Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
Ci, którzy mieszkali tuż przy murze miejskim, powtarzali jeszcze dziwniejsze opowieści. Oto o świcie bramy miasta nie otwarły się, jak było w zwyczaju. Na darmo przekupnie i wieśniacy krzyczeli donośnie z błonia przed miastem. Nikt im nie odpowiedział. Jakiś śmielszy garbarczyk z fabryczki nieopodal granicy miasta zastukał do bramy, w której gnieździli się pachołkowie, by zapytać grzecznie o powód owego dziwnego ospalstwa straży. Jednak w zakratowanym okienku w drzwiach pojawiła się obca gęba, z pewnością nienależąca do żadnego z miejskich drabów. Nieznajomy poradził uprzejmie wiergowskim mieszczanom, aby rozeszli się szybko do własnych spraw i nie niepokoili go niepotrzebnie, bo bramy pozostaną zamknięte. Chyba dla potwierdzenia jego słów, na szczycie wieży zaroiło się nagle od najemników ze zwajeckimi łukami. Wobec podobnego obrotu zdarzeń czeladnik uznał, że przyda mu się dzień wytchnienia od wyczerpującej pracy w garbarni, i umknął jak zając. Inni mieszczanie poszli w jego ślady. Tak na wszelki wypadek.
Tylko gospody były otwarte od bladego świtu. Właściciel oberży Pod Żółtym Psem nie kłopotał więcej zapasami piwa. Teraz gryzł się, jak by tu pomimo zamkniętych bram ściągnąć do miasta nowy transport trunku. Wiedział, że musi się spieszyć. Jeśli wrota nie zostaną otwarte, złodzieje i szmuglerzy rychło zaczną żądać fortuny za swoje usługi. A bogowie świadkami, że i w normalnych czasach słono sobie liczyli.
Ludzie pili ze strachu. Powiadano, że w mieście wybuchła jakaś straszliwa choroba, przywleczona przez złych ludzi aż z Żalników, gdzie, jak wszyscy wiedzieli, samozwańczy prorok Bad Bidmone zatruwał studnie i roznosił po wioskach zarazę. Inni z kolei gadali, że w jednym z okolicznych tartaków wybuchł bunt, wzniecony przez czeladników, którzy uciekli ze Spichrzy po zeszłorocznym krwawym karnawale. Ale najwięcej zwolenników miała inna pogłoska, podobno wydobyta podstępem ze spichrzańskich szpiegów, których kilku cnych obywateli przydybało w mieście i na torturach zmusiło do wyznania prawdy.
Podobno rajcy z magistratu znosili się skrycie z księciem Evorinthem i korzystając z wojennego zamętu, chcieli mu poddać miasto. Mieszczanie powtarzali tę wieść szeptem, potrząsając z niedowierzaniem głowami. Bo też istotnie trudno było uwierzyć. Książęce Wiergi od lat oganiały się przed spichrzańskimi zagonami jak potężny odyniec przed sforą psów. I nie po to łożono tak wiele na obronę, aby teraz bez żadnej walki po prostu otworzyć bramy przed najzacieklejszym nieprzyjacielem.
Ale musiał być też jakiś powód, że burmistrza Kościeja zabito – lub próbowano zabić – na stopniach świątyni, a rajcy powymierali w nocy jak rażeni gromem. Nikt jednak nie był pewien, jaki.
Nazwa Spichrzy przewijała się w plotkach bez końca. Ale nie było w tym nic dziwnego. W Książęcych Wiergach powszechnie wierzono, że książę Evorinth i jego miasto są przyczyną wszelkiego zła, włączywszy pomór bydła i gwałtowny spadek cen dziegciu.
Wszystko to sprawiało, że nawet poczciwi rzemieślnicy porzucili swoje warsztaty. Stali teraz pod wielką kamienicą z żółtego piaskowca, przemieszani z czeladnikami, biedotą i żebrakami, niespokojnie oglądając się na siebie. Nie umieli wytłumaczyć, dlaczego nie poszli pod ratusz, gdzie zwykle heroldowie obwieszczali wieści. Ale w jakiś sposób czuli, że to miejsce jest właściwsze. Jeśli burmistrz żyje, wyjdzie na ganek ponad bramą i przemówi do nich. Jeśli zaś nie żyje… Cóż, zawsze będzie wystarczająco wiele czasu, aby wybrać się pod ratusz.
Pomimo szczelnie zamkniętych okiennic Złociszce wydawało się, że z ulicy dobiega ją natarczywy, przyciszony poszum tłumu. Nie pozostało jej wiele czasu. Noc się skończyła i nic nie można było zmienić.
Usiadła na skraju łoża i ujęła rękę ojca. Nie poruszył się. Oczy miał zamknięte, a palce pozostały chłodne i bezwładne.
– Tatusiu – powiedziała, pochylając się nad nim nisko i nieświadomie przybierając ton małej dziewczynki. Nie mówiła do niego w ten sposób od lat. – Musisz się obudzić, tatusiu. Potrzebuję cię teraz. Bardzo cię potrzebuję…
Miała wrażenie, że jego powieki poruszyły się nieznacznie, ale może tylko zachybotał się płomień świecy. Jednak zanim zdążyła cokolwiek zrobić, drzwi otwarły się gwałtownie i do komnaty wpadł Cherchel, a za nim reszta zbójeckiej kompanii.
Bard był nieco potargany, płaszcz gdzieś w mieście zgubił, lecz uśmiechał się z zadowoleniem. Sposępniał prędko, gdy spojrzał na nieprzytomnego burmistrza.
– Nie ocknął się? – zafrasował się Wekiera. – I co teraz?
Złociszka odszukała wzrokiem Lusztyka. Dusiciel krótko skinął głową.
– Nic – odparła. – Wyjdę do nich.
– Czyś ty do cna zdurniała, dziewczyno? – Wekiera aż zatrząsł się z wściekłości. – Po co? Żeby dokończyli, co im się wczoraj nie udało? Rozszarpali cię na strzępy?
Dziewczyna gwałtownie odwróciła się ku niemu i wysyczała, odsłaniając zęby jak kotka:
– Gdyby wiergowski lud miał jedną szyję, ucięłabym ją z radością. Ale nie ma. Dlatego zrobię, co trzeba. Przekonam ich. Będę się łasić i płaszczyć, póki mi nie uwierzą.
– Pierwej cię zabiją!
Złociszka przypadła do niego w trzech krokach.
– Masz lepszy pomysł? – Złapała go za koszulę i szarpnęła z całej siły. – Bo jeśli nie masz, idź precz, bo na nic się nie przydasz.
Była oczywiście zbyt słaba i zbójca ani drgnął. Zdezorientowany, popatrzył na kamratów.
– Daj spokój, Wekiera. – Cherchel przetarł oczy. – Całą noc rozpuszczałem wieści i ktoś musi wyjść. Nie ja. A stary jak nieżywy leży.
– Zejdź mi z drogi – odezwała się cicho dziewczyna, nie kierując słów do żadnego z nich w szczególności. – Tracę czas.
– Niech weźmie chociaż paru pachołków – zaprotestował za jej plecami Wekiera.
– Po co? – spytał oschle Lusztyk. – W niczym jej nie pomogą. Nie przeciwko takiej ciżbie.
Więcej nie usłyszała.
Pachołkowie długo mozolili się ze sztabami, które w nocy założono na wrota. Miała wrażenie, że zwłóczą umyślnie, aby mogła jeszcze się rozmyślić i uciec na górę. Kiedy skończyli, siwowłosy Zwajca odprawił ich lekceważącym skinieniem.
– Twoi ludzie są na dachu, panienko – oznajmił poważnie. – Ale tak mi się zdaje, że nie na wiele się przydadzą.
Pomógł jej uchylić drzwi. Potem cofnął się szybko. Za plecami poczuła metalową płytę.
Szepty i pokrzykiwania przycichły, ale może było to jedynie złudzeniem, bo bicie jej własnego serca stało się nagle głośne jak dzwon i przyćmiło wszystkie dźwięki. Nie widziała twarzy, rozmyły się w wielką zamgloną plamę. Wydawało się jej jednak, że tłum odsunął się od niej nieznacznie, jakby przestraszony.
– Okłamano was – odezwała się cicho. Pamiętała, że ojciec nigdy nie podnosił głosu. Wciąż miała na sobie jego opończę. Materia była sztywna od zaschniętej krwi. – Mój ojciec żyje.
Zaskoczyła ich. Na krótko. To wystarczyło jednak, aby mgła rozwiała się nieco. Tuż przed sobą zobaczyła chudego wyrostka w wytartej płóciennej koszuli, upapranej dziegciem. Gapił się na nią szeroko rozwartymi oczami. Zupełnie jakby zobaczył zjawę.
– Mój ojciec odkrył spisek. Rajcy chcieli otworzyć bramy Wiergów przed spichrzańskim księciem. Dlatego próbowali go zabić. Ale im się nie udało.