Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
– Naszliście kogo żywego?
– Chyba raczycie przyżartować, mości podkomorzy! – Chabina zaśmiał się, na jego szerokie, głupawe oblicze wypłynął wyraz nieledwie zadowolenia. – Wiele można o Twardokęsku rzec, ale jest człek w swym rzemieśle wielce skrupulatny. Nawet chorągwie pomorckie, co je wedle komendanta nieśli, kozikami pocięli i, z przeproszeniem, gównem wymazali.
– Będzie nieszczęście – wysyczał przez zaciśnięte zęby podkomorzy. – Jak nic nieszczęście będzie! Wszak Pomorcy poproszą, byśmy im tę rzeź składnie objaśnili. I co rzekniem, gdy spytają, czemu nikt z odsieczą nie biegł, choć musiały się krzyki rzezanych po całym jarze rozchodzić?
– Prawdę szczyrą. – Podstarości wzruszył ramionami. – Że noc całą pili panowie szlachta bez umiaru i do południa zeszło, zanim się po trochu z piernatów i betów wydobyli. Krzyków nijakich też słychać nie było. Może i lepiej, boć znalazłoby się dość wesołków gotowych popatrzać, jak nasi Pomorców gromią. I byłby jeszcze gorszy ambaras.
– Jacy nasi?! – rozdarł się podkomorzy. – Jacy nasi, ja pytam? Przecie wyście urzędowa osoba! Chodzicie w kniaziowskiej barwie, jego porządku na trakcie strzeżecie! Co was tak do poufałości ze zbójcami ciągnie?
Opadł na ławę i chwilę jeszcze sapał ze złością.
– Głodniście? – spytał znienacka.
Była odmiana myśli tak nagła, że mało się podstarości ze zdumieniem nie wydał. Podkomorskie obejście nie słynęło hojnością.
– Może odrobinę… – odparł niepewnie, lecz gospodarz już krzyczał na służbę.
Dziewki przyskoczyły raźno z półmiskiem zrazików postnych ze szczupaka, sosem grzybnym tylko polanych, jako że w domu podkomorzego suszono przed świętem Zird Zekruna. Obok postawiono michę kopiastą kaszy skwarkami omaszczonej, kwaszoną kapustę i ogórce, a do tego sowity dzban ciemnego spichrzańskiego piwa. Pan podkomorzy rad pokazował, że mimo zasobności wielkiej nie odwykł od prostego jadła i chętnie je ze swojakami dzieli.
Podstarości uśmiechnął się pod wąsem. A jaki on swojak? – pomyślał bez złości. Ot, przebrała się małpa w kabat i sztuczki pokazuje, jeno spode kabata ogon kudłaty wygląda. Nic tutaj dziadowe konterfekty na ścianach nie pomogą ni dostojeństwa pyszne od Pomorców kupione. Jeszcze na nadaniach dobrze inkaust nie przysechł. Szlachectwo też niestare.
Jadł jednak szybko i wyławiał co tłuściejsze skwarki. Podjadłszy, beknął zdrowo, a potem go świeża podejrzliwość zdjęła. Nie był bowiem człekiem nazbyt bystrym, ale całe Wilcze Jary wiedziały, że podstarości nie miał zwyczaju marnotrawić jadła ni bez powodu nim raczyć.
– A wiecie, mości Chabino, co wedle tych czymborskich oczeretów uczyniono? – Gospodarz otarł wąsy, posklejane na czubkach od tłustego sosu i przybrane pojedynczym plasterkiem borowika. – Na co nas prosty zbójecki cham przywiódł? Ja wam to zaraz akuratnie wyłożę.
Podstarości powlekł oblicze zatroskaniem i ciekawością: oto zanosiło się na jedną ze sławetnych mów. Był bowiem podkomorzy zawołanym oratorem i chętnie swe krasomówcze talenta przed nieopatrznymi gośćmi rozwijał. Jednak piwo przelewało się Chabinie w trzewiach z lubym bulgotaniem. Westchnął zatem z rezygnacją i wygodniej usadowił zadek na ławie wyłożonej aksamitną poduszką. Miał ochotę zdrzemnąć się sprytnie, kiedy własna wymowa do reszty rozpłomieni mości podkomorzego.
– Bo nie w tym rzecz. – Gospodarz założył kciuki za suty żalnicki pas, który ledwie wyglądał spod potężnego, obleczonego w haftowany złotem kaftan brzuszyska. – Nie w tym rzecz, że trochę trupów pomorckich zgnije w krzewinie. Gorzej, że ten mord chytrze a zdradziecko obmyślono. Tak, aby na nas podejrzenie padło i do zguby nas przywiodło.
– Et, breszecie. – Podstarości uśmiechnął się błogo i łeb na ręce podparł, nie dbając o purpurowy kołpak, któren mu coraz bardziej na nos opadał. – Nie pierwszy raz pachołków w zasadzce narżnięto.
– Ale nigdy wcześniej nie ubili zbójcy pomorckiego komendanta wraz z całą kompanią i chorągwi nie pohańbiono – warknął gospodarz.
W cokolwiek zamroczonym miodem umyśle podstarościego błysnęło podejrzenie, że tu o coś więcej idzie niźli kolejną pańską orację.
– Pojmujecie, mości Chabino? – naciskał gospodarz. – Pamiętacie chyba, jaka tu trwoga zeszłej jesieni nastała, kiedy się począł po siołach on prorok przeklęty wałęsać i chłopów judzić? Pomnicie, jaką fortuną my się pomorckim komendantom opłacali, żeby bab naszych z komór nie wywlekali i w ogień nie rzucali? A ile niewiast przed stanicami popalili. Ile ludzi w las uciekło, jak nakaz przyszedł, żeby się przed kapłańskim sądem z onego wiedźmienia wytłumaczyli. Pomnicie?
– Co bym miał zapomnieć? – Podstarości odwrócił wzrok i gmerał w uchu. – Przylazła ich cała horda do dworca, kozojebców. Kąty przepatrowali, szynki okrawali na zimę powędzone, kury na podwórzu wyłapali co do jednej. I rychtyk w rychtyk gadali, że się u mnie ona herezyja we wiosce zalęgła. Zrazum im się prosto w gębę śmiał. Ale jak zaczęli strzechy na chałupach podpalać, a babom do gardła kindżały przykładać, to co było czynić? Miałem we skrzyni trocha gotowizny, za knury na jesiennych targach przedane. Wszystko zabrali. I jeszcze rzekli, kurewnicy, że to jeno wedle starej znajomości, bo od innych po dwakroć tyle biorą!
– Sami widzicie. – Podkomorzy nerwowo bębnił palcami po brzuchu. – Niech się jeno okazja trafi, a łupią nas jako cebulę. Do nędzy przywodzą… – Tutaj gospodarz odchrząknął niepewnie, ułapiwszy spojrzenie podstarościego, które mimowolnie przesunęło się po komnatce zubożonej pomorcką łapczywością – po ścianach przybranych skalmierskimi kilimami, po portretach przodków w pozłocistych ramach, po skrzyniach i szafach bogato inkrustowanych srebrem. – A teraz gorzej będzie, mości Chabino, znacznie gorzej. Będą nam wmawiać, że się cała ta rzeź za naszą wiedzą i winą odbyła!
– No, was chyba szarpać się nie ośmielą! – wyrwało się Chabinie.
– A czemu nie? – spytał zapalczywie podkomorzy. – Wnet się znajdzie jaka sprytna dusza, co nowemu komendantowi w ucho szepnie o synaczku moim, co się na Półwyspie Lipnickim obraca.
– Podobnie o połowie tutejszych panów rzec można – zauważył Chabina. – Przecie najstarszego chłopaszka posłaliście na kniaziowską służbę aż do samej Uścieży, co nie jest między naszymi rzecz częsta.
– I co mnie tyle gotowizny wyniosło, że dobrą wioskę bym kupił – mruknął posępnie. – A i tak się krzywili. Wiecie, co między Pomorcami o nas gadają. Żeśmy do jednego zdrajcy, szubrawce i przedawczyki śmierdzące.
– Żeby im jeszcze grosiwo nasze śmierdziało! – Podstarości westchnął z głębi serca, wspominając łupy, które mu z dworca frejbiterzy wywieźli na drabiniastym wozie.
– Rozumiecie, panie podstarości? Pospołu nas do lochu cisną, na słomę zgniłą. Wszystko zabiorą. – Porwał się za resztki czupryny. – Dwór, ziemię, gotowiznę, wioski, sady i młyny. Ze wszystkiego nas kniaź obedrze, a na koniec na dusienicę pośle.
– Jakże tak? – Chabina z niedowierzaniem przetarł oczy.
– Zwyczajnie. Do tego nas właśnie oną rzezią Twardokęsek z Bogorią przywiedli. Prosty cham, zbójca i łapserdak. – Splunął na wywoskowany pawiment. – Bo po Debrzy się nie da dłużej z boku stać i czekać, kto kogo szybciej zadusi – Koźlarz Wężymorda czy Wężymord Koźlarza. Teraz nas Pomorcy jako wszy na kożuchu wyłapią i w płomienie rzucą. Chyba że wcześniej klejmo zdrajców zmyjemy. Jeno krwią, nie wodą – znacząco zawiesił głos.