Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Tarcza słońca nie zawisła jeszcze nad namiotami i wozami rozciągającymi się we wschodniej części obozu, a jednak wszędzie już tętniło życie. W pewnym sensie. Kucharki sprzątały po śniadaniu, korzystając z pomocy stadka nowicjuszek. Te młode kobiety zapewne rozgrzewały się przy szorowaniu kotłów śniegiem, bo wykonywały tę czynność z niezwykłym zapałem, inaczej niż kucharki, które poruszały się ospale, często przystając, by rozmasować sobie plecy albo westchnąć, opatulając się szczelniej płaszczami i wpatrując apatycznie w śnieg. Dygoczący z zimna służący, ubrani w większość posiadanych ubrań, którzy zaraz po pospiesznie spożytym śniadaniu wzięli się za rozbijanie namiotów i wyładowywanie wozów, teraz potykali się, wynosząc płachty i wlokąc kufry. Rozespani i umęczeni stajenni odprowadzali konie, które wcześniej zdążyli już zaprząc. Egwene słyszała jakieś pomruki niezadowolenia ze strony ludzi, którzy nie zauważali, że obok są siostry, ale większość mieszkańców obozu była chyba zbyt zmordowana, by głośno narzekać.
Prawie wszystkie Aes Sedai, których namioty zostały już rozbite, poznikały w ich wnętrzach, ale całkiem sporo sióstr wciąż jeszcze dyrygowało robotnikami albo spieszyło po wydeptanych w śniegu ścieżkach, by doglądać jakichś swoich spraw. Dla odmiany zdradzały równie niewielkie zmęczenie jak ich Strażnicy, którzy jakimś sposobem wyglądali tak, jakby spali dokładnie tyle, ile było trzeba, by przetrwać ten piękny wiosenny dzionek. Egwene podejrzewała, że to właśnie dlatego siostry tak naprawdę zdawały się czerpać bezpośrednio siły od Strażników, pomijając już wykorzystanie Mocy więzi zobowiązań. Jeśli Strażnik sam przed sobą nie przyznawał się, że jest mu zimno, że jest zmęczony tudzież głodny, nie było innego wyjścia i należało to znosić.
Na jednej z bocznych ścieżek pojawiła się Morvrin, trzymając kurczowo ramię Takimy. Może owo ramię służyło jej za podpórkę, ale Morvrin była dość tęga, więc niższa od niej Takima zdawała się jeszcze drobniejsza niż w rzeczywistości. A może Morvrin w ten sposób pilnowała, by Takima jej nie uciekła; potrafiła być bardzo uparta, gdy już raz wytyczyła sobie jakiś cel. Egwene skrzywiła się. Wprawdzie można się było spodziewać, że Morvrin będzie chciała zostać Zasiadającą Brązowych, ale Egwene myślała, że to raczej Janya albo Escaralde mają więcej szans. Obie kobiety zniknęły z zasięgu wzroku za nakrytym płócienną plandeką wozem, Morvrin pochylała się, by móc szeptać coś swej towarzyszce do ucha. Nie było jak sprawdzić, czy Takima nadstawia ucha na jej słowa.
— Czy coś cię niepokoi, Matko?
Egwene zmusiła się do uśmiechu.
— To, co zawsze, Sheriam, to, co zawsze.
Rozstały się pod Gabinetem Amyrlin, Sheriam poszła wypełniać jej polecenia, a Egwene weszła do środka, by sprawdzić, czy wszystko gotowe. Zdziwiłaby się, gdyby tak nie było. Selame właśnie ustawiała tacę z herbatą na stoliczku do pisania. Miała na sobie suknię ozdobioną kolorowymi paciorkami i bardzo zadzierała nosa, tak że na pierwszy rzut oka nikt by o niej nie powiedział, że to służąca, niemniej dopilnowała wszystkiego. Rozjarzone węgle w dwu koszach przeganiały nieco chłód, choć niestety, duża część ciepła uciekała przez dymnik w dachu namiotu. W powietrzu unosiła się przyjemna woń suszonych ziół dorzuconych do węgli, a łojowe świece były przycięte i zapalone. Przy takiej pogodzie nie zostawiało się uchylonej klapy wejścia, nawet by wpuścić nieco światła z zewnątrz.
Siuan też już była na miejscu, z plikiem papierzysk w ręku, twarzą pełną udręki i smużką atramentu na nosie. Dzięki temu, że piastowała stanowisko sekretarza Amyrlin, mogły pokazywać się razem jeszcze częściej, Sheriam zaś wcale nie przeszkadzała utrata tej posady. A jednak Siuan często narzekała. Jak na kobietę, która rzadko opuszczała Wieżę od czasu, gdy przybyła do niej, by stać się nowicjuszką, żywiła osobliwą niechęć do zamkniętych pomieszczeń. W danej chwili stanowiła uosobienie kogoś, kto bardzo się stara być cierpliwy i chce, by wszyscy o tym wiedzieli.
Selame nie przestała wprawdzie zadzierać nosa, ale za to tak się wdzięczyła i tyle razy dygała, że odebranie od Egwene jej płaszcza i rękawiczek przeobraziło się w skomplikowaną ceremonię. A na dodatek cały czas paplała, że Egwene powinna kłaść wysoko nogi, że może ona przyniesie jej podomkę i że może powinna zostać, na wypadek gdyby Matka chciała czegoś jeszcze, aż wreszcie Egwene niemal ją wygnała. Herbata smakowała miętą. Przy takiej pogodzie! Z Selame trudno było wytrzymać i raczej nie dało się nazwać jej lojalną, ale naprawdę się starała.
Nie czas jednak na pogaduszki i popijanie herbatki. Egwene poprawiła stułę i usiadła za biurkiem, odruchowo poprawiając nogę krzesła, żeby się pod nią nie załamało, a Siuan przycupnęła na rozchybotanym zydlu, po drugiej stronie biurka. Herbata tymczasem stygła. Nie rozmawiały ani o planach, ani o Garecie Brynie, ani o swoich nadziejach; w tych sprawach na razie nic więcej nie można było zrobić. Raporty i problemy spiętrzyły się podczas podróży, a zmęczenie udaremniało wszelkie próby ich załatwienia, należało więc teraz skorzystać z przerwy i wszystkie przejrzeć. Fakt, że gdzieś w okolicy obozowała wroga armia, niczego nie zmieniał.
Egwene zastanawiała się czasami, skąd się biorą te góry papieru, skoro tak bardzo nie dostawało wszelkich innych rzeczy. Raporty, które wręczała jej Siuan, zawierały szczegółowe listy braków i niewiele więcej. Przy czym listy te uwzględniały nie tylko te artykuły, o których napomykała Sheriam, ale również węgiel, gwoździe, żelazo dla kowali, koła do wozów, skórę i naoliwione nici dla rymarzy, lampy oliwne, świece i sto innych rzeczy, nawet mydło. A poza tym wiele rzeczy zużywało się — od butów po namioty — a wszystko to Siuan spisywała swym wyrazistym pismem, które stawało się jakby coraz bardziej agresywne, w miarę jak nagliła potrzeba, o której akurat pisała. Podsumowanie ich finansów sprawiało wrażenie naniesionego na papier w ogniu strasznej furii. I na domiar złego nie było jak temu wszystkiemu zaradzić.
Wśród papierów Siuan znalazło się kilka notatek od Zasiadających, w których te sugerowały rozwiązania ich problemów finansowych. Czy raczej nie tyle sugerowały, ile informowały Egwene o planach, jakie zamierzały przedstawić Komnacie. Niestety, plany te mogły przynieść niewiele korzyści, a za to miały mnóstwo wad. Moria Karentanis, na przykład, proponowała wstrzymać wypłaty żołdu dla żołnierzy, który to pomysł, jak dalece Egwene się orientowała, Komnata dawno już temu odrzuciła, zrozumiawszy, że wówczas ich armia stopniałaby niczym śnieg na letnim słońcu. Z kolei Malind Nachenin proponowała wystosować odezwę do okolicznych arystokratów, odezwę tak sformułowaną, że bardziej przypominała żądanie i równie dobrze mogłaby podburzyć całą okolicę przeciwko nim; podobne konsekwencje mógł pociągnąć za sobą pomysł Sality Toranes, by obłożyć podatkiem wszystkie miasta i wioski, które mijają po drodze.
Egwene zmięła te trzy listy w garści i machnęła nimi przed twarzą Siuan. Żałowała, że nie ściska w tym momencie gardeł trzech Zasiadających.
— Czy one wszystkie sądzą, że sprawy zawsze układać się będą podle ich myśli i można zupełnie ignorować rzeczywistość? Światłości, przecież zachowują się jak dzieci!
— Wieży dostatecznie często udawało się oblec jej życzenia w rzeczywistość — odparła Siuan pogodnym tonem. — A poza tym w opinii niektórych ty też lekceważysz rzeczywistość, pamiętaj o tym.
Egwene parsknęła. Na szczęście niezależnie od tego, jak głosowałaby Komnata, żadnej z powyższych propozycji nie dałoby się wprowadzić w czyn bez jej dekretu. Nawet w tak nieciekawej sytuacji dysponowała jednak jakąś władzą. Bardzo niewielką władzą, ale i tak lepsze to niż nic.