Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 120 121 122 123 124 125 126 127 128 ... 156
Перейти на страницу:

Chłopak w płóciennej koszuli kiwał głową przy każdym jej słowie. Ale za nim stało jeszcze wielu innych ludzi.

– Łżesz jak pies! – rozdarła się nagle przekupka w czerwonym fartuchu. – Kłamiesz, dziewko, i rajców zacnych szkalujesz. Burmistrz sam na siebie karę z niebios ściągnął, bo boskich praw nie szanował i ludzi porządnych ciemiężył. A na koniec nowe uknuł łajdactwo, od dawnych szkaradniejsze. Jego wszak ludzie na murach stoją, bramy zamknięte trzymają. A po co? Aby nam tu kniaziować!

Gdzieś z głębi tłumu, gdzie Złociszka nie mogła już sięgnąć wzrokiem, ozwały się nieprzychylne pokrzykiwania. Przez ostatnie miesiące wiergowscy mieszczanie srodze doświadczyli surowości Kościeja.

– Dlaczego miałby to zrobić? – spytała dziewczyna. – Przecież i tak trząsł całym miastem. Rada robiła dokładnie, co chciał.

Wrzaskliwa przekupka zamilkła, zdezorientowana. Owszem, Kościej od dawna nie oglądał się na radę. Nikt jednak nie ośmielał się mówić tego głośno.

– Aż w końcu rajcy postanowili go zabić – ciągnęła w martwej ciszy Złociszka. – Skrytobójczo i na progu świątyni. Co zdarzało się też wcześniej i nigdy nie spędzało snu z waszych powiek, zacni wiergowscy mieszczanie. Więc zapewne wielu z was zastanawia się, dlaczego mielibyście dbać o śmierć burmistrza, który wtrącał waszych sąsiadów do ciemnicy i przyozdobił miejskie dusienice ścierwem rzeźnickich mistrzów.

Ogorzały mężczyzna w kapeluszu cieśli otworzył usta, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, dziewczyna gestem nakazała mu milczenie. Nagle zyskała pewność, że zna wszystkie słowa, które należało wypowiedzieć, i strach zniknął bez śladu, ustępując miejsca dziwnemu uniesieniu. Naprawdę mogła tego dokonać. Mogła opanować jedno z najpotężniejszych miast Krain Wewnętrznego Morza.

– Wiecie o krwawym spichrzańskim karnawale. Słyszeliście również, jak w odpłacie za bunt książę Evorinth kazał Servenedyjkom nabijać własnych poddanych na pale ostrokołu. Ten, którego rajcy zapragnęli sprowadzić na miejsce mojego ojca, nie okaże się od niego lepszy ani łagodniejszy. Ale będzie obcy. Nie obierzecie go kolejnym burmistrzem, który, choćby najsurowszy, zasiada w ratuszu z waszej woli i waszego nadania. Pan Spichrzy jest księciem, włada z woli swojego boga. Nazwie naszą religię bałwochwalstwem i obróci nasze świątynie w przybytki Nur Nemruta od Zwierciadeł. Zakaże naszych zwyczajów, odbierze nam dostatki, ziemię i władzę. Zamknie port i rynki, nałoży cło na spichrzańskie bydło i zacznie ściągać podatki z każdej beli barwionego jedwabiu, z każdego kęsa żelaza. Tak właśnie będzie, zacni wiergowscy mieszczanie. Będzie się nami pasł i sycił jak dusiołek aż do ostatniej kropli. Póki wielkie kolebiaste furgony nie wywiozą naszego bogactwa do Spichrzy. Tak to sobie obmyślił rajca Kurdyban. Sprzedał swoje miasto, swoją matkę, za nędzną garść złota.

– Kurdyban nie żyje! – krzyknął ktoś słabo z głębi tłumu. – Pokarała go świątobliwa księżniczka, bo przed jej obrazem zdechł niecnie jak pies.

– A wielka szkoda! – rzucił przez zęby chłopak w wytartej koszuli. – Bo końmi zdałoby się go włóczyć za zdradę.

Jednak baba w czerwonym fartuchu nie ustępowała. Jej twarz wydawała się Złociszce znajoma. Usilnie próbowała dobyć z pamięci jej imię.

– A te zbrojne, co do murów przystępu bronią, może rajca Kurdyban przedśmiertnym tchnieniem na pomoc wezwał? – spytała baba z przekąsem. – Ej, zdaje mi się, dziewko, że jeno poczciwym ludziom we łbie mącisz. Bo prawda taka, że burmistrz podstępnie najemników ściągnął, aby tym łatwiej miastem owładnąć. Ale się przeliczył, kiep jeden, bo go wczoraj ubili. I bardzo dobrze!

– Pono burmistrz żyje! – rozległ się w ciżbie niewieści głos.

– Zaraz tam żyje! – prychnęła niewiasta, biorąc się pod boki i odwracając ku ziomkom. – Tyle wiemy, co dziewka gada. Ale skąd pewność, że nam oczu nie mydli? Przecie to Kościejowa córka, ani chybi od początku w spisek zamieszana. A niedaleko pada jabłko od jabłoni. Powiadają ludzie, że dla niej alchemik wyrychtował tę broń dziwną, co z niej burmistrza ustrzelono. Dla niej, powtarzam. – Wyciągnęła oskarżycielsko palec. – Kto wie, mogła nawet skrycie ojca własnego mord uknuć?

Nic więcej jednak nie zdążyła powiedzieć, bo Złociszka przypadła do niej w dwóch krokach i wymierzyła siarczysty policzek.

– Jak śmiecie? – krzyknęła, a jej głos łamał się od gniewu. – Byliście wczoraj na schodach świątyni, kiedy rajcowscy siepacze mojego ojca mordowali? Zasłanialiście go własnym ciałem przed rozszalałą ciżbą?

Przekupka cofnęła się mimowolnie przed furią dziewczyny. Złociszka nagle przypomniała sobie jej imię. Rurałka, wdowa, która miała kram warzywny na Małym Rynku. Kościej zwykł mawiać, że mąż przekupki obwiesił się na własnym pasku, wpędzony do grobu plugawym charakterem małżonki.

– Tedy sobie teraz popatrzcie! – Wciąż trzęsąc się z wściekłości, Złociszka zrzuciła ojcową opończę, odsłaniając strzępy sukni i ramiona, pokryte krwawymi szramami. – Przyjrzyjcie się dokładnie! – Odgarnęła włosy, aby pokazać rozszarpane płatki uszu. – A jeśli nie dowierzacie, tedy palec w ranę wsadźcie, aby się o ich prawdziwości przekonać. Co wam się zdaje? Że sama chciałam nad miastem panować? Że najemników wezwałam? A skąd ich niby wziąć miałam? Za co kupić? Czym wyżywić?

Potem głos się jej nagle załamał. Rozpłakała się. Przez całą tę długą, wypełnioną śmiercią noc udawało się jej dusić rozpacz. Teraz łzy popłynęły jak groch, przesłaniając widok. Nie umiała ich zatrzymać.

– Okryjcie się, panienko. – Ktoś narzucił jej płaszcz na ramiona. – I nie płaczcie. Nie wolno płakać.

Lecz litość rozgniewała ją jeszcze bardziej. Otarła twarz rękawem.

– Ojciec mój z dawien dawna rozumiał, że zechcą się rajcy na jego życie zasadzać. Dlatego ludzi w pogotowiu trzymał, by w razie niebezpieczeństwa miasto przed wrogiem obronili. Ale mogą nawet dzisiaj z murów zejść. Jeno nie wiem, kto ich zastąpi, kiedy nas książę Evorinth w oblężeniu zamknie. Bo rychło go wyglądać.

– Jeno kto ich powściągnie, kiedy miasto złupić zechcą? – spytał wysoki mieszczanin w zacnym sukiennym kabacie. – Bo łatwo do tego przyjść może.

– Zwłaszcza jeśli burmistrz zemrze – poparł go inny głos. – Co się wtedy z nami stanie?

Odpowiedź na to pytanie znała od dawna. Ułożyła je sobie, jeszcze zanim Lusztyk z Chąśnikiem wymordowali dla niej pół rady.

– Jest kilku ludzi uczciwych i godnych, co w ratuszu zasiadają. Ojciec ceni ich słowa i rad chętnie słucha. Śmigurst Folusznik, Zadawek Złotnik, cieśla Lędzień – udając namysł, wymieniała najtchórzliwszych spomiędzy rajców. – I stary Rybarz, co niegdyś miastu przewodził – na koniec zachowała stryja Kurdybana, trzęsącego się dziadka, który istotnie był dawnymi czasy burmistrzem. Przez ostatni rok postarzał się tak okrutnie, że nawet własnych dzieci nie umiał rozpoznać. W Wiergach go jednak kochano przez pamięć na dawne czasy, rządził bowiem łagodnie, lecz roztropnie i przyniósł miastu wielki dobrobyt. – Oni mogą przejąć pieczę nad miastem, póki ojciec nie wydobrzeje.

– A jeśli umrze? – nalegał człek w kabacie. – Wybaczcie, panienko, ale słowa tanie. A my nie mamy nic prócz waszych zapewnień.

Wiedziała, że do tego przyjdzie. Umiała to przecież przewidzieć. Jednak coś ścisnęło ją w gardle. Może dlatego, że cała reszta nie zależała już od niej.

– Ojciec wciąż w łożu leży – powiedziała stłumionym głosem – pomiędzy życiem i śmiercią się obracając. Ale nie umarł. Wybierzcie spośród siebie pięciu godnych obywateli, abyście się mogli o tym przekonać. Wy, mości Rurałko, pójdziecie pierwsza. Byle prędko. Bom gotowa się rozmyślić.

1 ... 120 121 122 123 124 125 126 127 128 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)