Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
– Jako i wcześniej bywało, bo nie gardzili pachołkowie rebelianckim srebrem – zauważył cierpko Bogoria.
– Tym razem wszakoż sam podkomorzy będzie się na zbójcę zasadzał…
– Żywo się kurwi syn zakrzątnął! – syknął zbójca.
– …a sami wiecie, że ma interes własny, aby go nędzną śmiercią umorzyć. Wierzy, że zbójca mu synaczka najmłodszego pobuntował i do rebelii przywiódł – ciągnął chrapliwie. – Tyle wam rzec chciałem. Że dzisiejszej nocy ubiją Twardokęska.
– A kniaź najmiłościwszy z woli Zird Zekruna panujący pięknie podobną sztuczkę wynagrodzi podkomorzemu – ostatnie słowo Bogoria niemal wypluł zza zaciśniętych zębów. – Może i wam, krewniaku, co przy okazji spadnie, boście byli między najwierniejszymi z tych, co się pańskiej klamki wieszają. I oby wam na zdrowie poszło.
Chabina targnął się na ławie jak po uderzeniu. Na szyi wystąpiły mu purpurowe żyły.
– Nie po tom tu pędził, byście mnie szyderstwem karmili – rzekł z hamowaną wściekłością. – Nie po to nawet, by rzec, żeście sami na nas ono nieszczęście ściągnęli, kiedy was z Twardokęskiem pospołu chęć naszła Pomorców wedle Debrzy wydusić.
Bogoria opuścił wzrok i dojrzał, jak mu się jeżą drobne włoski na przedramionach. Przeczuwał już bardzo dobrze, jaka myśl zagnała krewniaka w jego progi.
– Czego ode mnie chcecie? – powoli spytał. – Czemuście się do mnie przywlekli, by mi tu krakać jak kruk? Jak was nagła żałość nad Twardokęskiem zdjęła, do rebeliantów idźcie.
– Ale mnie słuchać nie zechcą! – wykrzyknął rozdygotanym głosem podstarości. – A wy macie trzy tuziny ludzi wedle tartaku przy południowym trakcie, gdzie się dzisiejszej nocy będzie Twardokęsek o więźniów układał.
Cisza, która zapadła po tych słowach w izbie, była gęsta jak dym z ognisk, w które o zmierzchu wrzucano zebrane na polach perz i ognichę.
Bogoria przymknął oczy, słysząc jedynie świszczący oddech podstarościego. Jacynna milczała i nie śmiał ku niej spojrzeć. Przybyła w te strony z Gór Żmijowych, dawno temu obróconych w perzynę nie bez milczącego przyzwolenia żalnickiej szlachty. Nie istniał ani jeden powód, aby płakała po rebeliantach zabitych na Lipnickim Półwyspie, a niegdyś, dawno temu, Bogoria poprzysiągł, że krwawe żalnickie waśnie nie będą miały przystępu w te progi. Jeszcze jedna z przysiąg złożonych nieopatrznie i na darmo, pomyślał. Bo sam też zaklinał się pod czerwonym księżycem, że nie ucierpi więcej z powodu dumy książąt i własnej zapalczywości.
Jednak gdzieś na dnie jego serca coś jeszcze drgnęło i, uśpione od bardzo dawna, odkąd zobaczył, jak miecz Jastrzębca opada jeden raz na głowę jego przyjaciela, poczęło budzić się na nowo. Nie śmiał spojrzeć na Jacynnę, aby nie odgadła tego dojmującego pragnienia w jego twarzy. Ponieważ poza wszystkim była jeszcze obietnica. I dwie jasnowłose dziewuszki, ukryte gdzieś pośrodku jabłoniowego sadu.
– Jedź – to Jacynna odezwała się pierwsza. – Jedź, kochany.
Nigdy wcześniej tak go nie nazwała. Nie przy ludziach.
– To nie jest moja wojna – odparł głosem napiętym jak struna.
I znowu był z niej boleśnie, rozpaczliwie dumny, ponieważ zaraz podniosła się żywo, a jej ręce nie drżały, gdy wygładzała fałdy błękitnego fartucha.
– Przygotuję sakwy – powiedziała po prostu.
Wypoczynek w chłopskiej zagrodzie pokrzepił nieco zbójcę. Córki osadnika okazały się naprawdę urodziwe, przy tym pełne patriotycznego zapału, nie szczędziły bowiem rebeliantom piwa i rozmaitych poufałości. Zbójca tylko straże kazał wystawić wokół obejścia. Na resztę machnął ręką. Postanowił twardo, że doczeka do powrotu Koźlarza, potem zaś czmychnie na trakt, do wozaków. Niech się kto inny użera z rebeliancką hałastrą.
Zmierzchało, lecz Pleskota prowadził pewnie przecinką. Gdy wyjechali na karczowiska, z dawna nieuprawiane, bo młode brzózki i sosenki wybujały ładnie po bokach, uczyniło się zupełnie ciemno. Na niebo wyszedł letni czerwony księżyc i świerszcze darły się jak opętane w wysokich trawach. Powietrze było wciąż gorące i przesycone wilgocią. Zbójca zatęsknił nagle do rześkich letnich wieczorów na Przełęczy Zdechłej Krowy, gdzie upał ustawał o zachodzie słońca, a gwiazdy były tak wyraźne nad głową, jakby mógł je pochwycić palcami.
– Patrzajcie! – Pleskota trącił zbójcę w ramię. – Wyglądają nas.
Twardokęsek przymrużył oczy. Istotnie, na odległym krańcu polany, za kępą drzew dostrzegł słabe światełko, które poruszało się w górę i w dół. Ktoś machał ku nim latarnią.
– Tartak na skraju lasu, za tamtą drzewiną – objaśniał dalej szlachcic. – Hajducy zapewne trzymają naszych w ruinie. Można się tam ładną chwilę bronić, gdyby kto z niecnoty szturmować próbował. No, ale dotąd zawdy uczciwa była wymiana i krótka. Wachmistrz rozumny. Wie, że rozkaz to rozkaz, ale żyć trzeba.
Zbójca z roztargnieniem skinął głową. Na darmo usiłował przewiercić wzrokiem ciemność nad polaną. Był niespokojny. Pamiętał, że rebelianci kupczyli często ze swymi pobratymcami w pomorckiej służbie. Przywykł do Wilczych Jarów i nawet nie mierziło go to szczególnie. Tutaj żyło się w ogromnej czeredzie wujów, kmotrów i pociotków. Wszyscy byli spokrewnieni i wszystko dawało się bokiem załagodzić i ułatwić, choćby Wężymord słał z Uścieży najsurowsze rozkazy. Zbójca wiedział o tym wyśmienicie, a przecież nie czuł nijakiego zapału, aby się z wachmistrzem układać.
– Widzicie tę kupę drzew? – pokazał na sporą grupę buczków, które zagradzała im drogę. – Niech nas jeno zakryją, weźcie ludzi połowinę i zapadnijcie się w las.
– Coś się wam nie widzi? – zapytał czujnie Pleskota, który przez ostatnie miesiące nauczył się cenić zbójecką podejrzliwość.
– Niby nie – przyznał z niechęcią zbójca bo rad by znalazł jakąś wymówkę, aby się z polany co prędzej wymknąć. – Jeno sami rozumiecie… Strzeżonego bogowie strzegą.
Stary szlachcic kiwnął głową.
– Może i racja. Daleko nie uskoczę. Krzynę lasem obejdę i na tyłach tartaku się przytaję. Jakby co, wystarczy, że zawołacie.
– Dzieciaka ze sobą weźcie – mruknął zbójca.
– Krzywić się będzie. – Pleskota zerknął z ukosa na Nieradzica, który w kołpaczku ozdobionym modrym piórkiem z zadzierzystą miną jechał na samym czele pochodu. – Bardzo się radował na wyprawę.
Twardokęsek zmełł w zębach przekleństwo.
– Babcem obiecał, że go będę pilnował. Jak z dobrej woli nie pójdzie, za łeb go weźcie, zwiążcie i przez siodło przerzućcie. Nie wiedzieć, co się wedle tartaku może wydarzyć.
Pleskota skręcił konia, bo wjeżdżali między pierwsze drzewa. Rzucił kilka słów Nieradzicowi i chłopak – acz z ociąganiem – ruszył za nim.
Zbójca nie wątpił, że pachołkowie, którzy stali w tartaku, spostrzegli, jak spomiędzy drzew wynurzył się daleko szczuplejszy oddziałek rebeliantów. Ale nie dbał bynajmniej, czy wezmą mu za złe nieszlachetną podejrzliwość. Na szczęście nie był stąd i nie musiał się martwić miejscowym obyczajem.
Podjeżdżali coraz bliżej. Widział już wyraźnie tartak: na solidnej podmurówce z kamienia postawiono spory, przysadzisty budynek z niedbale ociosanych bali. Ściany były ciemne, poszczerbione, a dach zapadł się dawno temu. Zwały kłód i wysokie zarośla przesłaniały majdan. Nieco z boku, u studni, uwiązano dobry tuzin wierzchowców. Zbójca rozpoznał siwe chmyzy, których pospolicie używano w Wilczych Jarach. Przeliczył je nie bez zadowolenia i wnet poczuł się pewniej. Wciąż miał więcej ludzi.
Bez zapału wjechał pomiędzy sterty spróchniałych pni. Rebelianci za jego plecami ożywiali się wyraźnie, oczekując kolejnego popasu, nie bez gorzałki zapewne, bo w Wilczych Jarach wszelkie sprawy publiczne i prywaty pieczętowano trunkiem. Twardokęsek westchnął ciężko. Najchętniej załatwiłby rzecz, nie schodząc z konia. Wiedział jednak, że wachmistrz nie puści płazem podobnej obrazy.