Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Halogajczyk zamrugał, zdumiony tym napadem. Być może wiedział już coś o tym, do czego może doprowadzić zadzieranie z videssańskimi fanatykami, bo jego odpowiedź była dosyć spokojna:
— Zabierz tę rękę panie, jeśli łaska.
Mnich wysłuchał go. Myślał zapewne, że udało mu się poruszyć sumienie najemnika, bo zmienił nieco ostry, rozkazujący ton i starał się teraz mówić łagodnie i przekonywająco:
— Pomimo że jesteś cudzoziemcem, panie, wyglądasz na szlachetnego człowieka, więc wysłuchaj proszę moich słów. Czy za chwilę zmysłowej przyjemności warto poświęcać duszę?
— Spieprzaj stąd, ty łysa pało! — wrzasnęła dziwka. — Zostaw go w spokoju! — Przywarła do ramienia żołnierza, jakby był jej własnością.
— Cicho bądź, ty ladacznico — powiedział mnich.
Cały czas przyglądał się jej dokładnie, jakby wbrew własnej woli. Videssańskich duchownych obowiązywał celibat, ale on nie mógł oderwać wzroku od odsłoniętego tu i ówdzie ciała młodej kobiety. Choć słowa skierowane były do Halogajczyka, oczy mnicha nie odwracały się od prostytutki.
— Przyznaję, że to piękna sztuka, ale pożądanie jest tylko słodką pułapką Skotosa, która odciąga od prawdziwej wiary.
Marek skrzywił się, słysząc ten banalny argument, choć nie był nawet przeznaczony dla niego. Tymczasem mężczyzna zupełnie już stracił głowę.
— Spójrzcie tylko na tę krągłą pupę, i tę wąską talię, och i to łono — naprawdę, żaden mężczyzna nie mógłby się oprzeć, tak?
Skaurus z niesmakiem słuchał tych żałosnych wywodów człowieka, który myślał, że potępia odrzucone przez siebie zmysłowe pokusy, a w rzeczywistości o niczym innym teraz nie marzył.
— Błyszczące oczy i pełne czerwone usta… och, muszą być słodsze niż stare wino. — Cały aż się trząsł z podniecenia.
Halogajczyk odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się donośnym basem, ściągając na siebie spojrzenia ponad połowy placu.
— Zabij mnie sosnową szyszką, szaraku, jeśli nie potrzebujesz jej bardziej ode mnie. Masz — rzucił pod nogi zdumionego mnicha sztukę złota. — No śmiało — zachęcał go najemnik — baw się za mnie dobrze. Znajdę sobie inną dziewuchę, nie ma obawy. W tym mieście aż się od nich roi.
Mnich i dziwka równocześnie zaczęli na niego krzyczeć, potem zwrócili się przeciw sobie. Ha-logajczyk pokazał im obojgu swoje szerokie plecy i zniknął w tłumie. Tłum krzyczał triumfalnie, wystarczająco rozluźniony tego dnia, by cieszyć się upokorzeniem duchownego, nawet jeśli było to dzieło poganina.
Skaurus też nie mógł powstrzymać uśmiechu — żadne morze smutku nie było na tyle głębokie, by pochłonąć człowieka bez reszty. Tak jak ciężki charakter Styppesa i jego słabość do wina, również i ten żałosny, śliniący się mnich, przypominali mu, że te niebieskie szaty kryły normalne, ludzkie istoty, wcale nie tak różne od niego. Warto było o tym pamiętać. Najczęściej videssańscy duchowni budzili w nim tylko strach, bo fanatyzm na tle religijnym był dla Rzymian czymś niepojętym.
Wspominając Styppesa i jego nieugaszone pragnienie, trybun pozwolił sobie na kubek wina. Alkohol rozlał się miłym ciepłem po jego wnętrznościach. Kiedy jakiś człowiek przebiegł przez plac, wychwalając głośno trupę wędrownych mimów, którzy mieli właśnie zacząć przedstawienie w Amfiteatrze, Skaurus dał się ponieść tłumowi spieszącemu na południe.
Wielka, owalna misa Amfiteatru znaczyła południową granicę placu Palamas. Skaurus uiścił dwa miedziaki opłaty i przeszedł do środka jednym z mrocznych tuneli, Porządkowi skierowali go na samą górę rozłożonej szeroko widowni. Aktorzy występowali tu cały dzień, ale i tak prawie wszystkie miejsca były zajęte.
Widziane z tak dużej odległości, obelisk, posągi i inne pomniki minionych triumfów Imperium, które znajdowały się w samym centrum Amfiteatru, były jeszcze bardziej imponujące, niż kiedy trybun stał między nimi. Czubek wysokiej granitowej iglicy nawet tutaj był na wysokości jego oczu. Niedaleko jej podstawy rozkwitał tuzin jasnych, jedwabnych parasoli, znaczących miejsce zajmowane przez Autokratora Videssańczyków, tak jak liczba liktorów z ich pałkami i toporami wyróżniała rzymskiego konsula.
Trybun nie widział z tak daleka twarzy Thorisina. Nie wiedzieć czemu, podniosło go to na duchu. Napił się jeszcze wina — taniego, kiepskiego sikacza, który osadzał się na podniebieniu. Słysząc jak trybun chrząka z niesmakiem, siedzący po jego prawej stronie mężczyzna powiedział:
— Rzadki rocznik — chyba przedwczorajszy.
Był to chudy, niebieskooki facet, którego twarz i ruchy przypominały Markowi dzikiego kota. Trybun oblizał wargi.
— Nie, mylisz się. Co najmniej zeszły tydzień. — Choć kiepski, był to jego pierwszy dowcip od tygodni.
Odpowiedź sąsiada z ławki utonęła w ogromnym wrzasku tłumu, który pozdrawiał aktorów ustawiających się tam, gdzie zwykle odbywały się wyścigi koni. Jeden z mimów udał, że właśnie wszedł w jakieś paskudztwo i nagrodzony został wybuchem rubasznego śmiechu.
W mniejszych miastach i miasteczkach Imperium mieszkańcy, zamiast sprowadzać zawodowych aktorów, sami się przebierali i bawili w teatr. Wszędzie jednak podstawowe zasady tych przedstawień były takie same — szybkie tempo, dosadność, cięta satyra na konkretne osoby. W dzień Środka Zimy można było śmiać się ze wszystkich.
I tak, pierwsza scenka odgrywana przez tę trupę przedstawiała trzy główne postacie, a jedną z nich, sadząc po bogatych szatach, miał być sam Imperator. Pozostali aktorzy pod przeróżnymi pretekstami wciąż wchodzili mu w drogę, aż w końcu potknął się o leżącą pod kocem dwójkę — rudowłosą kobietę i wielkiego mężczyznę w blond peruce i futrach typowych dla wojowników z Ha-loga. Ach i te wszystkie naczynia, które latały w powietrzu, kiedy romans kobiety — właściwie mężczyzny w przebraniu kobiety, jako że tylko oni występowali w tej trupie — został odkryty! Wy-kpiwany Imperator musiał uciekać, osłaniając twarz dłońmi, by uchronić się przed gradem garnków i talerzy, które ciskał w niego aktor grający kochankę. Udało mu się ją powstrzymać dopiero przy pomocy kilku innych mimów, którzy przebrani byli w pozłacane zbroje Straży Imperatora. Rzekomy Halogajczyk próbował schować się pod kocem, ale wygonił go stamtąd celnie wymierzony kopniak.
To — pomyślał Marek — bez wątpienia tłumaczyło dlaczego Komitta Rhangawe nie siedziała obok Thorisina — o jednego kochanka za dużo albo jeden zbyt bezczelny. Nagle zrozumiał wszystkie zjadliwe uwagi, które wymieniali miedzy sobą biurokraci, a które zupełnie go dotąd nie obchodziły, jako że sam miał dość swoich zmartwień. Odwrócił się do swojego sąsiada.
— Nie było mnie trochę w mieście, kiedy to się stało?
— Jakieś dwa miesiące temu. Kiedy Imperator wrócił z tego Opsikon. Jest o tym nawet piosenka, leci mniej więcej tak… o, czekaj, znowu zaczynają.
Następna scenka znudziła trybuna, ale siedzący dokoła Videssańczycy ryczeli ze śmiechu. Była to parodia jakiejś debaty teologicznej, która bawiła całe miasto zeszłego lata. Dopiero po dłuższej chwili Skaurus zrozumiał, że najważniejszy aktor, mężczyzna z ogromną sztuczną brodą, ubrany w niebieskie szaty wypchane poduszkami, które czyniły z niego pociesznego grubasa, udawał Balsa-mona, patriarchę Imperium Videssos. Prawdziwy Balsamon siedział w dole trybun, niedaleko Imperatora. Odziany był w odświętny strój zwierzchnika całej hierarchii duchownej, ze wszystkimi odpowiadającymi temu atrybutami. Wspaniałe jedwabne szaty i złotogłów ozdobiony perłami wyglądały równie imponująco jak ubiór Thorisina. Ale Marek — jak i całe miasto — wiedział, że Bal-samon przebierał się w wygodne, znoszone ciuchy, kiedy tylko mógł.