Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 97 98 99 100 101 102 103 104 105 ... 156
Перейти на страницу:

– I spać się popod wozem ułożył, za nic panom szlachcie koncept zepsuwszy? – odgadł zgryźliwie gospodarz.

Chabina potrząsnął głową.

– Najpierw oczy mu w słup stanęły i cały zesztywniał jako dyl, tylko mu grdyka po szyi chodziła w tę i we w tę. Ale spokojny był i radował się jako dziecię, bo mu chorągiew w ręce starsi włożyli. Powiadali, że bezpieczniej, aby żelaza w rękach nie miał, jakby go szał ogarnął. Ale srodze się omylili.

– Czemuż niby? – zdziwił się gospodarz.

– Dajcie dokończyć! – zeźlił się Chabina. – Głupek bardzo pięknie jar przejechał. Aż się ludzieńkowie dziwowali, skąd u niego postawa tak godna i wejrzenie pańskie. Ale potem, kiedy pomorckiemu dowódcy w gębę z bliska zajrzał… – Zacmokał wargami. – Popatrzcież, mości podkomorzy, jak się natura szlachetna potrafi odezwać, chociażby w szaleńcu. Aniśmy się bowiem obejrzeli, jak konia spiął i prosto na pomorckiego komendanta runął, chorągwi przeciw niemu kiejby kopii nastawiwszy. A była przy niej żerdka dobrze naostrzona.

– Nie mówcież! – Podkomorzy sapnął z ekscytacji. – Nikt mu drogi nie zabiegł?

– Frejbiterzy ze zdumienia jakby w ziemię wrośli. Wariat był już prawie na szczycie pagórka, skąd się pan komendant paradzie przypatrywał. Wtedy jeden ciura, widać od innych przytomniejszy, w łeb głupka czekanem trafił. Zrobiło się zbiegowisko wielkie. Pomorcy chłopaka do ziemi przydusili, że ani zipnął. Zdjęli mu ze łba przyłbicę, a piękną miał, w żabi pysk skrojoną i białą kitą przybraną. I wtedy się pokazało, że się pod zasłoną ze szczerego serca śmieje. Iście baranim głosem a głupkowato. Wykładacie sobie?

– Zwyczajna rzecz między furyjatami. – Gospodarz wzruszył ramionami. – W jednej chwili przychodzą od szału do wesołości. Przy tym w gniewie siła w nich takowa wstępuje, że mógł Pomorca na miejscu zadźgać. Zdrada prawdziwa żelazo podobnemu szaleńcowi w garść wetknąć.

– Coś tam o zdradzie gadali – przyznał pogodnie podstarości. – Osobliwiej kapłan Zird Zekruna, co się z Pomorcami przywlókł. Chciał biedaka końmi włóczyć i ćwiartować. Gadał, że trzeba przykład dać innym zdrajcom. Ale nie podobał się ów pomysł nawet frejbiterom. Rozumieli, że nie był to mord skrycie zgotowany, jeno zwyczajny trafunek. Gdy służbę wypytano, okazało się, że jest on chłopina sierota, przy tym od dziecięctwa obłąkany. Na koniec komendant rozkazał go na nowo w łańcuchy zakuć, a iżby się więcej samopas pomiędzy ludźmi nie pętał, opiekuna mu pomiędzy starszyzną naznaczyć. Pomiędzy pomorcką starszyzną – dodał, widząc, że gospodarz chciwiej nadstawia ucha, bo było podobne opiekuństwo gratką smaczną i wielce zyskowną.

– A po cóż mnie podobny kamień u szyi wieszać? – zdumiał się fałszywie podkomorzy. – Mało mam dobra własnego w komorze?

Krępy szlachetka skrył w wąsach wredny uśmiech. Bo owszem, był gospodarz panem zasobnym i dostojeństwem znacznym, ale przecież nie gardził zarobkiem, jeśli się jaki bez wysiłku trafił – czy okupem za rebeliantów, co ich na gościńcu pochwycono, czyli opieką nad panienką, co ją w dziecięctwie rodzice odumarli. Miał podobnych wychowanek pan podkomorzy trzy. Ledwie pierwsza do sprawnych lat doszła, to wyswatano jednemu spośród pańskich synów, przez co fortunka, raz opanowana, w podkomorzych rękach na dobre pozostała. Dwie jeszcze w dworcu hodowano, ponoć wcale zacnie. Ale ich kromie domowników nikt na oczy nie oglądał. Jaśnie podkomorzyna bardzo baczyła, żeby jej wychowanic kto nie zbałamucił. Lecz po cichu gadano, że mniej było w tym dbałości o cnotę i panieńską niewinność, a więcej obawy, by się małżonek rozliczeń nie dopominał i rachunków za majętności, co się przez lata rozeszły i jak śnieg stopniały.

– Napaścią się pierwszy dzień okazowania zamknął. Nikt dłużej serca ni zapału do rycerskich ćwiczeń nie miał – podjął podstarości. – Szlachta poszła na spoczynek. Nocka była chłodna, tedy aż do świtu zagrzewano się siwuchą. Nadto śmierć starego wielce ladacznice rozebrała i bez dudków dawały, co tam który chciał. U Pomorców w namiocie takoż aż po brzask kaganki nie gasły. Musieli wyrozumieć, że się szlachta zmówiła cichaczem i zadrwiła z nich wrednie. Niby kniaziowski rozkaz co do joty wypełniono, ale z całych Wilczych Jarów spędzono na okazowanie wszystkich durniów, koślawych, ślepców i kuternogi. Furyjatów i popaprańców. A jak kto nie miał między synami paralityka ani niemowy, dziadunia słał, zbroję nań włożywszy co bardziej sędziwą a rdzą do cna przeżartą.

– Wiecie, co mnie się zdaje? – wtrącił z nagła podkomorzy. – Całą tę komedyję Bogoria ułożył. Sami powiadacie, że się wszystko od wyszkowskiego narodu zaczęło, a tam zawdy najwięcej jego grasantów siedziało. Ot, zmówili się chytrze facecję uczynić. Dobrze, że się na kpinach skończyło.

Chabina uśmiechnął się dziwnie i podjął opowieść:

– Jak rankiem panowie szlachta na błonie wyjechali, aż człowieka śmiech brał, że się we świecie wielkim tyle cudactw porodziło. Wszyscy bardzo gorliwie słuchali rozkazów jaśnie komendanta. Jeno im bardziej słuchali, tym większe się zamieszanie na polu czyniło. Przed zmierzchem czterech młodziaków z pola na noszach zniesiono… A wiecie, mości podkomorzy… – Podrapał się po głowie. – Dziwna rzecz, ale dziadkowie najlepiej się trzymali. Jednemu tylko żyłka od skwaru we łbie pękła. Jął Pomorców takimi słowy wyzywać, że mu który z naszych w łeb musiał dać, nim co ze szczętem niepolitycznego rzeknie. Jucha mu się potem z gęby puściła jasną strugą. Ale napoili go jałowcówką i zdaje się mnie, że żyw będzie.

– Długo ta komedyja trwała?

– Trzy dni jak obszył. W końcu Pomorcy całe wojsko szelmowskie do dom wolno puścili.

– Nie mogli zamknąć całych Wilczych Jarów w tiurmie – mruknął podkomorzy. – Jeno nie rozumiem, jaka z tej sztuczki korzyść. Bo Pomorcy zapamiętają dobrze, jako z nich zadrwiono. Zapamiętają i przyjdzie taki czas, kiedy zechcą szukać pomsty.

– Prędzej przyjść może, niźli sądzicie. – Podstarości nagle sposępniał. – Pomnicie wykroty łozą porośnięte u wyjścia z Debrzy?

– Wedle ruczaju, gdzie chłopstwo baby pławi?

– Ano właśnie. Tam się cichaczem Bogoria zapadł.

– Tedy zgadłem! – Gospodarz z uciechy walnął się po udach. – Ot, szelma!

– Miał przy sobie wcale niezgorszą kompanię rebeliantów. Co nie jest rzecz dziwna, bo ponoć Twardokęsek u rebeliantów do niezmiernych godności doszedł. A nikt się tak przecie z rabusiem nie pokuma, jako inszy zbójca. I jak my nazad do dom jechali, aże w tych krzach gęsto było od pomordowanych Pomorców.

– Niemożebna! – Gospodarz poderwał się, uderzając kolanem we stół, aż z poprzewracanych kubków pociekło wino. – Przecie by się nie poważył!

– A poważył się. – Podstarości przymrużył oczy. – Znać, że Bogorię śmierć ojczulka bardzo rozjątrzyła, bo Pomorców do nogi wybito. Po trupach trudno było szarże i godności rozpoznać, bo je ze szczętem z dobra obłupiono. Buty z nich zdjęto, kapoty i broń wszelką. Powiadam wam, najmniejszego rzemyczka przy nich nie zostawiono.

Podkomorzy gniewnie podjął wędrówkę wokół okien. W warzywniku dziewki ścigały właśnie stadko gęsi, wyskubujące kwiaty na rabatkach.

– A wiecie czemu? – spytał, obracając się gwałtownie ku podstarościemu.

– A wiem – flegmatycznie odparł szlachetka. – Żadna tajemnica. Twardokęsek zmawia się z chłopstwem wolnym, co po lasach siedzi. Nawet ich po trochu zbroi i ponoć pieniądz podsyła. Po tych trupach, cośmy je wedle czymborskich chaszczy naszli, widać było, że podstępem Pomorców wycięto. A przed śmiercią okrutnie męczono, jak tylko chamstwo potrafi.

1 ... 97 98 99 100 101 102 103 104 105 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)