Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 156
Перейти на страницу:

– Powiadacie tedy, że rajcy miasto zamknęli? – zagaił, zaciągając mocno w chłopskim narzeczu Gór Żmijowych, bo nie chciał, aby w nim rozpoznano obcego. – Dla jakiej niby przyczyny?

– A kto by tam inny? – Niewiasta odęła wargi, jakby poczuła w gębie coś wielce paskudnego. – Przecie nie porządny człowiek, co się pracą trudzi i czasu nie ma na politykowanie. Bo kto teraz dojdzie, czy rajce spisek uknuły, coby burmistrza ubić, czy na odwrót zgoła? Obojętne zresztą. Nam, biednym, wciąż wiatr w oczy wieje.

– Burmistrz ubity? – Twardokęsek udał grozę, choć od dobrych pięciu dni wiedział o wiergowskim nieszczęściu i gryzł się nim okrutnie. – Przebóg, to co z nami będzie?

– Ubity, nie ubity – wzruszyła ramionami, okrytymi burą wełnianą chustą – i tak jednako. Towar nam zmarnieje i na żebry pójdziem.

– Przestańże wreszcie jęczeć, babo samolubna! – ofuknął ją dziadek. – Wróg na nas dybie okrutny, a ta jeno o kapuście gada i nad rzepą płacze. Prawda, że niewygoda, odkąd miasto zamknęli. Ale gdyby nie dobry burmistrz, już byśmy pod spichrzańskim jarzmem zginali grzbiety.

– Co też powiecie? – odezwał się zbójca widząc, że kobieta nabiera tchu, by wygłosić kolejną tyradę. – Spichrzański książę?

– A juści – przytaknął nie bez satysfakcji szczerbaty. – Rajca Kurdyban, ścierwo, takie plugastwo umyślił, że miasto chciał książęciu za złote floreny sprzedać.

– Nie może być! – wykrzyknął z przejęciem Twardokęsek. – A to psia jucha!

– Może, może – rzekła flegmatycznie jejmość na wozie z kapustą, w której niechęć do rajców widać przeważyła nad żałością w obliczu gnijącego dobytku. – Wszyscy oni jednacy.

Szczerbaty dziadek pogładził się po brzuchu, mile ujęty poparciem, i ciągnął dalej:

– Dobrego naszego burmistrza z łuczyska próbował ustrzelić, wykładacie sobie? I gdzie jeszcze? Na samych schodach świątyni, kiedy z nabożeństwa ludzie wychodzili, które post kończy. Ot, świętokradca plugawy! – Splunął z obrzydzeniem i przydeptał plwocinę tak energicznie, jakby to była głowa nieszczęsnego bluźniercy. – No, ale pokarała go świątobliwa panienka za zniewagę! Jego i resztę zdrajców pospołu. Dotknęła ich swoim palcem jeszcze tej samej nocy. Co do jednego zdechli, plugawcy.

– A Kurdyban to przed samym jej obrazem ducha wyzionął – wtrąciła znów przekupka. – Pewnikiem ze strachu, jak mu się błogosławiona panienka pokazała. I klejmo miał ponoć wypalone, co nim pod ratuszem zdrajców kaźnią.

– Znak, nieludzką ręką wybity! Księżniczki naszej kara! – wrzasnął dziadek, po czym nabożnie pokłonił się po trzykroć, bo tak w Książęcych Wiergach pospólstwo czciło swoją patronkę. Wyprostował się jednak szybko. Nie chciał, aby ktoś dokończył za niego opowieść. – Bo to, rozumiecie, drzwi były na skoble od środka zamknięte i cała kamienica pod strażą. Rodzina go chyłkiem pochować próbowała, ale hyr już po narodzie poszedł o zdradzie owej niecnej. Porwali się dobrzy ludkowie, bramę wyważyli i trupa na majdan wynieśli. I wnet się całe Kurdybana łajdactwo potwierdziło…

– Kto tedy w mieście władzę trzyma, skoro rajcy z woli świątobliwej panienki wyginęli? – spytał zbójca starannie ważąc słowa, aby tamci nie poznali, jak bardzo mu zależy na odpowiedzi.

– Ano, ostało się kilku zacnych panów. – Dziadek poskrobał się z namysłem po brodzie. – Na przykład stary Rybarz, co niegdyś radzie przewodził. On ninie klucze od miasta dzierży i pieczę nad porządkiem sprawuje, z pomocnikami kilkoma poczciwymi, co ich sobie spomiędzy mieszczan dobrał. Szlachetny jest starzec, tedy wzdragał się pono przed owym obowiązkiem, na głowę swą siwą wskazując, w wiergowskiej służbie steraną. Ale kiedy padła mu do nóg Złociszka, burmistrza naszego Kościeja córa jedyna, i ze łzami go prosić zaczęła, aby się nad jej sieroctwem ulitował i pod opiekę wziął, póki ojciec nie wydobrzeje…

– Tedy Kościej żyje?! – wrzasnął zadziwiony Twardokęsek i z uciechy aż uderzył się po udach. – A niech go czarci wezmą, starego łajdaka!

Mieszczanie popatrzyli na niego ze zdumieniem. Widać nie przywykli, aby równie otwarcie przyzywano złego.

– Wybaczcie, cni obywatele – jął się sumitować zbójca. – Z radości mi się wypsnęło. Bo jużem myślał, że naszego dobrego Kościeja dia… Znaczy, rzec chciałem, że zamordowali go rajcy.

– E, nie wiedzieć jeszcze, na czyje się obróci – oświadczyła z powątpiewaniem jejmość.

Dobyła z kobiałki kawałek zeschłego czarnego chleba i żuła go właśnie z ukontentowaniem, pogryzając przywiędłym porem. Zbójcy na ten widok donośnie zaburczało w brzuchu. Tak się do Wiergów spieszył, że nie popasał nawet w gospodach przy trakcie. Liczył, że w domostwie Kościeja nażre się wreszcie do woli.

– Burmistrz w gorętwie dziesiąty dzień leży – ciągnęła. – Z początku jeszcze pono większą nadzieję dawali medycy na jego ozdrowienie. Ale teraz coś wody w gęby nabrali. Jego dzierlatka, Złociszka, całe dnie w świątyni leży, o litość nad ojcem księżniczkę błagając.

Zbójca zmarszczył brwi. Za nic nie umiał sobie przypomnieć, aby Kościej miał córkę. Ale może był roztropny i w zamknięciu ją trzymał. Mieszczanie często tak czynili w obawie, by im ktoś dziewek przed zamążpójściem nie popsował.

– Co jest akuratnie ta rzecz, którą zacna córka czynić powinna – rzekł z namaszczeniem stary. – Sami zobaczycie, jak na was choroba przyjdzie. Zresztą może i wcześniej… Cały czas się dziwię, że sami z tą kapustą w szczerym polu stoicie. Syna nie macie, aby was w robocie wspomógł?

Trafił widać celnie, bo niewiasta posiniała na twarzy. Zbójca wtrącił się szybko, chcąc zażegnać sprzeczkę.

– Nie mogę wyjść z zadziwienia, jak dobrze wszystko wiecie, co się w mieście dzieje. Z pachołkami gadacie? Może gdzie u furtki trafiłby się i taki, który by zdrożonego wędrowca za mury wpuścił… – Znacząco potrząsnął sakiewką. – Grosza nie poskąpię temu, kto drogę wskaże.

Staruch i babina wybuchnęli zgodnym rechotem. Dobrą chwilę rżeli i pokładali się ze śmiechu. Zbójca z kwaśną miną czekał, aż się uspokoją.

– Wam się zdaje, że my tu od dziesięciu dni dupą kamienie grzejemy? – Przekupka zlitowała się pierwsza i otarła załzawione oczy. – Nie bądźcież durni. Zawsze koło południa otwierają bramę. Na krótko, tedy trzeba czekać, bo jak się kto nie dopcha, to nie wpuszczą, ścierwa.

– A tą sakiewką nie machajcie zbyt jawnie – doradził mu jeszcze dziadek – bo psubraty okrutne na bramie stoją. Nie poczciwi strażnicy, co ratuszowym służyli, ale nowy zaciąg. Podobnoż go sam Kościej sprowadził dla obrony przed Spichrzą. I może są w boju straszliwi, ale złodzieje też straszne. Wnet wam grosiwo zabiorą i jeszcze gnaty obiją.

Twardokęsek wymamrotał kilka słów podziękowania i odsunął się na bok, aby przeżuć wiergowskie nowiny. Grunt, że Kościej żył, choć zbójca lękał się trochę rozmowy z jego dziedziczką. Zbójeckie doświadczenia z młodymi mieszczankami były dość jednostronne. Przeważnie strasznie się darły, kiedy się je po napadzie obdarło z rozmaitych szmatek i próbowało obrócić na pospólny pożytek. Szlachcianki były rozsądniejsze – a w każdym razie mniej wrzaskliwe.

* * *

Jednak ta mieszczanka nie wrzeszczała. Wbrew zapewnieniom przekupni, koczujących pod bramami, nie leżała również przed figurą świątobliwej panienki. Kiedy Twardokęsek wreszcie zdołał się przedrzeć przez miasto i przekonać drabów na sieni, że jest z dawien oczekiwanym gościem, znalazł Złociszkę w tej samej małej komnacie, gdzie kiedyś Kościej wyłuszczył mu po raz pierwszy plan zagrabienia rdestnickiego skarbczyka. I jak wówczas siedziała przy niskim stoliczku z tamborkiem w ręku.

1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)