Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– Tak, Ojcze.
– Nim zapadnie zmrok, mają stracić ich tysiąc. Jesteś za to osobiście odpowiedzialny. Jeśli tak się nie stanie, jutro rano będę miał nowego Syna. Rozumiesz?
– Tak, Ojcze.
– Ruszaj. I nie pozwól, by doszli do rzeki.
Yawenyr zawinął się w płaszcz i ruszył w stronę swojego obozu.
* * *
Och! To było piękne. Pięknem tańca śmierci oglądanego z daleka, pięknem wspaniale tkanego gobelinu, który można by powiesić w wozie, ku zazdrości sąsiadów. Manewry jazdy i rydwanów, wymiana strzał, odwrót, który miał oderwać Falę od karawany, szybki atak, zakończony zmiażdżeniem skrzydeł konnicy i rozproszeniem oddziału... Z tej odległości wyglądało to jak jakiś obrzęd, misterium ku czci Maychy, w którym ranni i zabici dobrowolnie przelewają krew, by oddać cześć Pani Wojny. Key’la przez chwilę zapomniała o bólu.
Przypomniało jej go brutalne uderzenie w plecy, od którego aż się zakręciła. Rzemienie napięły się, krzyknęła zaskoczona.
Ktoś zaśmiał się krótko i uderzył jeszcze raz. Mocniej. Tym razem wytrzymała, zaciskając zęby. Siła ciosu obróciła nią tak, że zobaczyła to, co miała teraz za sobą. Namioty. Tysiące namiotów, a między nimi szerokie przejścia wypełnione wsiadającymi na koń koczownikami. Wszyscy w pełnym uzbrojeniu. Obozowisko plemion Kyh Danu Kreda szykowało się do bitwy.
Ten, który ją uderzył, poczuł się urażony tym, że to nie na niego patrzy, bo walnął ją na odlew, aż zakręciła się wokół osi w drugą stronę i znów znalazła naprzeciw mężczyzny i namiotów.
Mimo że zaciskała szczęki z całej siły, krzyknęła.
Ocalenie nadeszło z najmniej oczekiwanej strony. Jej strażnik, gapiący się jak zahipnotyzowany na pole bitwy, zorientował się w końcu, co się dzieje, doskoczył do prześladowcy, odepchnął go i warknął coś krótko. Odepchnięty zarechotał i wyszczerzył pieńki zębów. Był stary, ale uzbrojony po zęby – we włócznię, topór i kilka długich noży. Na skórzany pancerz narzucił cuchnącą baranicę.
Nie wyglądał na urażonego atakiem, wskazał tylko na Key’lę i wypluł z siebie kilka słów, a potem podszedł do jednej z tyczek i usiadł, opierając się z takim impetem, że wyraźnie poczuła ten wstrząs. Tym razem nie jęknęła.
Drugi strażnik. To musiał być drugi strażnik, który miał ją pilnować na wypadek ataku tajemniczego mordercy.
Oby przyszedł jak najprędzej.
Ból i cierpienie musiały jakoś wpłynąć na jej umysł, bo przez chwilę wydawało jej się, że w oczach pierwszego z koczowników dostrzega cień współczucia. Chyba nawet Se-kohlandczycy nie wieszali tak dzieci. Ale chwila minęła, a strażnik wrócił na swoje miejsce, nie patrząc na nią więcej i zupełnie ignorując swojego towarzysza.
Za nią rozległ się świergot metalowych gwizdków i kilka tysięcy koczowników pomknęło w dół, na spotkanie nadciągającej karawany. Bitwa dopiero się zaczynała.
Rozdział 8
Koczownicy ruszyli z prawego wzniesienia, więc tam zapewne znajdował się ich główny obóz. Z początku wyglądali jak szarobrązowa fala mknąca w dół, lecz szybko rozdzielili się na kilka oddziałów. Co najmniej pięć Skrzydeł, ocenił Der’eko i obejrzał się. Jego Fala nadal jechała na czele karawany, zdążyli już wymienić ranne konie i uzupełnić straty, lecz tym razem, zgodnie z rozkazami En’leyd, nie wolno im było rzucać się na wroga.
En’leyd. Nie ojciec, tylko Oko Węża. To on dowodził karawaną w czasie wojennego marszu i nawet Awe’aweroh Mantoru, Lamerei wszystkich sześciu Fal, nie próbował z nim dyskutować. Tak powinno być w czasie wojny. A rozkazy dowódcy byty jasne, rydwanom nie wolno oddalać się bardziej niż na milę od Pancernego Węża. Najważniejszym celem jest dotarcie do rzeki. Przypomniał sobie żarcik, który krążył między załogami: „Dlaczego nasze oddziały noszą nazwę Struga, Strumień i Fala? Bo dwadzieścia zaprzęgów osuszy strużkę, dwieście małą rzeczkę, a sześćset wypije morze”.
To była prawda, podobnie jak to, że potrzebowali wody. Zapasów mieli na jeden dzień, potem... Niepojone zwierzęta nie pobiegną zbyt daleko.
Obejrzał się za siebie, szukając wzrokiem rydwanu Lamerei. Awe’aweroh Mantoru jechał z nimi na czele swojego przybocznego Strumienia, bo chciał osobiście dowodzić w nadchodzącym starciu.
Pochwyciwszy jego spojrzenie, dowódca Fal zamachał ręką.
„Stać!”. „Czekamy na resztę”.
Anaho’la przydawało się czasem w bitwie bardziej niż gwizdki i piszczałki.
Czekamy na resztę. Wiemy, że te pięć Skrzydeł to nie wszystko, co Se-kohlandczycy przygotowali. Oprócz sił Kyh Danu Kreda, który ma jeszcze co najmniej drugie tyle lekkiej jazdy, nie licząc Błyskawic, są tam przecież także Sahrendey. Piętnaście, dwadzieścia tysięcy konnych. Nie mógł ocenić, bo Se-kohlandczycy kryjący się za wzgórzami pozostawali dla nich niewidoczni.
Wzniesienie osłaniające nieckę po lewej stronie Der’eka należało do Wozaków. Jadący jego szczytem Strumień miał widok na całe pole bitwy oraz na to, co pozostawało niewidoczne dla głównych sił Verdanno. Ale prawej strony doliny nie udało im się zdobyć, koczownicy stawiali tam zdecydowany opór, nie dopuszczając rydwanów do własnych obozów. W krótkich starciach Wozacy stracili już kilkadziesiąt załóg. Mieli za mało sił, by zdobyć wzgórza po obu stronach niecki oraz rozsiadające się na nich obozy, lecz nie taki był ich główny cel. Gdy dotrą do rzeki, okopią się i zmienią w twierdzę. Zatrzymają tu koczowników dość długo, by pozostałe obozy zdążyły zejść z gór, a gdy za trzy, cztery dni na zachodzie pojawią się kolejne karawany, zmiażdżą najeźdźców i rozpędzą na cztery wiatry.
Na razie ich problemem było te parę tysięcy konnych.
W środku karawany, za potrójną linią wozów bojowych tworzących czoło Pancernego Węża, trwały przetasowania. Jej boczne ściany także się przygotowywały, w kilku miejscach pancerne wehikuły przerzedziły się i z trzech rzędów został jeden, a po ich wewnętrznej stronie gromadziły się rydwany. Oczywiście mądry En’leyd musiał zakładać, że koczownicy byli dowodzeni przez doświadczonego wodza, a więc takiego, który nie pcha się do bitwy na czele swojej hordy, lecz wykorzystując teren, stoi gdzieś na wzgórzu i obserwuje te wszystkie manewry. Ale nie mieli wyjścia i musieli się przegrupować.
Grzbiet prawego wzniesienia był dla Wozaków niedostępny i należało się spodziewać, że za nim właśnie Syn Wojny zgromadził swoje główne siły uderzeniowe, Jeźdźców Burzy i Źrebiarzy. Dlatego obóz New’harr odbijał stopniowo w lewo, zwiększając odległość od tego wzniesienia. Będą mieli więcej czasu na reakcję, gdy Kyh Danu Kredo przeprowadzi prawdziwy atak.
Bo ta konnica, którą widzieli, z pewnością nie miała rozbić karawany. To trochę tak, jakby próbować zatrzymać wolno sunącą, błotną lawinę za pomocą kilku garści kamyków. Nie, oni mieli ją spowolnić przy podejściu do brodu, dać czas tym na wzgórzach na umocnienie się, poszarpać boki, wyrwać z pancernych ścian tyle wozów, ile się da.
Przynajmniej tak by to wyglądało, gdyby nie było Fal. To rydwany miały stanowić ochronny kokon, wewnątrz którego będzie się poruszała reszta. Strzelcy wozów bojowych mogli upuścić trochę krwi jeździe, lecz to śmigłe rydwany są żywą tarczą obozu. Oraz ciała ich załóg. Der’eko rozejrzał się na boki, wymieniając spojrzenia ze swoimi ludźmi. Trzecia Fala, jako jedna z dwóch w obozie, nie miała ciężkich rydwanów przewożących piechotę, za to dostawała najlepsze konie i najsprawniejszych woźniców. Wszyscy wiedzieli, że jeśli przyjdzie szarżować na Błyskawice, to właśnie oni pójdą w pierwszej linii, i byli z tego cholernie dumni. W bezpośredniej walce zdobyli już ponad dwieście trofeów, a zawieszali na tyczkach hełmy tylko tych koczowników, których sami zabili. Niestety, nie wszyscy Se-kohlandczycy używali hełmów z dobrej stali, najczęściej mieli skórzane albo po prostu grubo pikowane czapy. Dlatego załogi Trzeciej Fali tak rwały się do walki z Jeźdźcami Burzy.