Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
Tyle że zły był straszliwie.
Na razie nie mógł się zaszyć nawet na Półwyspie. Tuż po czymborskiej rzezi przygnał z obozowiska Nieradzic, z wieścią, że wedle starego tartaku pachołkowie będą z jeńcami ciągnąć, co ich mają Pomorcom odstawić. Prowadził ich stary wachmistrz, który jeszcze z Jastrzębcem rozmaite interesy ubijał. Swojak, z dawien dawna osiadły w Wilczych Jarach, rozumiał, że trzeba z ziomkami w zgodzie żyć. Układ był prosty – wachmistrz dobierał sobie do eskorty zaufanych, wiódł oddziałek pustkowiem, rebelianci wypadali na nich znienacka, szczerbili kilku dla niepoznaki, wciskali wachmistrzowi za pazuchę złocisze i razem z uwolnionymi więźniami zapadali się w knieję. Wszyscy byli zadowoleni.
Zbójca westchnął ciężko. Nie widziała mu się ta wyprawa. Nie dość, że musieli chyłkiem przekradać się pod samym nosem Pomorców, to jeszcze swoim ludziom nie ufał ani na jotę. Potyczka w Czymborskiej Debrzy wielce mu dała do myślenia. Miał osobliwą pewność, że jeśli szlachcie mignie przed oczami pomorcki kubrak, pójdą za nim w las niczym ogary za liszką. Wilczojarskie warcholstwo jakoś nie napawało go otuchą.
Doprawdy, nie miał pojęcia, jak sobie z nim Koźlarz radził.
Poranny deszcz ustał koło południa i wiosenne słonko przygrzewało błogo. W powietrzu unosiła się woń gryki i macierzanki. Pszczoły wirowały wokół uli wyrzeźbionych w kształt Letniej Panny, jak w Wilczych Jarach nazywano Bad Bidmone, a Bogoria moczył nogi w cebrzyku. Dwie drobne dziewuszki w śnieżnobiałych giezłach klęczały przy nim na trawie. Młodsza zachichotała, uderzyła zaciśniętą piąstką w mydliny.
Bogoria pogroził jej palcem, gdy krople rozprysły się po jego koszuli. Nie umiał jednak udawać złości, one zaś bardzo dobrze wiedziały, na co mogą sobie pozwolić w równie spokojne popołudnie. A wolno im było wiele, gdyż córki posiadają wrodzoną umiejętność naginania ojców do swoich zachcianek. Dowodnie świadczyła o tym sterta lalek w pstrokatych szatkach, koników wyrzeźbionych w południowym drewnie, tańczących figurynek, a także resztki zamorskich fruktów i konfektów na srebrnych talerzu.
Sam po prostu wygrzewał się na słońcu, popijał wino rozrobione wodą – bo Jacynna nie pozwoliłaby mu żłopać gorzałki w przytomności dziewuszek – i przegryzał sarnią kiełbasą ze świeżuśkim chlebem. Dobrze mu było, dobrze, że strach. A kiedy jeszcze z dala pomiędzy pobielonymi pniami mignęła mu prosta samodziałowa suknia Jacynny i obszerny błękitny fartuch, czyniło mu się tak ckliwie i miękko koło serca, że nie pamiętał już o krwawej rzezi w Debrzy ani o śmierci rodziciela. Miał ochotę pomachać do niej albo przesłać całusa przez całą długość sadu, nie dbając o pachołków, którzy spoglądali ku niemu ciekawie. Jednak Jacynna nie pochwalała podobnej frywolności, więc pochylał się tylko i mierzwił pszeniczne włosy córek, wkładając w ten gest całą swoją czułość dla surowej, oszczędnej w gestach kobiety, która była ich matką.
Jacynna, córka garncarza, była niewiastą o urodzie nienachalnej i spracowanych rękach, ale korona jasnych warkoczy ciasno splecionych nad czołem i wyprostowana, nieco usztywniona sylwetka dodawały jej godności. Być może dlatego Bogoria zatrzymał na niej dłużej spojrzenie, choć zazwyczaj gustował w niewiastach piękniejszych i bardziej zalotnych. Jednak żadna gładyszka nie stawiła czoła pijanej kompanii zbójców, a w każdym razie nie w obronie kramu pełnego mis i glinianych garnków. I nie ze zwieńczoną pękiem piór miotełką. A Jacynna właśnie to uczyniła. Z włosami szczelnie zakrytymi ciemną chustką, w ciasno ściągniętej sukni, ponieważ była wdową, weszła pomiędzy gromadę grasantów, którzy zabawiali się rozbijaniem dostatków jej ojca. A potem trzepnęła Bogorię tą miotełką do ścierania kurzu i bardzo spokojnym głosem powiedziała:
– Nie dotykaj ich, próżniaku.
Chyba zawsze tym oto dla niej pozostał. Próżniakiem.
Pośrodku jarmarku zaległa bardzo głucha cisza, w której słychać było jedynie szczęk glinianych skorup pod końskimi kopytami. Wydało mu się, że kobieta przełknęła ślinę, odgadując, iż nie poskramia wiejskich obiboków, i jej gniew począł się z wolna przemieniać w przerażenie. Po stroju Bogoria rozpoznawał, że jest obca w tych stronach. Córka partacza, który całe lato włóczy się od jarmarku do jarmarku po żalnickim pograniczu na krytym wozie, zimą zaś lepi garnki na jakimś przeklętym od bogów pustkowiu. Nie znała Wilczych Jarów, lecz słowa zostały wypowiedziane i nie mogła ich cofnąć. Więc po prostu tam stała. Jej szare oczy były poważne, a usta poruszyły się nieznacznie, jakby w modlitwie.
Odezwał się pierwszy: ostatecznie była zwyczajną wieśniaczką. Zapewne córką wolnego chłopa, gdyż jak na poddankę nosiła się nazbyt hardo. Ale pośrodku Wilczych Jarów jej wolność nie miała znaczenia.
– Gdybyś miała ojca albo męża, kobieto – rzekł – kazałbym im odpowiedzieć za twoją bezczelność.
– Mój mąż umarł zeszłej wiosny – odparła śmiało i bez namysłu – a ojciec jest starcem niezdolnym stanąć o własnych siłach, więc chyba nie zechcesz go ukarać. Panie.
Ostatnie słowo wymówiła głośno i bardzo starannie, lecz zdołała mu nadać taki ton, że zabrzmiało jak obelga. Bogoria podkręcił wąsa. Lubił śmiałość, a niewiasty zazwyczaj nie mówiły w podobny sposób do Bogorii, przywódcy żalnickich grasantów. Spodobało mu się tak dalece, że roześmiał się głośno, nie dbając o zdumienie kamratów.
– Więc chyba sama będziesz musiała odpowiedzieć, kobieto!
– Jeśli rozkażecie. Panie – rzekła i znów w jej głosie nie było ni cienia stosownej pokory.
– Dzisiaj wieczorem w gospodzie?
– Nie bywam w gospodach. – Pogardliwie wygięła wargi, a za plecami Bogorii ktoś roześmiał się krótkim, zdumionym śmiechem. – I nie sprzedałam ani ćwierci garnków. Nawet wyłączywszy te potłuczone przez waszych kompanów. Panie.
– Wykłócasz się jak przekupka, kobieto – żachnął się, gdyż rozbawienie sporem zaczęło mijać, a w gospodzie czekała beczułka ciemnego piwa, specjalnie dla niego sprowadzonego od uścieskiego piwowara.
– Jestem przekupką – zauważyła wieśniaczka.
Nie wiedzieć czemu wydało mu się, że drwi z niego przy wszystkich jego ludziach.
– Więc zapłacę ci jak przekupce. – Sięgnął ku sakiewce i sypnął jej pod nogi garścią srebra.
Nie schyliła się. Nie popatrzyła nawet na rozrzucone wśród błota monety.
– To nie będzie uczciwe – powiedziała cicho i niemal przepraszająco. – Nie potrzebujecie garnków, panie.
Zapędzili się jednak już zbyt daleko, a spomiędzy kramów, z najdalszych krańców targowego placu przypatrywała im się cała gromada ludzi. Mógł ją pchnąć na kolana i zmusić, by wyzbierała grosze spomiędzy namokłej glinki i nieczystości aż do ostatniej srebrnej monety. Nie była to wysoka cena – odrobina upokorzenia dla kogoś, kto ośmielił się sprzeciwić Bogorii pomiędzy jego własnymi ziomkami – a zdarzało mu się ćwiczyć nahajką kupieckie córki, jeśli nazbyt głośno skowytały pomiędzy łupionymi wozami. Mógł też po prostu roześmiać się i ruszyć do gospody: pragnienie nagliło, by tak właśnie uczynił. Jednak wówczas jego kamraci zabawią się z córką garncarza na swój własny zbójecki sposób. Skrzywił się. Widywał wiele niewiast po podobnych zalotach, a po prawdzie niejedną zdarzało mu się samemu obłapiać w przydrożnym rowie. Ale teraz było zupełnie inaczej. Może dlatego, że żadna z nich nie spoglądała na niego z równym natężeniem w szarych oczach.