Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 116 117 118 119 120 121 122 123 124 ... 156
Перейти на страницу:

Kiedy dziewczyna postawiła przed nim jadło, bard brzdęknął głośniej na luteńce i skinieniem głowy podziękował za poczęstunek. Nie jadł jednak. I nie był z Książęcych Wiergów. Gospodarz nigdy wcześniej go nie widział.

– Skąd jesteście? – zagadnął.

Bard uśmiechnął się.

– Ze Spichrzy – odparł chrapliwym, lecz pięknie modulowanym głosem.

Wśród zacnych wiergowskich mieszczan ozwały się zdumione szepty. Ostatnimi czasy do miasta rzadko zaglądali goście ze Spichrzy. Ale jeśli już przybyli, nie chwalili się tym butnie.

– I tak się bez wstydu opowiadacie? – oberżysta nie zapanował nad zdumieniem.

– A czegóż tu się wstydzić? – Bard wzruszył ramionami. – Ja jeno piosnki śpiewam, ludziom wesołość niosę. Co w tym dziwnego, że ze Spichrzy przychodzę? Wnet nas tutaj więcej przybędzie, z samym jaśnie księciem panem na czele. Toście nas sami zaprosili…

– Że co?! – Szewc Ożówca tak walnął kubkiem w stół, że aż piwo obryzgało jego sąsiadów. – Że jak niby? Was? Do Wiergów?

– A juści – odparł ze spokojem Spichrzanin. – Wojna wielka w Żalnikach nastanie. Gdy zaczną wolne zaciągi okolicę pustoszyć, aż tutaj może się zawierucha donieść. Tedy wasi rajcy naszego księcia o pomoc i obronę poprosili. Bardzo rozumnie.

Tym razem nikt z gości się nie odezwał. Kłamstwo było tak bezczelne, że mieszczanie tylko popatrywali na siebie w milczeniu. Gospodarz tymczasem przeklinał własną głupotę. Nie należało w ogóle rozpoczynać pogawędki. Od podobnych słów łatwo mogło przyjść do bitki, a każdy oberżysta wie, że od bitki dobytek niszczeje.

– Jeno burmistrz się czemuś z owym rozumnym pomysłem nie zgadzał – ciągnął pieśniarz, niezrażony wrogim milczeniem. – Pewnikiem dlatego, że sam się chciał w mieście na dobre rozpanoszyć. No, ale dobrzy rajcy i ten problem potrafili rozwiązać. Za głośno burmistrz szczekał? To martwy nie poszczeka więcej. – Potoczył wokół wzrokiem.

Nikt mu nie odpowiedział. W gospodzie zaległa grobowa cisza.

– Ech, coście tak, zacni wiergowscy mieszczanie, zamilkli? – rzucił kpiąco minstrel, po czym powstał ze swego stołka i ruszył ku wyjściu. Luteńkę trzymał za gryf i niósł przed sobą jak pałkę. – Nosy zwieszone na kwintę, humory zwarzone ze szczętem, jak na pogrzebie. A trzeba się raczej radować. Nadchodzi dla was czas bezpieczności i dobrobytu pod spichrzańskim panowaniem.

W tej jednej chwili oberżysta docenił nagle zalety swojej niekochanej synowej. Szewc Ożówca już się bowiem podnosił z baranią kością w ręku, aby zdzielić bezczelnego barda w łeb, kiedy posługaczka wczepiła się w niego i całym ciężarem zawisła mu na ramieniu. Zdezorientowany rzemieślnik zachwiał się i klapnął na siedzenie, pociągając za sobą dziewczynę. Ta zapiszczała przeraźliwie i zaczęła się niezdarnie gramolić z polepy. Upuszczone miski potoczyły się pomiędzy stołami.

W zamieszaniu nikt nie spostrzegł, jak bard wymknął się na ulicę. Ale przed świtem całe miasto wiedziało już o spisku, który panowie rajcy uknuli pospołu ze spichrzańskim księciem.

* * *

W sypialni Kościeja paliła się pojedyncza świeczka. Doktor wyjął szyp z piersi burmistrza, choć zrazu wzdragał się wielce przed operacją i dopiero kiedy Chąśnik przyłożył mu ostrze do gardzieli, grzecznie rozłożył chirurgiczne narzędzia i przystąpił do pracy. Ku jego wielkiemu zaskoczeniu, Kościej przeżył. Medyk nadal nie dawał nadziei, że doczeka świtu, lecz po tym, jak doktora obito na dziedzińcu za czarnowidztwo, nie obnosił się więcej ze swoją profesjonalną opinią.

Dziewczyna stała w głębi komnaty, przy wysokim pulpicie. Płomień świecy oświetlał od dołu jej twarz i wyostrzał rysy. Nie odwróciła się, kiedy drzwi uchyliły się z cichym skrzypem.

Stara piastunka wsunęła się bezszelestnie do alkierza. Starała się nie spoglądać ku łóżku Kościeja, ale zasłony były rozsunięte i nawet w blasku pojedynczej świeczki nie dało się przeoczyć plam krwi na prześcieradłach. Westchnęła, czyniąc w duchu ślubowanie, że będzie suszyć w intencji ozdrowienia lichwiarza przez bite dwie niedziele, i poczłapała dalej. W rękach trzymała ciężką srebrną tacę z wazą zupy i półmiskiem faszerowanej kaczki.

– Zjedz coś, Złotko – powiedziała, stawiając tacę na skraju stołu.

Z kuchni było daleko i ramiona jej omdlały od ciężaru, ale posługaczki bały się zajrzeć do alkierza. Panienkę uwięziono, szeptano z trwogą w czeladnej, nasłuchując wrzasków batożonego medyka. Dom był zamknięty na głucho, pełen zbrojnych. Służbę spędzono do kilku izb przy kuchni i najemnicy pilnowali, aby nikt nie oddalał się bez potrzeby. Kiedy jeden z chłopców stajennych, zestrachany dzieciak, co ledwie od ziemi odrósł, próbował się wymknąć do domu, nowo przybyli zastrzelili go po prostu z łuku. Bez ostrzeżenia. Jak zająca. A potem kazali stajennym rzucić trupa do kompostownika.

Zbrojnymi nie byli bynajmniej Zwajcy, najęci przez wielmożnego Kościeja do obrony majątku, tylko zupełnie nowe zbiry. Niańka od razu rozpoznała w nich hałastrę, z którą jaśnie panienka przestawała, odkąd na dobre opętał ją alchemik. Stara nie miała jednak wiele do powiedzenia. W istocie musiała długo przekonywać kolejnego bandziora, jednego z kamratów Twardokęska, których jeszcze zimą ściągnął do Wiergów wielmożny Kościej, aby dopuścił ją do biednej panienki.

Piastunka podejrzewała, że zbójcy przemocą trzymają dziewczynę w strzeżonej komnacie. Ale Złociszka była sama. Pośrodku wielkiej ojcowskiej sypialni wydawała się szczuplutka i bezbronna. Niańka ledwie stłumiła okrzyk przerażenia, gdy dostrzegła jej zmasakrowaną twarz, porozrywane płatki uszu i bose stopy, które wystawały spod ojcowskiej opończy.

Piastunka miała ochotę podejść do niej i przygarnąć tę sztywno wyprostowaną dziewczynę, utulić ją i ukołysać, aż wreszcie z jej twarzy zniknie dziwne napięcie, które przywodziło na myśl pośmiertne maski. Ale nie śmiała. Przez ostatnie tygodnie Złociszka oddalała się od niej coraz bardziej. Teraz dziewczyna też nie podniosła nawet głowy. Wciąż pochylała się nad pulpitem, pisząc coś na skrawku pergaminu.

– Trzeba się posilić, Złotko – spróbowała ponownie niańka. – Ojcu nie pomożesz, jeno własne zdrowie nadwątlisz.

– Zostaw mnie – poprosiła cicho dziewczyna. – Nie mogę jeść.

Piastunka nie zniechęcała się jednak. Ze Złociszką zawsze tak było: zrazu krzywiła się i burczała, w końcu jednak dawała sobie wytłumaczyć, co dla niej dobre.

– Świeży rosołek – ciągnęła, jakby nie dosłyszała sprzeciwu. Podniosła wieko wazy i napełniła miskę. – Sama uwarzyłam – dodała zachęcająco. – Powąchaj, Złotko, jak pachnie.

– Nie będę jadła – odparła dziewczyna. Jej głos był napięty, zduszony, jakby z mozołem powstrzymywała krzyk. – Idź stąd, nianiu. Nie mam czasu. Przeszkadzasz mi.

Staruszka pokręciła głową. Złociszka była uparta i nierozsądna jak zwykle.

– Położyć ci się trzeba – podjęła zrzędliwie. – Przespać się, wypocząć. A prędzej z brudu się obmyć, krew z siebie spłukać. Przyodziać się należycie. Nie uchodzi, żeby przez tyle godzin półnago łazić, jak jaka ladacznica. A jutro wszystko będzie lepiej, zobaczysz – mówiła dalej, nalewając do srebrnego pucharka grzanego wina. Zaprawiła je mocno makowym wywarem i dodała korzeni, które stłumią smak. Wystarczy, pomyślała, aby biedactwo wypiło pół dzbanka, a będzie spała jak dziecko. Aż do rana. – Ojciec się może ocknie. A jeśli nie wydobrzeje, zdałoby się kogoś na pomoc wezwać, co cię opieką otoczy i radą wesprze. Ot, choćby rajcę Kurdybana. Wciąż ma do ciebie słabość, choć nie potraktowałaś go najładniej, gołąbeczko, oj nie… – Pokiwała z wyrzutem głową, wspominając, jak to dziewczyna kazała rajcy pół dnia w świetlicy czekać, kiedy z konkurami przyszedł, i w końcu nie zeszła do niego. – Ale jeśli mu do nóg padniesz i o ratunek pokornie poprosisz, nie opuści cię, sieroty biednej, nie poniecha w potrzebie…

1 ... 116 117 118 119 120 121 122 123 124 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)