Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Zignorował zimne wyzwanie czające się na ich dnie, pchnął drugie drzwi i wszedł do dużej sali.
Czterech mężczyzn stało w jej rogach. Nie nosili żadnych pancerzy, za to obwiesili się taką liczbą tasaków, pałaszy i ciężkich noży, że wystarczyłoby ich dla dwudziestu ludzi. Do tego każdy ściskał krótką włócznię z szerokim ostrzem. Gdy złodziej wszedł, wykonali salut tą bronią, krótki i precyzyjny niczym sztych mistrza szermierki.
Niezłe powitanie.
Naprzeciw drzwi stał tron. Ciemnokarminowy niczym zaschnięta krew i błyszczący jak świeży strup. A na tronie siedział nagi mężczyzna. Niezbyt wysoki, za to chudy jak ofiara wielomiesięcznego głodu. Wzgórki żeber niemal przebijały bladą skórę, a obojczyki wyglądały jak narzędzia wymyślnych tortur wciśnięte w żywe ciało po to, by podtrzymać głowę, bryłę pełną kantów i ostrych linii. Nos wyglądał niczym ptasi dziób, a oczy jak ślady po trafieniu kamieniami z procy w glinianą kulę. Gdy powieki siedzącego uchyliły się, te właśnie kamienie spojrzały na niego ciężkim wzrokiem.
– Altsin Awendeh. Złodziej, wędrowiec, marynarz, nauczyciel, mnich… – Pęknięcie w twarzy okazało się ustami, z których wydobywał się suchy, szeleszczący głos. – Wiele imion, jedna osoba.
Siedzący mówił w meekhu, dziwnie przeciągając głoski. Altsin unikał jego spojrzenia, przyglądając się tronowi. Najpewniej wykonano go z drewna vanuhii, rzeźbiąc w nim szerokie siedzisko i wysokie na dziesięć stóp oparcie, którego głównym elementem była, wyrastająca za plecami siedzącego mężczyzny, dwułokciowa ludzka twarz. Oddana w najdrobniejszych szczegółach, surowa, dzika, stara i groźna. Przyciągała wzrok.
– Nic nie powiesz?
– Nie ja domagałem się tego spotkania.
– Naprawdę? Ponoć przybyłeś na tę wyspę, by spotkać się z jedną ze służących tu kobiet. Ponoć ją znasz i uważasz, że ma u ciebie dług. Ponoć sądzisz, że potrafi ci pomóc.
– Może.
Złodziej darował sobie lekceważące wzruszenie ramion. Coś tu było nie tak. Pamiętał uczucie, jakie nawiedziło go, gdy walczył z Jawynderem, mimo że nie była to walka na serio. Pamiętał nieokreśloną grozę, którą wzbudziła w nim dziewczyna na molo, i furię, jaką odpowiedział na jej widok Reagwyr. Pamiętał objęcia Elharan, gdy prastara siła, będąca samą rzeką, osądzała go. Za każdym razem patrzył w słońce, a teraz stał przed ledwo tlącym się kagankiem.
I jeszcze jedno. Rozbawienie. Narastający wewnętrzny chichot.
Miał stanąć przed obliczem boga… no dobrze, plemiennego bożka, a tymczasem konwersował z gadającymi zwłokami.
– Twoja arogancja jest żałosna. Naprawdę sądzisz, że wyjdziesz z tej Doliny żywy, jeśli rozkażę inaczej?
– To zależy.
– Od czego?
– Ile Czarnych Wiedźm poświęcisz, żeby sięgnąć po Moc. Może ci ich nie wystarczyć.
Kąciki pęknięcia uniosły się lekko, sugerując cień uśmiechu.
– Powiedz mi… liczysz na swojego gościa? Na ten zwinięty w kłębek i ssący własnego kutasa byt, który siedzi w twoim ciele? Sądzisz, że go nie wyczuwam? Odór śmierci i zniszczenia rozciąga się wokół was na milę. Ten żałosny bękart jest słaby i obolały… walką z tobą… no, no… imponujące, ale z pewnością potrafiłby co nieco pokazać. Być może należy mi się odrobina rozrywki.
Rozbawienie zalało złodzieja i zgasło, zalało i zgasło. Jakby stał po pas w wodzie, a morze ciskało w niego falami. Morze boskiej wesołości.
Co cię tak śmieszy, sukinsynu?
– Może – siedzący półtrup zdawał się ignorować jego dobry humor – jeśli szukasz sposobu na pozbycie się tego czegoś ze swojej głowy, mógłbym to usunąć… Wystarczy, że otworzysz się przede mną i dasz mi wejrzeć w swoją duszę. Znajdę to coś i zajmę się nim.
Rozbawienie przeszło w serię opętańczych konwulsji. Bóg chichotał.
Altsin nagle zrozumiał. Ten mężczyzna, który z pewnością nie był Oumem we własnej boskiej osobie, nie miał pojęcia, z czym ma do czynienia. Najpewniej podejrzewał go o opętanie przez wyjątkowo sprytnego demona lub jakiś byt spoza Mroku. Inaczej – pewność pojawiła się niczym błyskawica – nigdy nie dopuściłby go tak blisko.
Blisko czego? Tych zwłok?
– Ty nie wiesz, prawda? Z czym… z kim przychodzę. Usłyszałeś opowieść o jednej z twoich wiedźm, która mi to zrobiła, ale nie zadałeś sobie trudu, by ją odnaleźć i przepytać. Bo – złodziej zmrużył oczy – jesteś za słaby.
Strażnicy poruszyli się i zamarli, osadzeni w miejscu jednym krótkim słowem.
– Słabość jest pojęciem, którego większość ludzi nie rozumie. To przede wszystkim stan ducha.
– A jak silny jest twój duch? Władco wyspy, którego niewielu szanuje i nikt nie słucha? Umierający bożku? Kawałku drewna, wyrzucony na brzeg i próchniejący od tysiącleci?
Co ja mówię? Myśl przebiła się na powierzchnię i zaraz zgasła, zdławiona świadomością, że jeśli teraz zacznie stawiać opór Reagwyrowi, zginie. Jeśli jego ciało nie rozpadnie się od starcia dusz, rozsiekają go strażnicy, którzy właśnie ruszają.
Krzyk rzucił ich na ziemię, nie pozwolił wstać. Altsin widział falę czarów, skłębionej sinej Mocy, która niczym łapa olbrzymiej bestii przyciska mężczyzn do podłogi. Nie mieli szans.
Wydawało mu się, że na zewnątrz komnaty wybuchły jakieś krzyki i płacze.
Zignorował to.
Czary nawet go nie dotknęły.
– Jedna szansa – szept mężczyzny siedzącego na tronie był ledwo słyszalny. – Udowodnij, że jesteś tym, za kogo próbujesz się podawać. Słowa mogą kłamać, wygląd mamić, ale pewne rzeczy się nie zmieniają. Zrań mnie. Przelej kroplę mojej krwi. Jeśli to zrobisz, odpowiem na wszystkie twoje pytania i pozwolę opuścić wyspę. Jeśli nie dasz rady, pożrę twoją duszę.
Trup poderwał się z tronu, wyciągając skądś krótki, obosieczny nóż. Skoczył. Altsin runął ku niemu z gołymi rękami, zszedł z linii ciosu, zbijając krótki sztych w gardło, prosty i aż nadto przewidywalny, i nagle poczuł ogień w prawym boku. Drugi nóż. Ostrze sprytnie ukryte w lewej dłoni rozharatało mu skórę na żebrach, od najniższego po samą pachę. Zignorował ranę, nie była śmiertelna, przechwycił prawą rękę mężczyzny i szarpnął, cofając się po półkolu. Ręka wygięła się, stawy zatrzeszczały, nóż wysunął się spomiędzy słabnących palców.
Złodziej złapał go, obrócił się na pięcie i cisnął.
Broń śmignęła i uderzyła w policzek płaskorzeźby zdobiącej oparcie tronu. Powstała na drewnie rysa wydawała się ciemniejsza, niż być powinna.
Kropla żywego, szkarłatnego soku wypełniła ją w kilka chwil i zastygła, krzepnąc.
– Masz swoją kroplę krwi, przyjacielu. – Altsin nie poznał własnego głosu. – A teraz mnie wysłuchaj.
Dość tego!
Pokręcił głową, obrócił się wokół osi i w dzikim szale wpakował dłoń między zęby. Zacisnął, mocniej, MOCNIEJ!!! Krew wypełniła mu usta, szarpnął głową, rozrywając skórę, kłapnął zębami, chwytając jeszcze raz.
Wynoś się! Wynoś się! Wyyyyynooooośśśś!!!
Zastygł, czując, jak coś chrupie mu w środku i jakby obrywa się; jak mrowienie przechodzące w ból mknie od lewej stopy w górę, wzdłuż nogi, pod pachą aż do barku, a potem coś pęka mu w oku i nagle nie widzi nic z lewej strony. Uszy wypełnił mu świergot ptaków, a usta smak truskawek. Coś strzeliło i stracił wzrok do reszty, a ciemność zalała go feerią tęczowych powidoków.
A potem pożarła.
Interludium
Kanayoness usiadła ze skrzyżowanymi nogami i wpatrywała się w kawałek deski, na którym ktoś koślawymi pociągnięciami pędzla umoczonego w czerwonej farbie nakreślił koszmarne bohomazy. Odwróciła malunek bokiem, potem do góry nogami, i jeszcze raz. Dopiero wtedy pokiwała głową z zadowoleniem.