Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 121 122 123 124 125 126 127 128 129 ... 156
Перейти на страницу:

Ostatecznie wybrano jeszcze starego cieślę, który dotychczas nie odezwał się ani słowem, woziwodę o ogorzałej twarzy i krzepkich ramionach, przywdzianego w czerń mężczyznę o wyglądzie prawnika i chłopaka w koszuli umazanej dziegciem, który wepchnął się do grupy zacniejszych od siebie chyba wyłącznie dlatego, że stał blisko Złociszki i donośnie wrzeszczał. Przez wąską szparę we wrotach dziewczyna wprowadziła ich do przedsionka, a potem sieni, gdzie zwykle kłębił się wielobarwny tłum pisarczyków, kantorów, kupców, lichwiarzy i plenipotentów. Dzisiaj jednak nie było tam nikogo prócz milczących zwajeckich najemników. Bez słowa Złociszka powiodła mieszczan w górę schodami, w pełni świadoma, że z każdym krokiem w głąb cichego, posępnego domostwa goście tracą na animuszu.

Przed drzwiami ojcowskiej komnaty dała im znak, aby zaczekali. Wewnątrz był tylko Lusztyk, oparty o drewnianą kolumienkę, podtrzymującą baldachim nad łożem. W ręku trzymał sztylet i uśmiechał się niedbale.

– Jesteś pewna, że wiesz, co czynisz? – spytał, unosząc brwi. – On może umrzeć, jeśli teraz będziesz go dręczyć.

– Znasz lepszy sposób? Bo jeżeli nie znasz, nie przeszkadzaj. I wpuść ich, kiedy zawołam.

Skalmierski dusiciel wzruszył ramionami i bezszelestnie wyszedł z komnaty.

– Tatusiu. – Złociszka pochyliła się nad ojcem i lekko dotknęła jego policzka. – Musisz się obudzić. Już czas. Potrzebuję cię. Inaczej mnie zabiją.

Przez chwilę wydawało się jej, że nie usłyszał. Jednak dotąd zawsze odpowiadał na jej prośby, więc czekała cierpliwie. Mimo to podskoczyła z przestrachu, kiedy z mozołem podniósł powieki. Oczy miał mętne i nie była pewna, czy ją widzi. Może i lepiej, pomyślała, nagle uświadamiając sobie, jak by go przeraziła jej zmasakrowana twarz.

Chciała zawołać Lusztyka, nakazać, by sprowadził mieszczan, zanim ojciec na nowo zapadnie w sen. Ale coś dławiło ją w gardle i nie umiała dobyć z siebie głosu.

Poruszył ustami, próbując coś powiedzieć. Pochyliła się nad nim nisko.

– Zło… tko… – wyrzęził niewyraźnie.

Nagle mogła mówić. Jakby ją odczarował, wypowiadając jej imię.

– Jestem tutaj, tatku – odrzekła, podnosząc do ust jego chłodną rękę. – Nic mi się nie stało.

Miała wrażenie, że ją usłyszał. Ale jego spojrzenie nie ożywiło się ani trochę.

– Musisz mi pomóc, tato – ciągnęła, starając się, aby jej głos brzmiał rześko i spokojnie. Uniosła mu głowę, poprawiła poduszki. – Nie uśnij teraz. Będę tuż przy tobie.

Znienacka uderzyło ją, że naprawdę prosi go, aby nie umarł, aby pośród wszystkich innych rzeczy, których nigdy jej nie skąpił, obdarował ją jeszcze kilkoma chwilami swojego życia. Nie miała prawa go o to prosić. Nikt nie miał.

Odwróciła się szybko ku drzwiom. Nie mogła się znowu rozpłakać. Nie teraz.

– Lusztyk! Wprowadź ich.

Nie wypuściła palców ojca z dłoni, kiedy mieszczanie podchodzili coraz bliżej. Nie sądziła, by ojciec ich zauważył. Jego puste spojrzenie przerażało ją bardziej niż wszystko, co tej nocy uczyniono z jej rozkazu i co jeszcze będzie musiała uczynić, aby zachować ich oboje przy życiu. Bo odkąd Cherchel wyrwał ją na schodach przed świątynią z rąk tłuszczy i ocalił, myślała jedynie, że musi przetrwać tę noc i utrzymać miasto w ryzach, póki ojciec nie wydobrzeje. Kościej był silny, silniejszy od wszystkich mężczyzn, których znała, i zawsze o nią dbał. Z jakichś powodów wierzyła niezbicie, że tym razem również nie opuści jej na długo i nie pozostawi bezbronnej. Jednak kiedy podtrzymywała mu głowę, patrząc na strużkę śliny, która powoli ścieka mu z kącika ust, wcale nie była pewna jego ozdrowienia. Nawet jeśli uda mu się przeżyć, może skończyć jak stary Rybarz, który robił pod siebie, a służba musiała karmić go papką i przebierać jak niemowlę.

Rurałka, widać najśmielsza z gości, podeszła tuż do skraju łóżka i jeszcze wyciągnęła naprzód szyję, by spojrzeć w pergaminowobladą twarz burmistrza. Złociszka miała ochotę ją odepchnąć albo znów spoliczkować za bezczelność, ale wciąż podtrzymywała głowę ojca i nie mogła się poruszyć. Kościej leżał nieruchomo, jak nieżywy, a Złociszka niecierpliwiła się coraz bardziej natarczywością mieszczan. Ale Rurałka za nic sobie miała jej gniewne spojrzenia i marszczenie brwi. Gapiła się bezwstydnie, głowę przykrzywiła na ramię i cmokała w milczeniu wargami, jakby szacowała kapustę. Chłopak w koszuli umazanej dziegciem usiłował ją nawet pociągnąć za fartuch do tyłu, lecz ogoniła się od niego jak od uprzykrzonej muchy. Na koniec wysunęła rękę, aby dotknąć burmistrza. Złociszka zesztywniała z oburzenia. Jednak zanim zdołała odepchnąć bezczelną przekupkę, spojrzenie ojca oprzytomniało nagle i ześrodkowało się na Rurałce, a jego wyschła, koścista dłoń wyprysnęła z uścisku córki i zacisnęła się na przegubie baby.

– Precz! – wyrzęził z wysiłkiem burmistrz. – Myśle… liście… że już zde… chłem?

Babina podskoczyła, jakby ją diabeł pochwycił za kołnierz. Oczy jej mało nie wyszły z orbit.

– Wystarczy – powiedziała cicho Złociszka. – Zobaczyliście, że żyje. Teraz pozwólcie mu odpocząć.

Uciekli bardziej, niż wyszli, przepychając się między sobą i tłocząc w drzwiach. Kościej znów zapadł w płytki sen, a może omdlał od wysiłku. Ostrożnie ułożyła jego głowę na poduszce.

Lusztyk bezszelestnie wszedł do komnaty. Uchylił okiennice i smuga dziennego światła padła na dębową posadzkę. Na zewnątrz było już zupełnie jasno.

– To wreszcie koniec – powiedziała ze znużeniem.

– To dopiero początek, Złociszko – odparł skalmierski dusiciel.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

Twardokęsek stanął pod murami Książęcych Wiergów w pięć dni po tym, jak Szydło uzdrowił go z oparzeń. Ale ku zdumieniu zbójcy, wrota nie otwarły się na wezwanie. Co więcej, spostrzegł, że na podmiejskich błoniach obozuje wielu podobnych mu nieszczęśników, którzy rozbili się obozem wokół rozmaitych furgonów, namiotów i fur. Lecz Twardokęsek nie zniechęcał się łatwo. Długo stał jak kołek u bramy, wykrzykując coraz bardziej plugawe klątwy i pogróżki na oczach gawiedzi, która obserwowała jego wysiłki z nieskrywanym ukontentowaniem acz bezczynnie. Zanim na wieżyczkę wylazł znudzony wartownik, Twardokęsek ochrypł ze szczętem. Drab popatrzał na niego z wysoka, po czym rzucił przyciszonym głosem kilka słów. Zbójca jeszcze nie ochłonął ze zdumienia, a ponad wierzejami pokazało się dwóch ludzi w krasnych kabatach. Pomachali do Twardokęska radośnie, gdy zaś rozdziawił gębę, by ich z kolei skląć za opieszałość, wylali mu na głowę wielką balię pomyj i oddalili się spokojnie do swoich zajęć.

– Aby nie krzyczcie więcej – poradził zbójcy szczerbaty dziadek, który, usadowiony na murawie obok swej dwukółki, przypatrywał się z ciekawością zajściu. – Bo jak ktoś hałasuje zanadto, wrzący olej leją albo rozgrzaną smołę. Onegdaj my pochowali kamrata, co miał narzeczoną w mieście i strasznie się napierał do środka.

– Ale kiedy ja muszę! – żachnął się Twardokęsek. – Sprawę mam ważną, niecierpiącą zwłoki.

– A kto nie ma? – prychnęła zażywna przekupka. Siedziała na koźle fury, po brzegi wyładowanej porami i kapustą. – Czas człowiek mitręży, towar mu się psuje. I wszystko przez te rajcowskie brewerie, bodajby ich nagła zaraza sparła!

Zbójca rzucił jeszcze smętne spojrzenie na bramę. Ale ponieważ znikąd nie widział pomocy, uznał, że roztropniej będzie zasięgnąć języka u nieszczęśników koczujących pod miastem. Uwiązał konika przy rachitycznej brzózce i ruszył ku jejmości na wozie z zieleniną.

1 ... 121 122 123 124 125 126 127 128 129 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)