Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 123 124 125 126 127 128 129 130 131 ... 156
Перейти на страницу:

Twardokęsek aż zaniemówił na ten widok. Nagle wszystko stało się jasne. Zbyt jasne, jak na jego potrzeby.

– Siadajcie. – Bez żadnych wstępów dziewczyna pokazała na krzesło u stołu, suto zastawionego jadłem. – I jedzcie, jeśli wola.

Twardokęsek potrząsnął głową. Głód minął mu bez śladu.

– Jak Kościej? – spytał sucho.

Nie zamierzał czynić jej wyrzutów, choć pozwoliła mu klepać się po tyłku i wierzyć, że jest służącą. Zabawiła się jego kosztem, i starczy. Teraz były rzeczy ważniejsze od dziewczęcych igraszek.

– Źle – odparła. Głos miała spokojny i pewny. – Doktor wyciągnął bełt, ale wciąż nie wiemy, czy ojciec wyżyje.

– Przytomny?

– Nie dość, aby rządzić miastem.

– Tedy kto rządzi?

Córka Kościeja podniosła głowę i odrzuciła z twarzy włosy. Zobaczył, że na policzku ma świeżą ranę.

– Ja – odpowiedziała, patrząc mu prosto w oczy. – Inaczej byśmy nie mówili z sobą. Spaliliby mnie dziesięć dni temu.

Postanowił, że jednak usiądzie. Czasami światu łatwiej stawić czoło na siedząco. Zwłaszcza jeśli przez ostatnie pięć dni obijało się zadek w końskim siodle na wszelkich możliwych wertepach żalnickiego pogranicza.

– Na ratuszu stary Rybarz burmistrzuje – ciągnęła dziewczyna. – Ale on tyle rozumie, że mu owoce w cukrze do gęby kładą, jak na balkon wyjdzie i pospólstwo pozdrowi. A lubi słodkie, grzyb stary. Reszta rajców ze strachu ani piśnie słowo. Boją się, że i ich świątobliwa panienka we śnie wydusi. – Uśmiechnęła się drapieżnie. – Ona albo inne licho.

– A ci ludzie na murach?

– Ojcu mojemu służą. – Wzruszyła ramionami. – To najemnicy, wyszkoleni i zwerbowani za nasze pieniądze. Mieli go wspomóc w walce z miejską radą. Jeno że rajcy zawczasu plan odgadli i ojca spróbowali ubić. Prawie im się udało.

Twardokęsek ze zdumienia pokręcił głową.

– Kościej nic mi nie mówił o nijakim planie.

– A czemużby miał mówić? – Spojrzała spod oka, z drwiną. – To nasze sprawy. Wiergowskie.

Zbójcą z lekka zatrzęsło na podobne dictum.

– Bośmy umyślili pospołu złupić rdestnicki skarbiec! – wypalił ze złością. – Zresztą dobrze wiesz, panna, jaka była umowa, bo na tymże stołku siedziałaś, kiedyśmy nad nią radzili. Więc nie dziw się teraz i nie przewracaj oczkami. Zdałoby się raczej przeprosić, jeśli z waszej winy cały kapłański majątek przejdzie nam przed nosem.

– Z naszej winy? – Nieznacznie uniosła brew.

Jej spokój jeszcze bardziej rozjuszył zbójcę.

– A co ci się zdaje? – spytał z przekąsem. – Żem się tutaj z sąsiedzką wizytą wybrał?

Dziewczyna dokończyła ścieg, po czym przegryzła nitkę. Wbiła igłę w robótkę i odłożyła ją starannie na mały stoliczek.

– Tedy o pomoc mnie prosicie?

Twardokęsek zacisnął zęby. Córka Kościeja była nad wyraz irytująca i stanowczo zbyt bezczelna jak na swoje lata. Przypomniały mu się z nagła krzyki gwałconych na trakcie mieszczanek. Naprawdę, niektóre rzeczy należały do przyrodzonego porządku świata. I powinny pozostać niezmienne.

– Spodziewałam się tego. – Dziewczyna wciąż nie okazywała zakłopotania. – Prędzej czy później Koźlarz musiał zacząć szukać sojuszników. Choćby w Książęcych Wiergach, pomiędzy chamami.

Wreszcie mógł ją czymś zaskoczyć.

– Mylisz się, dziewczyno. Koźlarza nie ma w Żalnikach – oznajmił z przekąsem. – Zostałem tylko ja.

– Kiedy wróci? – Córka burmistrza nie była zdumiona.

Twardokęsek obiecał sobie, że rychło się rozmówi z kamratami. Widać zdrowo kłapali gębami i odpłynięcie księcia nie było już w Wiergach tajemnicą.

– Skądże mnie, prostemu zbójcy, wiedzieć? – zadrwił.

Nic nie odpowiedziała. Po prostu patrzyła, póki wesołość nie przeszła mu ze szczętem.

– Naprawdę nie wiem – burknął, zły teraz również na siebie, bo przecież nie musiał się tłumaczyć przed smarkulą. – Razem z Szarką i zwajeckim kniaziem popłynął rokować z Warkiem i ślad po nich zaginął. Karzeł powiada, że nieprędko wrócą.

– Karzeł?

Umknął w bok spojrzeniem. Nie był wciąż gotowy, aby wszem i wobec ogłaszać, że od roku wędruje w kompanii jednego z bogów Krain Wewnętrznego Morza, a nawet mu kilka razy grzbiet wymłócił.

– Nasz wieszczek – objaśnił, modląc się w duchu, żeby nie wypytywała go więcej.

Nie wypytywała. Skinęła tylko głową.

– A Wężymord ruszył albo zaraz ruszy na Lipnicki Półwysep – skonstatowała w zamyśleniu. – Tedy bardziej jeszcze potrzebujecie pomocy. Mojej pomocy.

Była doprawdy irytująca, raz po raz powtarzając to słowo.

– Jeno tak mi się zdaje, dziewczyno, że wnet sama możesz o pomoc piszczeć – odparł zgryźliwie. – Niech spostrzegą się rajcy, że z ozdrowieniem Kościeja jest wątpliwa sprawa, a nie pozwolą, aby ich dłużej wodziła za nos jedna niedorosła koza. Nie masz takiego porządku w Krainach Wewnętrznego Morza, że panny państwami rządzą. Obwieszą cię na gruszy albo do klasztoru wsadzą. I będą tak długo w ciemnicy trzymać, póki nie zdurniejesz, jak, nie przymierzając, wasza świątobliwa panienka.

– Tego nie zrobią. – Złociszka uśmiechnęła się nieznacznie. – Zresztą książęta Przerwanki nie dopuszczą, aby im pod bokiem druga podobna wyrosła. Prędzej zabiją.

Zbójca przymrużył oczy. Nie podobało mu się to, wcale nie. Dziewka była zanadto spokojna, jakby z dawna miała tę pogwarkę ułożoną w głowie. I nie zatrwożyła się należycie groźbą prędkiej śmierci.

– Albo i nie. – Dziewczyna spoglądała na niego w zamyśleniu, obracając w dłoniach rąbek fartuszka. – Jeśli się za mąż wydam. Za kogoś dość potężnego, by rajców przerazić i do mordu na żonie zniechęcić.

Skinął głową. Panna nie była całkiem głupia, skoro tak prędko zrozumiała, że się samojedna nie uchowa wśród tej wściekłej wiergowskiej czeredy.

– Zamyślasz o kimś szczególnym? – zapytał nie bez ciekawości, bo dziedzic Kościeja mógł niezgorzej zaważyć na jego planach.

– O tak. – Znów uśmiechnęła się dziwnie. – Bardzo szczególnym.

Zbójca zmełł w zębach przekleństwo. Nie miał wielkiej eksperiencji w rozmowach z mieszczańskimi pannicami, ale coś mu mówiło, że dziewka bawi się jego kosztem. Choć doprawdy nie rozumiał, dlaczego.

– Któregoś z rady? – naciskał.

– Nie. – Złociszka spoważniała na chwilę. – Nie wyznajecie się w naszej wiergowskiej polityce, tedy was objaśnię. Ze stronnictwa Kurdybana nie ostała się żywa noga, ale są jeszcze inne stronnictwa, które wiele znaczą. Cztery rody z dawien dawna walczą ze sobą, a tak zajadłe, że wolały obwołać burmistrzem mojego ojca, niźli jednego ze swoich na godność wynieść. Sądzę, że potem musieli bardzo żałować! – Roześmiała się sucho. – Ale poniewczasie. Ojciec był surowy. Przyznaję, że nie kochano go w murowanych kamienicach przy Długim Targu, lecz o pospolitego człowieka dobrze dbać potrafił. Nie chełpił się bogactwem, nie wynosił nad innych. I pospolity człowiek pamięta.

– Tenże sam, który go pod świątynią nieomal rozerwał na sztuki? – Zbójca skrzywił się. – Osobliwa wdzięczność.

– Pospolity człek ma pojemną pamięć. – Wzruszyła ramionami. – I łatwo się daje kupić. Ale jak zarazy boi się księcia Evorintha, jego Servenedyjek i kapłanów w białych szatach. A teraz wierzy, że rajcy próbowali go wydać na pastwę spichrzańskiemu władcy, czego dowiódł gniew naszej świątobliwej panienki, która własną ręką cudownie pokarała zdrajców. Był taki moment, kiedy wystarczyło dać znać, a tłum rozniósłby rajców na strzępy w karze za zbrodnie – i te prawdziwe, i te wymyślone. Więc panowie się boją. I słusznie.

1 ... 123 124 125 126 127 128 129 130 131 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)