Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 114 115 116 117 118 119 120 121 122 ... 152
Перейти на страницу:

Lecz gdyby wtedy usłyszał taki głos, podwoiłby podarki.

To nie był głos mężczyzny mającego już ponad dziewięćdziesiąt lat, tylko kogoś o połowę młodszego. W szarych oczach nie widniał nawet ślad tego zagubienia, które pojawia się u starców, próbujących sobie przypomnieć, kim są i co robią.

Przez ostatnie lata ten... przekleństwo umknęło spomiędzy myśli, by stojący przed nim mężczyzna niczego nie wyczuł. Przez ostatnie lata Ojciec Wojny oszukiwał wszystkich. I dzięki temu miał spokój, bo żaden z Synów nie posłał mu w podarunku zatrutego mięsa ani niewolnicy wyszkolonej w sztuce skrytobójstwa, gdyż wszyscy oczekiwali, że lada dzień nad Złotym Namiotem pojawi się Złamana Strzała.

Kyh Danu Kredo mimowolnie poczuł podziw. Olbrzymi i przygniatający do ziemi, bardziej niż to uważne spojrzenie.

Przyklęknął i pochylił głowę.

– Ojcze. To radość widzieć cię w tak dobrym zdrowiu.

– Galleg postanowił, że nim wezwie mnie przed swoje oblicze, muszę jeszcze dokończyć kilka spraw. Jedną z nich są oni. – Starzec wskazał odległą karawanę, do której zbliżało się właśnie Skrzydło konnych łuczników. – Trzeba pilnować, by na tym świecie nie zostawiać ważnych rzeczy, bo inaczej dusza nie zazna spokoju w Domu Snu.

„Ważne rzeczy”. To zabrzmiało jak groźba.

– Wstań.

Syn Wojny podniósł się, po raz pierwszy patrząc otwarcie na Yawenyra. Starcza twarz, przeorana nieskończoną liczbą zmarszczek, siwe włosy podtrzymywane wytartą wełnianą opaską, prosta kolczuga, której ciężar powinien łamać kruche kości. A jednak w ruchach i spojrzeniu władcy wszystkich se-kohlandzkich ludów nie było kruchości.

– Plemiona, które ci powierzyłem, poniosły spore straty. Jak to się stało?

„Które ci powierzyłem...”. Bogowie.

Danu Kredo zdał krótką relację ze swojego marszu na północ, pułapki, jaką zastawił, by wyciągnąć z obozu Verdanno i zniszczyć rydwany, oraz oblężenia. Bez zbędnych słów i bez kłamstw, bo ci, którzy próbowali okłamywać Ojca Wojny, kończyli, wisząc na hakach, a kruki i wrony wydziobywały im języki z ust. Yawenyr przerywał tylko po to, by zadawać krótkie pytania.

– Jesteś pewien, że sami podpalili coś, by zmusić cię do głównego szturmu?

– Tak. Ci, którzy wyszli z obozu, mówią, że za pierwszą linią wozów znajdowała się druga. Umocniona. I mnóstwo piechoty. To był podstęp. A potem z południa wróciły rydwany, a z obozu wyjechały następne.

– Jaka piechota?

– Ciężkozbrojna, wielkie pawęże, piki, rohatyny, ciężkie kolczugi. Jak imperialna.

– Pułapki? Rowy, pale?

– Były, oczywiście, ale... – zająknął się, bo coraz bardziej przypominało to żałosne tłumaczenie i szukanie wymówek. – Oni... piechota wyszła z obozu pod osłoną ciężkich wozów i przygotowała drogi, którymi rydwany...

– Wiem... widzę to. Nauczyli się sporo od Meekhańczyków. Poprzednio prawie w ogóle nie używali piechoty w otwartym polu. Rydwany?

– Szybkie, dobrze dowodzone, robią dużo hałasu.

– Jak?

– Wtykają metalową listwę między szprychy. Ten dźwięk jest... jeden wóz jest głośny, ale setkę słychać na milę. Ich konie są przyzwyczajone, nasze nie. Niektóre się płoszą, trudno utrzymać szyk. I te proporce. Rozwijają za sobą jedwabne wstęgi, czerwone, żółte, niebieskie. A potem one łopoczą w czasie galopu, rydwan wydaje się większy, konie nie chcą szarżować...

– Strzały grzęzną.

– Tak, Ojcze. Grzęzną.

– Sprytne. Choć drogie. Widzisz, chłopcze, oni znają konie. Znają jak nikt na świecie. Wiedzą, że konie są mądre, a mądre zwierzęta boją się rzeczy nowych, nieznanych. Ale i nasze wierzchowce szybko przyzwyczają się do tych sztuczek, więc to nie problem. Problemem są ludzie. Jacy byli?

Zamrugał, zaskoczony.

– W walce, jacy byli w walce? – powtórzył Yawenyr. – W czasie pierwszej wojny byli dzicy i odważni, ale niezbyt zdyscyplinowani. Ich rydwany dawały się odciągać od obozów i tam ginęły. Ich wojownicy bardziej cenili popisy i pojedynki niż utrzymanie szyku. A teraz?

Spojrzenie szarych oczu przewiercało go na wylot.

– Teraz nie, Ojcze. Walczą jak imperialna armia.

Pomarszczone wargi rozciągnęły się w uśmiechu, który wyglądał jak pęknięcie w spieczonej ziemi.

– Nowe pokolenie. W Meekhanie wszyscy są jak gąbki, szybko nasiąkają imperialnymi zwyczajami i sposobem myślenia. Ale to się da zmienić, wystarczy ich dostatecznie rozwścieczyć.

Kyh Danu Kredo dostrzegł swoją szansę.

– Można to łatwo zrobić, Ojcze. Są tu Sahrendey, a po tym, co zrobili z zakładnikami, Verdanno rzucą im się do gardła...

Przerwał, bo Yawenyr popatrzył na niego wzrokiem wilka obserwującego zdechłą mysz.

– Synu mój... – znów ten ton – ... czyżbyś traktował mnie jak ślepca, niedostrzegającego, że trawa jest zielona? Pchałeś się do walki z nimi, wbrew moim rozkazom. Nie pozwoliłem atakować ich u podnóża gór. Mogli się wystraszyć i zawrócić, a ja chcę ich mieć tutaj wszystkich, co do ostatniego. Czy liczyłeś na to, że obłowisz się najlepszymi łupami, a potem wycofasz?

Jak odpowiedzieć na to pytanie, by nie zamajtać nogami w powietrzu?

– Panie mój, czyżbyś nie pragnął, by twoi Synowie byli silni, odważni i chciwi zwycięstw?

Kyh Danu Kredo nie zauważył jej. Nie wiedział, kiedy podeszła, a teraz włączyła się do rozmowy. Miała bladą, owalną twarz okoloną jasnymi lokami i oczy w kolorze wieczornego nieba, największe, jakie widział. Usta czerwone jak krew. Mimo wszystko poczuł mrowienie w lędźwiach. Więc Yawenyr naprawdę trzymał piękne niewolnice.

Takie, którym wolno wtrącić się do rozmowy między nim a jednym z jego Synów. Czyżbym tak nisko upadł?

– Oczywiście, najmilsza. – Yawenyr znów się uśmiechnął, lecz inaczej. – Lecz nieposłuszne dzieci należy karać. Jednak kara nie będzie dotkliwa, bo mój syn, Kyh Danu Kredo, zachował się tak, jak ja sam bym kiedyś postąpił.

Nadzieja miała smak młodego wina, uderzała do głowy i burzyła krew.

– Dlatego też odstępuję mu zaszczyt pierwszego ataku na tę karawanę. Ma dość sił, by ją zatrzymać, a ja będę patrzył. Może Verdanno zaskoczą nas jeszcze kilkoma sztuczkami, kto wie? Lepiej sprawdzić. I nie korzystaj ze Źrebiarzy, niech oni pierwsi zdradzą, co potrafią ich czarownicy.

Wino zmieniło się w ocet. Pierwszy atak... Posyła nas do pierwszego ataku, wiedząc, że już mamy duże straty. Bez Jeźdźców Burzy i szamanów, tylko lekka jazda przeciw pancernym wozom. Nim dzień się skończy, stracę połowę zbrojnych. A potem co? Wsadzić na konie pastuchów i kobiety?

Koczownik spojrzał w oczy Ojca Wojny i pojął, że tak. Jeśli będzie trzeba, do ataku pójdą wszyscy, którzy w jego obozie są zdolni napiąć łuk.

– Sahrendey zaatakują po was, jutro rano, gdy Wozacy będą już zmęczeni. Zmęczeni ludzie łatwiej poddają się gniewowi. I jutro zdobędziemy ten obóz, a potem zniszczymy pozostałe. Jeden po drugim. A teraz popatrzmy, co potrafią nasi goście.

Kilka mil od nich od karawany oderwał się oddział rydwanów i pomknął na spotkanie lekkiej jazdy.

* * *

Koczownicy zaczęli strzelać z odległości ponad trzystu jardów, a ich pociski pomknęły ku nim deszczem, tysiąc posłańców śmierci na szarych piórach. A po salwie natychmiast zawrócili. Tak jak Verdanno się spodziewali, była to lekka jazda, szybka i zwrotna. I nieźle wyszkolona, sądząc po sprawności, z jaką zrobili zwrot.

1 ... 114 115 116 117 118 119 120 121 122 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)