przejadą przez jego wozy. Bo nie miał wątpliwości, że ten atak idzie na główny obóz, w końcu zatrzymanie karawany było podstawowym celem lekkiej konnicy. Dopiero gdy zmusi się ją do stanięcia i okopania się, będzie można zacząć regularne oblężenie.

Odległość między rydwanami a jazdą zmniejszała się błyskawicznie, strzały leciały po coraz bardziej płaskich parabolach, uderzały z coraz większym impetem, niektórzy woźnice już przełożyli lejce w jedną dłoń, drugą ujmując miotacze dzirytów, Der’eko włożył piszczałkę w usta.

„Pierwszy i Drugi!”.

„Grzebień!”.

Dwa pierwsze Strumienie wystrzeliły naprzód, w kilka chwil dzieląc się na poszczególne Strugi. Każdy pododdział wyciągnął się w kolumnę szeroką na dwa wozy, długą na dziesięć i – zachowując poczwórną szerokość zaprzęgu między sobą a sąsiadami – runął na wroga. Trzeci Strumień zwolnił nieco, wyciągając się w szeroką, równą linię.

1 ... 117 118 119 120 121 122 123 124 125 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)