Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]
- Автор: Брин Дэвид
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-86211-55-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]». Краткое содержание книги:
Gailet zakasłała głośniej.
— Fiben…
— Naprawdę szkoda — medytował na głos. — Igor dopiero wciągał się w porządny bluesowy riff. Zdrowo walił w te skóry. Wybijał taki rytm, że byś nie uwierzyła. Bawiłem się świetnie… dopóki ta czterdziestoletnia szymka, naga i śliska jak delfin, nie spadła na niego z krokwi.
Gailet zgięła się w pół, trzymając się za brzuch. Wyciągnęła rękę, by błagać o litość.
— Przestań, proszę… — szepnęła słabym głosem.
— Dzięki Bogu, że wpadła z bęben z drutem. Wydostanie się zajęło jej tyle czasu, że biedny Igor zdążył uciec tylnym wyjściem, choć tłuszcza deptała mu po piętach.
Przewróciła się na bok. Jej twarz była tak czerwona i przekrwiona, że przez chwilę Fiben odczuwał niepokój. Pohukiwała, waląc rękoma w podłogę. Łzy płynęły strumieniami z jej oczu. Przetoczyła się na drugi bok, wstrząsana salwami śmiechu.
Fiben wzruszył ramionami.
— I to wszystko wywołał już pierwszy numer Pattersona — jego własna, cholerna wersja hymnu narodowego! Szkoda. Nie udało mi się usłyszeć jego wariacji na temat „Inagadda Da Vita”. Kiedy jednak teraz się nad tym zastanowię — westchnął raz jeszcze — to może to i lepiej.
Prąd wyłączano o godzinie 2000, nie czyniąc wyjątków dla więzień. Przed zachodem słońca rozszalał się wicher. Wkrótce stukotał już żaluzjami ich małego okna. Dął znad oceanu i przyniósł ze sobą ciężki zapach soli. Z oddali dobiegły ciche grzmoty wczesnoletniej burzy.
Spali zwinięci na swych kocach, tak blisko siebie, jak na to pozwalały ich łańcuchy. Zwrócili się ku sobie głowami, by słyszeć swe oddechy w ciemności. Drzemiąc wciągali w siebie łagodną woń kamienia i stęchły zapach słomy, wypuszczali na zewnątrz ciche pomruki wywołane snami.
Dłonie Gailet wykonywały drobne, konwulsyjne poruszenia, jak gdyby w rytmie jakiejś wyśnionej ucieczki. Jej łańcuchy pobrzękiwały cicho.
Fiben leżał bez ruchu, mrugał jednak od czasu do czasu powiekami. Jego oczy otwierały się niekiedy i zamykały, choć nie było w nich światła świadomości. Czasami wciągał powietrze i zatrzymywał je przez dłuższy moment, zanim wreszcie wypuścił oddech.
Nie dosłyszeli niskiego, brzęczącego dźwięku, który dobiegał z korytarza, ani nie dostrzegli światła, które wpadło do ich celi przez szpary w drewnianych drzwiach. Rozległo się szuranie stóp oraz trzask uderzeń szponów o kamienie.
Gdy w zamku szczęknęły klucze, Fiben poderwał się, przetoczył na bok i usiadł. Potarł oczy kostkami dłoni. Zawiasy skrzypnęły. Gailet uniosła głowę. Użyła dłoni, by osłonić oczy przed ostrym blaskiem dwóch lamp trzymanych na wysokich tyczkach.
Fiben kichnął. Poczuł zapach lawendy i piór. Kilka szymów w kombinezonach zapinanych na zamki błyskawiczne podniosło ich siłą na nogi. Rozpoznał gruby głos dowódcy ich strażników, Irongripa.
— Wy dwoje lepiej bądźcie grzeczni. Macie ważnych gości.
Fiben zamrugał, próbując przyzwyczaić oczy do światła. Wreszcie zdołał dostrzec małą grupę pierzastych czworonogów — wielkich kuł białego puchu przyozdobionych wstęgami i szarfami. Dwa z nich trzymały w rękach drągi, z których zwisały jasne latarnie. Reszta stała, świergocząc, wokół czegoś, co wyglądało jak krótka tyczka zakończona wąskim pomostem. Na tej grzędzie stał ptak o bardzo szczególnym wyglądzie.
On również ustrojony był jaskrawymi wstążkami. Wielki, dwunożny Gubru przestępował nerwowo z jednej nogi na drugą. Mogło to być wywołane sposobem, w jaki światło padało na upierzenie nieziemca, lecz jego ubarwienie wydawało się bogatsze i bardziej lśniące niż zwykły białawy odcień. Przypominało to coś Fibenowi, jak gdyby widział już gdzieś tego najeźdźcę, lub innego, podobnego do niego.
Czemu, u diabła, ten stwór wałęsa się po nocy? — zastanowił się Fiben. — Myślałem, że one tego nie znoszą.
— Okażcie stosowny szacunek czcigodnym starszym, członkom wielkiego klanu Gooksyu-Gubru! — rozkazał ostrym tonem Irongrip, trącając łokciem Fibena.
— Już ja okażę sukinsynowi szacunek — Fiben wydał nieelegancki, gardłowy odgłos i zebrał flegmę.
— Nie! — krzyknęła Gailet. Złapała go za rękę i zaczęła szeptać nagląco: — Fiben, nie! Proszę. Zrób to dla mnie. Rób wszystko dokładnie tak jak ja.
Jej brązowe oczy pełne były błagania. Fiben przełknął ślinę.
— Niech ci będzie, Gailet.
Odwróciła się z powrotem w stronę Gubru i skrzyżowała ramiona na klatce piersiowej. Fiben naśladował ją, nawet gdy pokłoniła się nisko.
Galakt spojrzał na nich, najpierw jednym wielkim, nie mrugającym okiem, a potem drugim. Przesunął się na jeden z końców grzędy, zmuszając trzymających ją do zmiany pozycji celem zachowania równowagi. Wreszcie zaczął ćwierkać, wydając z siebie serię ostrych, urywanych skrzeknięć.
Ze strony czworonogów nadbiegł niezwykły, kołyszący się akompaniament, który wznosił się i opadał. Brzmiało to mniej więcej jak:
— Zuuun.
Jeden z przybocznych Kwackoo wystąpił z grupy spokojnym krokiem. Na łańcuchu na szyi miał zawieszony jaskrawy, metaliczny dysk. Z generatora głosu wydobyło się niskie, urywane tłumaczenie na anglic.
W tym miejscu ptak skończył równie nagle, jak zaczął.
— Pokłoń się drugi raz! — ostrzegła Gailet szeptem.
Zgiął się w pół ze skrzyżowanymi ramionami tak, jak mu zademonstrowała. Gdy ponownie podniósł wzrok, mała grupa nieziemskich ptaszysk odwróciła się i ruszyła ku drzwiom. Grzędę opuszczono, lecz mimo to wysoki Gubru, aby przez nie przejść, musiał się pochylić, rozpościerając pierzaste ramiona, by utrzymać równowagę. Irongrip podążył za nim. W pożegnalnym spojrzeniu nadzorowanego widać było czystą nienawiść.
Fibenowi dzwoniło w głowie. Dał sobie spokój z próbami śledzenia dziwacznego, ceremonialnego dialektu trzeciego galaktycznego, w którym przemawiał ptak, już po pierwszej frazie. Nawet tłumaczenie na anglic było niemal niemożliwe do zrozumienia. Ostre światła przygasły, gdy procesja oddaliła się korytarzem z szemraniem gdaczącego bełkotu. W półmroku, który zostawiła za sobą, Fiben i Gailet odwrócili się i spojrzeli na siebie.