Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Ach, to ciekawe, pomyślała Pelagia i cichutko stanęła z boku. Zdaje się, że to właśnie syjoniści, o których tyle się pisze i mówi. Jacy sympatyczni, jacy młodzi i jacy delikatni, zwłaszcza panienki.
Nawiasem mówiąc, młodego człowieka z szyperską bródką (tegoż Magellana, do którego zwracał się orator) trudno byłoby nazwać delikatnym. Przede wszystkim był starszy od pozostałych – miał zapewne około dwudziestu pięciu lat. Spokojne niebieskie oczy spoglądały na rozpalonego mówcę z pobłażliwym uśmieszkiem.
– Najważniejsze, żebyśmy w Palestynie nie zdechli z głodu, nie zaczęli kwękać, nie pożarli się między sobą – odpowiedział spokojnie. – O ideałach moralnych zaś pomyślimy później.
Pelagia pochyliła się nad miłą dziewczyną w dziecięcych spodenkach (zdaje się, że nazywają się one z angielska szortami) i zapytała szeptem:
– Macie tu komunę, tak?
Dziewczyna zwróciła ku górze okrągłą twarz i uśmiechnęła się.
– Oj, zakonnica! Tak, jesteśmy członkami komuny „Megiddo-Chadasz".
– A co to znaczy? – Zaciekawiona mniszka przykucnęła.
– „Nowe Megiddo". Megiddo oznacza w starohebrajskim „Miasto Szczęścia". Takie miasto rzeczywiście istniało, w Dolinie Izraelskiej, i zostało zniszczone – albo przez Asyryjczyków, albo przez Egipcjan, nie pamiętam. My odbudujemy Megiddo, już nawet kupiliśmy od Arabów ziemię.
– To wasz przywódca? – Pelagia wskazała brodatego mężczyznę.
– Kto, Magellan? My nie mamy przywódców, wszyscy jesteśmy równi. On po prostu ma doświadczenie. Był już w Palestynie i żeglował po wszystkich morzach – stąd przydomek „Magellan". Czy wie pani, jaki on jest? – W głosie gołonogiej panienki zabrzmiał niekłamany zachwyt. – Z nim nic nie jest straszne! W Połtawie „oprycznicy" chcieli go zabić za to, że zorganizował żydowską samoobronę. Ostrzeliwał się. Teraz szuka go policja! Och! – Panienka przeraziła się, że wypaplała zbyt dużo, i przykryła dłonią usta. Pelagia jednak udała, że słowa o policji do niej nie dotarły albo że ich nie zrozumiała; wiadomo wszak, że mniszki nie są zbyt rozgarnięte i że w ogóle nie są z tego świata.
Dziewczyna natychmiast uspokoiła się i zaczęła trajkotać dalej.
– To Magellan wymyślił Miasto Szczęścia. Poza tym zebrał nas i zdobył pieniądze. Całe trzydzieści tysięcy! Wyobraża sobie pani? Przekazał je do banku w Jaffie, zostawił nam na drogę tylko po osiem kopiejek na osobę dziennie.
– Dlaczego tylko osiem? To bardzo mało.
– Koloseusz... jest studentem historii... – dziewczyna wskazała na jednego z młodych ludzi, niesłychanie chudego i przygarbionego – wyliczył, że właśnie taka suma... rzecz jasna, po przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze... wystarczała rolnikowi w czasach króla Salomona. A zatem i nam powinna wystarczyć. Przecież my teraz też jesteśmy rolnikami. Pieniądze bardziej przydadzą nam się w Palestynie. Trzeba będzie kupować bydło, osuszać bagna, budować domy.
Pelagia popatrzyła na cherlawego Koloseusza. Jakże on może machać motyką albo chodzić za pługiem?
– Ale dlaczego „Koloseusz"? Nie jest on zbyt wielki.
– W ogóle to nazywa się Fira Głuskin, a Koloseuszem ochrzcił go Magellan. Bo wszyscy mówią o „ruinach Koloseum", a Fira to jedna chodząca ruina – ma wszystkie choroby świata: i skrzywienie kręgosłupa, i płaskostopie, i zapalenie zatok. Też jednak jedzie.
Przedmiot rozmowy pochwyci! na sobie współczujące spojrzenie mniszki i wesoło zawołał:
– Hej, siostrzyczko, jedź z nami do Palestyny!
– Przecież nie jestem Żydówką – zmieszała się Pelagia, widząc, że patrzy na nią cała kompania. – I raczej nigdy się nią nie stanę.
– I nie trzeba – zaśmiał się jeden z członków komuny. – Podrabianych Żydów starczy nam i bez pani. Proszę tylko popatrzeć na tych tam!
Wszyscy odwrócili się i także zaczęli się śmiać. Nieopodal trójka „znajd", nakrywszy głowy tałesami, wybijała pokłony. Dobiegały gorliwe, soczyste uderzenia czół o pokład.
– Nic w tym śmiesznego, durnie – wycedził Magellan. – Tu na wiorstę pachnie Ochraną. Ten ich Manujła pensję pobiera na Gorochowej, węch mam dobry. Wziąć by paskudnika za nogi i łbem o pachołek cumowniczy...
Syjoniści zamilkli, a Pelagii żal się zrobiło „znajd". Nikt ich, biedaków, nie lubi, wszyscy dokuczają. To nie znajdy, tylko jakieś sieroty. Nawiasem mówiąc, ciekawe, skąd mają takie dziwne przezwanie? Podeszła, aby zapytać, ale powstrzymała się – w końcu ludzie się modlą.
Spostrzegła się, że zbyt długo spaceruje. Władyka będzie niezadowolony. Trzeba wstąpić do niego – pokazać się, życzyć dobrej nocy, a potem do siebie, do drugiej klasy. Poczytać książkę, przygotować się do lekcji. Wszak jutro już w domu.
Zeszła po schodkach na dolny pokład.
Szklane Oko
Wydawało się, że ponad Rzeką, ponad oblanymi wodą brzegami i ponad mgłą płonie zorza – w każdym razie z przodu mgła była lekko zaróżowiona. Zwabiona ową magiczną świetlistością, Pelagia przeszła na dziób parowca. Może nagle choć na chwilkę wiatr dokona wyłomu w dokuczliwej zasłonie i pozwoli nacieszyć się widokiem przedwieczornego nieba?
Na dziobie wiatr w istocie wiał, ale nie był wystarczająco mocny, by odsłonić zachodzące słońce. Pelagia chciała zawrócić, gdy nagle zauważyła, że nie jest sama.
Przed nią na wyplatanym krześle siedział jakiś człowiek, opierając o poręcz długie nogi w wysokich butach. Widać było wyprostowane plecy, szerokie ramiona, czapkę z zagiętym daszkiem. Mężczyzna zaciągnął się papierosem i wypuścił obłoczek dymu, który momentalnie rozpłynął się we mgle.
Nagle odwrócił się – raptownie, z kocią szybkością. Usłyszał pewnie oddech albo szelest szaty.
Na Pelagię patrzyła wąska trójkątna twarz z ostrymi, sterczącymi na boki wąsami. W spojrzeniu nieznajomego mniszka dostrzegła coś dziwnego: niby patrzył na nią, ale jakby nie całkiem.
Zmieszana, że zakłóciła samotność palacza, wymamrotała:
– Proszę o wybaczenie...
I niezręcznie ukłoniła się, co było już zbędne. Tym bardziej że wąsacz nie odwzajemnił się podobną uprzejmością.
Wręcz przeciwnie – ni stąd, ni zowąd wyciął numer: wyszczerzył się od ucha do ucha, podniósł rękę ku twarzy i – o zgrozo – wyjął z oczodołu lewe oko!
Pelagia zakrzyknęła i cofnęła się, ujrzawszy na dłoni błyszczącą kulkę z tęczowym kółkiem i czarną kropką źrenicy. Dopiero po chwili domyśliła się, że oko jest szklane.
Kawalarz zachichotał sucho, zadowolony z efektu. Urągliwym, skrzypiącym głosem powiedział:
– Mniszka, a taka ważniaczka. Grzech, mateczko, pogardzać biednym kaleką.
Jakiż nieprzyjemny człowiek, pomyślała siostra i odwróciła się pospiesznie, by odejść. Jeśli nie chce, żeby ktoś naruszał jego odosobnienie, mógłby dać to do zrozumienia delikatniej.
Szła wzdłuż burty, prowadząc walkę z biesem obrazy. Wzięła górę nad kosmatym szybko, bez większego wysiłku – lata w zakonie zrobiły swoje.