Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
Zajęta biadaniem, ani spostrzegła, jak Złociszka poderwała się gwałtownie od pulpitu. Nie usłyszała również ostrza. Dopiero kiedy nóż wbił się w blat o włos od jej dłoni, umilkła w pół słowa. Wpatrywała się w niego z niedowierzaniem, niemo poruszając ustami.
– Nie jestem jeszcze sierotą! – Złociszka przypadła do niej z wściekłością i wymierzyła staruszce policzek. Jej głos załamywał się, przechodził w pisk. – Rozumiesz mnie? Nie jestem sierotą! I nie mów mi, co mam robić i kogo na pomoc wzywać. Nie strofuj i nie pouczaj. Nie jestem dzieckiem. Nie po tym, co się dzisiaj stało. I ani ty, ani Kurdyban nie będziecie rozstrzygać o mojej przyszłości. Rozumiesz? No, odezwij się wreszcie. Rozumiesz?
– Rozumiem – wyszeptała piastunka.
Z rozbitego kącika jej ust płynęła krew.
– Dobrze! – Dziewczyna niecierpliwie podrzuciła głową. – A teraz przyślij mi Lusztyka. I nie wchodź tu więcej nieproszona. Jak będę potrzebowała, zawołam. No, dalej! Na co czekasz?
Staruszka puściła się biegiem do wyjścia z komnaty. Dopiero na korytarzu ośmieliła się przystanąć. Nogi ugięły się pod nią i musiała się oprzeć plecami o drzwi do Kościejowego alkierza. Stała tak dobrą chwilę, a łzy ciekły jej po policzkach jak groch. Płakała jednak bezgłośnie. Nie ośmieliła się wydać żadnego dźwięku, aby nie drażnić tej dziwnej dziewczyny, w którą zmieniła się jej wychowanka.
– Naprawdę chcesz zamknąć miasto? – Lusztyk z niedowierzaniem pokręcił głową. – I wezwać na pomoc żalnickiego księcia?
– Jeśli pomożecie mi utrzymać miasto, póki nie przybędzie Twardokęsek – odparła dziewczyna. – Jeśli mnie nie zostawicie.
Dziewczyna wyrównała jakieś pergaminy na pulpicie. Zauważył, że jej ręce dygoczą jak w gorączce. Wydawała się taka krucha. I młoda. Młodsza o całe pokolenie.
Przypomniał sobie, że nie był wiele starszy, kiedy zamordował syna doży. O poranku przeszedł pomiędzy przekupionymi strażnikami aż do wewnętrznego ogrodu, do rosarium, gdzie jedyny dziedzic władcy Skalmierza spoczywał uśpiony na poduszkach poplamionych winem. Ramieniem obejmował nagą śniadoskórą dziewczynę, córkę kapitana ze Szczeżupin, swoją najnowszą faworytę. Ale łoże było ogromne i w nogach, zwinięte w kłębek jak koty, spały dwie smukłe flecistki. Dziedzic doży lubił bawić się hucznie i aż do bladego świtu.
Żadne z nich nie poruszyło się, kiedy Lusztyk stał u wezgłowia, przyglądając się synowi swego władcy. Nie ocknęli się także, gdy powoli zdjął ramię chłopaka z jego szczeżupińskiej kochanki, a potem zacisnął smukłe palce dusiciela na jego szyi. Śpiewały ptaki i rosa lśniła na płatkach róż. Nikt mu nie przeszkodził.
Nikt też go nie zatrzymał, gdy wyszedł z rosarium i poprzez krużganki ruszył do południowego skrzydła pałacu, gdzie czekała kobieta, dla której poważył się na tę szaloną, nieroztropną eskapadę. Bez słowa pokazał jej kosmyk jasnych włosów. Rozpoznała je od razu. Ostatecznie była siostrą chłopaka, którego dla niej zamordował.
Potrząsnął głową, niezadowolony, że wspomnienia opadły go właśnie tej nocy.
– Nie zostawimy. Ale… – zawahał się. – Pozostaje rada, Złociszko. Wielu ludzi. Większość z nich nienawidzi twojego ojca.
Pierwszy raz nazwał ją po imieniu, lecz nic nie zauważyła. Zbyt pochłaniał ją ciąg wydarzeń, zapoczątkowanych na marmurowych schodach przed świątynią. Już dawno temu poznał tę przerażającą zdolność kobiet. Potrafiły dać się bez reszty owładnąć jednej myśli, pojedynczemu pragnieniu, które przesłaniało wszystkie inne.
Przypomniał sobie twarz kochanki, kiedy ojciec, stary, chytry doża, wyśmiał jej błagania i kazał iść precz. Nie będziemy dla ciebie, powiedział, ani dla twojej niewieściej zajadłości wikłać się w wojnę ze Zwajcami. Z kim niby mamy się swarzyć? Z ojcem twoich dzieci? I za co? Za to, że rozpustnie dzieliłaś z nim łoże przez długie lata, a nie potrafiłaś go skłonić, aby cię poślubił? Nie pomnę, abyś w szczęściu i dostatku wzywała ojcowskiej pomocy. Nie skomlij więc o nią w nieszczęściu. Dość, że nie zamknęliśmy cię w klasztorze, abyś przestała obnosić po dworze swój bezwstyd i hańbę. Ale nie śmiej więcej doradzać mądrzejszym od siebie. Bo mogę zmienić zdanie.
Lusztyk zastanawiał się później, czy właśnie wtedy, gdy ojciec upokorzył ją przed całym dworem i wielką radą dożów, uknuła ów szalony spisek, który doprowadził do śmierci jej brata. Ale i tak nie zdołała namówić ojca, aby zażądał od Suchywilka wydania jej synów, których teraz uważała za dziedziców Skalmierza. Stary doża był zbyt sprytny, by nie wyśledzić mocodawców mordu na własnym synu. Na wpół oszalały z rozpaczy, zamknął córkę w klasztorze na wyspie, a jej młodego kochanka z sekty dusicieli wypędził precz z państwa. Ale najpierw kazał połamać mu ręce.
Lusztyk z wysiłkiem skoncentrował się na słowach dziewczyny. Cokolwiek zamierzała, nie zdoła wiele zbójcom zaszkodzić. Jeszcze zanim zamknięto bramy, Chąśnik ukradkiem ruszył na północ, ku żalnickiej granicy, aby jak najszybciej zanieść zbójcy wieść o zamachu na Kościeja.
– Owszem – mówiła Złociszka. – Ale większość jest zbyt stara lub nazbyt strachliwa, aby nam przeszkodzić.
– Jesteś pewna?
Z góry jednak znał odpowiedź. Kobiety są zazwyczaj pewne swoich pragnień. Choćby tych najmniej roztropnych.
Wypędzono go ze Skalmierza zimą, po rytualnej chłoście przed siedzibą bractwa dusicieli – wciąż nosił na plecach jej ślady. Jakimś sposobem dowlókł się na żalnickie pogranicze, do klasztoru Jałmużnika. Ręce wygoiły się z czasem, choć kości trzeba było łamać jeszcze dwa razy i składać od nowa. Później doszedł do wniosku, że doża wyświadczył mu przysługę, choć nie umiał zgadnąć, czy stało się tak przypadkiem, czy stary władca istotnie umiał wykrzesać w sobie iskrę współczucia dla mordercy jedynego syna. Bo Lusztyk wiedział, że gdyby mógł, wyprawiłby się tamtej zimy do Skalmierza, aby uwolnić kochankę. Bez względu na wszystko.
Zastanawiał się czasem, czy błagała o litość, kiedy kapłani Sen Silvara od Wichrów obdarli ją z jedwabnych szat, przyodziali we włosiennicę i powlekli do ciasnej celi. Zapewne nie – ostatecznie była córką doży i kochanką zwajeckiego władcy. Może się spodziewała, że ojciec wybaczy jej z czasem. Nie wybaczył. Wypuszczono ją z klasztoru dopiero po śmierci jej ojca, kiedy wydawało się, że jej nienawiść się wypaliła. Nowy doża sądził pewnie, że porzucona zwajecka kochanka nikomu nie zdoła zaszkodzić. Oczywiście pomylił się.
Pozwolono jej zamieszkać na uboczu, w rodzinnej posiadłości nad brzegiem zatoki. W kilka miesięcy później właśnie stamtąd wyruszyła słynna pomorcka wyprawa. Jasna Sella zginęła. Uprowadzono jej córkę. Trzej synowie Suchywilka potopili się pomiędzy Żebrami Morza, nieświadomi, że usiłują odbić siostrę, którą porwała ich matka. Czwarty poszedł na wygnanie do pirackiej Skwarny. Po obu stronach Wewnętrznego Morza znano tę historię.
Lusztyk nie umiał rozstrzygnąć, czy powinien ją opowiedzieć tej jasnowłosej córce lichwiarza, który został bankierem i burmistrzem jednego z najpotężniejszych miast świata. Na swój sposób była bardzo niewinna. Nieskomplikowana. A on dorastał na najbardziej podstępnym dworze Krain Wewnętrznego Morza, wśród walk koterii, nieustannych spisków, pałacowych przewrotów i skrytobójstw. Wiedział wszystko o ścieżce, na której Złociszka stawiała właśnie pierwsze, nieudolne kroki.