Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
– Powiadacie tedy, że rajcy miasto zamknęli? – zagaił, zaciągając mocno w chłopskim narzeczu Gór Żmijowych, bo nie chciał, aby w nim rozpoznano obcego. – Dla jakiej niby przyczyny?
– A kto by tam inny? – Niewiasta odęła wargi, jakby poczuła w gębie coś wielce paskudnego. – Przecie nie porządny człowiek, co się pracą trudzi i czasu nie ma na politykowanie. Bo kto teraz dojdzie, czy rajce spisek uknuły, coby burmistrza ubić, czy na odwrót zgoła? Obojętne zresztą. Nam, biednym, wciąż wiatr w oczy wieje.
– Burmistrz ubity? – Twardokęsek udał grozę, choć od dobrych pięciu dni wiedział o wiergowskim nieszczęściu i gryzł się nim okrutnie. – Przebóg, to co z nami będzie?
– Ubity, nie ubity – wzruszyła ramionami, okrytymi burą wełnianą chustą – i tak jednako. Towar nam zmarnieje i na żebry pójdziem.
– Przestańże wreszcie jęczeć, babo samolubna! – ofuknął ją dziadek. – Wróg na nas dybie okrutny, a ta jeno o kapuście gada i nad rzepą płacze. Prawda, że niewygoda, odkąd miasto zamknęli. Ale gdyby nie dobry burmistrz, już byśmy pod spichrzańskim jarzmem zginali grzbiety.
– Co też powiecie? – odezwał się zbójca widząc, że kobieta nabiera tchu, by wygłosić kolejną tyradę. – Spichrzański książę?
– A juści – przytaknął nie bez satysfakcji szczerbaty. – Rajca Kurdyban, ścierwo, takie plugastwo umyślił, że miasto chciał książęciu za złote floreny sprzedać.
– Nie może być! – wykrzyknął z przejęciem Twardokęsek. – A to psia jucha!
– Może, może – rzekła flegmatycznie jejmość na wozie z kapustą, w której niechęć do rajców widać przeważyła nad żałością w obliczu gnijącego dobytku. – Wszyscy oni jednacy.
Szczerbaty dziadek pogładził się po brzuchu, mile ujęty poparciem, i ciągnął dalej:
– Dobrego naszego burmistrza z łuczyska próbował ustrzelić, wykładacie sobie? I gdzie jeszcze? Na samych schodach świątyni, kiedy z nabożeństwa ludzie wychodzili, które post kończy. Ot, świętokradca plugawy! – Splunął z obrzydzeniem i przydeptał plwocinę tak energicznie, jakby to była głowa nieszczęsnego bluźniercy. – No, ale pokarała go świątobliwa panienka za zniewagę! Jego i resztę zdrajców pospołu. Dotknęła ich swoim palcem jeszcze tej samej nocy. Co do jednego zdechli, plugawcy.
– A Kurdyban to przed samym jej obrazem ducha wyzionął – wtrąciła znów przekupka. – Pewnikiem ze strachu, jak mu się błogosławiona panienka pokazała. I klejmo miał ponoć wypalone, co nim pod ratuszem zdrajców kaźnią.
– Znak, nieludzką ręką wybity! Księżniczki naszej kara! – wrzasnął dziadek, po czym nabożnie pokłonił się po trzykroć, bo tak w Książęcych Wiergach pospólstwo czciło swoją patronkę. Wyprostował się jednak szybko. Nie chciał, aby ktoś dokończył za niego opowieść. – Bo to, rozumiecie, drzwi były na skoble od środka zamknięte i cała kamienica pod strażą. Rodzina go chyłkiem pochować próbowała, ale hyr już po narodzie poszedł o zdradzie owej niecnej. Porwali się dobrzy ludkowie, bramę wyważyli i trupa na majdan wynieśli. I wnet się całe Kurdybana łajdactwo potwierdziło…
– Kto tedy w mieście władzę trzyma, skoro rajcy z woli świątobliwej panienki wyginęli? – spytał zbójca starannie ważąc słowa, aby tamci nie poznali, jak bardzo mu zależy na odpowiedzi.
– Ano, ostało się kilku zacnych panów. – Dziadek poskrobał się z namysłem po brodzie. – Na przykład stary Rybarz, co niegdyś radzie przewodził. On ninie klucze od miasta dzierży i pieczę nad porządkiem sprawuje, z pomocnikami kilkoma poczciwymi, co ich sobie spomiędzy mieszczan dobrał. Szlachetny jest starzec, tedy wzdragał się pono przed owym obowiązkiem, na głowę swą siwą wskazując, w wiergowskiej służbie steraną. Ale kiedy padła mu do nóg Złociszka, burmistrza naszego Kościeja córa jedyna, i ze łzami go prosić zaczęła, aby się nad jej sieroctwem ulitował i pod opiekę wziął, póki ojciec nie wydobrzeje…
– Tedy Kościej żyje?! – wrzasnął zadziwiony Twardokęsek i z uciechy aż uderzył się po udach. – A niech go czarci wezmą, starego łajdaka!
Mieszczanie popatrzyli na niego ze zdumieniem. Widać nie przywykli, aby równie otwarcie przyzywano złego.
– Wybaczcie, cni obywatele – jął się sumitować zbójca. – Z radości mi się wypsnęło. Bo jużem myślał, że naszego dobrego Kościeja dia… Znaczy, rzec chciałem, że zamordowali go rajcy.
– E, nie wiedzieć jeszcze, na czyje się obróci – oświadczyła z powątpiewaniem jejmość.
Dobyła z kobiałki kawałek zeschłego czarnego chleba i żuła go właśnie z ukontentowaniem, pogryzając przywiędłym porem. Zbójcy na ten widok donośnie zaburczało w brzuchu. Tak się do Wiergów spieszył, że nie popasał nawet w gospodach przy trakcie. Liczył, że w domostwie Kościeja nażre się wreszcie do woli.
– Burmistrz w gorętwie dziesiąty dzień leży – ciągnęła. – Z początku jeszcze pono większą nadzieję dawali medycy na jego ozdrowienie. Ale teraz coś wody w gęby nabrali. Jego dzierlatka, Złociszka, całe dnie w świątyni leży, o litość nad ojcem księżniczkę błagając.
Zbójca zmarszczył brwi. Za nic nie umiał sobie przypomnieć, aby Kościej miał córkę. Ale może był roztropny i w zamknięciu ją trzymał. Mieszczanie często tak czynili w obawie, by im ktoś dziewek przed zamążpójściem nie popsował.
– Co jest akuratnie ta rzecz, którą zacna córka czynić powinna – rzekł z namaszczeniem stary. – Sami zobaczycie, jak na was choroba przyjdzie. Zresztą może i wcześniej… Cały czas się dziwię, że sami z tą kapustą w szczerym polu stoicie. Syna nie macie, aby was w robocie wspomógł?
Trafił widać celnie, bo niewiasta posiniała na twarzy. Zbójca wtrącił się szybko, chcąc zażegnać sprzeczkę.
– Nie mogę wyjść z zadziwienia, jak dobrze wszystko wiecie, co się w mieście dzieje. Z pachołkami gadacie? Może gdzie u furtki trafiłby się i taki, który by zdrożonego wędrowca za mury wpuścił… – Znacząco potrząsnął sakiewką. – Grosza nie poskąpię temu, kto drogę wskaże.
Staruch i babina wybuchnęli zgodnym rechotem. Dobrą chwilę rżeli i pokładali się ze śmiechu. Zbójca z kwaśną miną czekał, aż się uspokoją.
– Wam się zdaje, że my tu od dziesięciu dni dupą kamienie grzejemy? – Przekupka zlitowała się pierwsza i otarła załzawione oczy. – Nie bądźcież durni. Zawsze koło południa otwierają bramę. Na krótko, tedy trzeba czekać, bo jak się kto nie dopcha, to nie wpuszczą, ścierwa.
– A tą sakiewką nie machajcie zbyt jawnie – doradził mu jeszcze dziadek – bo psubraty okrutne na bramie stoją. Nie poczciwi strażnicy, co ratuszowym służyli, ale nowy zaciąg. Podobnoż go sam Kościej sprowadził dla obrony przed Spichrzą. I może są w boju straszliwi, ale złodzieje też straszne. Wnet wam grosiwo zabiorą i jeszcze gnaty obiją.
Twardokęsek wymamrotał kilka słów podziękowania i odsunął się na bok, aby przeżuć wiergowskie nowiny. Grunt, że Kościej żył, choć zbójca lękał się trochę rozmowy z jego dziedziczką. Zbójeckie doświadczenia z młodymi mieszczankami były dość jednostronne. Przeważnie strasznie się darły, kiedy się je po napadzie obdarło z rozmaitych szmatek i próbowało obrócić na pospólny pożytek. Szlachcianki były rozsądniejsze – a w każdym razie mniej wrzaskliwe.
Jednak ta mieszczanka nie wrzeszczała. Wbrew zapewnieniom przekupni, koczujących pod bramami, nie leżała również przed figurą świątobliwej panienki. Kiedy Twardokęsek wreszcie zdołał się przedrzeć przez miasto i przekonać drabów na sieni, że jest z dawien oczekiwanym gościem, znalazł Złociszkę w tej samej małej komnacie, gdzie kiedyś Kościej wyłuszczył mu po raz pierwszy plan zagrabienia rdestnickiego skarbczyka. I jak wówczas siedziała przy niskim stoliczku z tamborkiem w ręku.