Letni deszcz. Kielich
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #3
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
Podstarości podrapał się po głowie.
– Czyście się dzisiaj szaleju opili? – spytał po chwili niepewnie. – Przeciwko swojakom? Przecie nie uchodzi.
Jego słowa bynajmniej nie ułagodziły podkomorzego.
– A jak wam się zdaje? – Ze złością smagnął się po cholewicy. – Po to kniaziową barwę nosicie, żeby zdrajców łapać, osobliwiej tych, co jego sługi mordują. A jeśli nie będziecie, wnet się znajdzie usłużny, który Pomorcom podpowie, że wasz Hardysz do Koźlarzowej kompanii przystał.
Żylastemu szlachetce wydało się, że słyszy w głosie gospodarza nieznaczną nutkę pogróżki. Ale kiedy spojrzał baczniej w lico podkomorzego, czerwone od trunku i przystrojone sumiastym wąsem, nie dostrzegł nic prócz ojcowskiego zatroskania.
– Jako i wasz Nieradzic – burknął.
– Ano prawda. – Podkomorzy pokiwał głową. – I tuście, mości Chabino, nader trafnie rzekli. Jako mój Nieradzic.
Przez chwilę milczeli posępnie.
– Powiadał mi raz jeden kapłan, człek stary a mądry, chociaż pewnie heretyk – podjął gospodarz – że jesteśmy jako w zaprzęgu woły. Każdy w jarzmie chodzi. A moje jarzmo to ten dwór i imię, i fortuna. I mus mi o nie dbać.
– Ano prawda – odparł niewesoło Chabina. – Ot, udali się nam synkowie, jeden w drugiego, powiadam wam. Jeno warcholić, rokoszować, po gościńcu szabelką błyskać, dziewkom szramy na łbie pokazywać, tyle im w głowie. Taki nie będzie wieprzy na targ pędził, jabłoni szczepił, hreczki siał, ni po polu za wołami chodził. Nie honor mu będzie z flisakami spławu doglądać ani ze skalmierskim kupcem zbożem frymarczyć…
– Bo czasy nie dla hreczkosiejów nastały – podkomorzy niecierpliwie uciął gospodarskie troski Chabiny. – Gdy poczną Pomorce z Koźlarzem tańcować, nikt się przed nimi na gumnie nie skryje ani cepem nie zastawi.
Podstarości pokraśniał jeszcze bardziej na gębie, usta otworzył i znać było, że się w sobie mocuje, czyli coś rzec, czyli roztropnie zmilczeć.
– Dajcież pokój. – Podkomorzy niedbale machnął ręką. – Uczciwie gadam, co będzie. No, chyba żeby Koźlarz od jednego uderzenia nad Wężymordem przemógł… Ale to niepodobna i być nie może, bo za kniaziem cała pomorcka potęga stoi i sam Zird Zekrun na koniec. Nie, będzie się wojna ślimaczyć i rok po roku cudzić. Będą młodzi szabelkami machać, będą pola odłogiem leżeć i pęcznieć od krwie czerwonej. A my będziem we dworach siedzieć i od zgryzoty mszeć niby grzyby stare. – Przygryzł czubek wąsa. – Chyba żebyśmy coś zawczasu uczynili.
– Toć nie jesteśmy rakarze! – Podstarości targnął się na ławie, ukradkiem kreśląc w powietrzu znak złe odpędzający. – Przecie nie będziemy dzieci własnych mordować.
– Co wy wiecie i Pomorcy wiedzą – rzekł posępnie gospodarz. – Ale teraz nie uda się z nimi ułożyć. Nie po Czymborskiej Debrzy. Albo… – zawiesił głos. – Gdyby im tak samego Twardokęska na postronku przywieść? Podstępem, po cichońku w gospodzie pochwycić, szmatę w pysk wrazić… Wtenczas Wilcze Jary ocaleją. I tego będziemy musieli pospołu dopilnować. Wy i ja. Dla majętności naszej, imienia zacnego i tych smarkaczy durnych, co się w rebelię bawią. Zapamiętajcie sobie. Wy i ja.
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY
Od rana siąpił deszczyk. Przeszywanica przemokła zbójcy na wylot, z kaptura ściekały krople deszczu, co wybitnie nie poprawiało mu humoru. Jego ludzie wyczuwali dobrze nastrój dowódcy, bo oddziałek wlókł się noga za nogą przez namoknięty las. Nikt nie śmiał zaryczeć sprośnej śpiewki. Szeptano tylko do siebie z cicha i przekazywano z rąk do rąk manierki z siwuchą, ale ukradkiem, aby zbójca nie rozsierdził się na nowo. Wreszcie Pleskota zebrał się na odwagę. Wysunął się na czoło komuniku, zrównał ze zbójcą i przez chwilę człapali w milczeniu obok siebie. Tylko konie parskały raźno.
Twardokęsek nie wytrzymał pierwszy.
– Daleko będzie do tartaku? – burknął niechętnie. – Nawet gacie mi przemokły do cna.
– Co by miało być daleko? – odparł flegmatycznie szlachcic. – Tyle że do zmierzchu szmat czasu jeszcze, a z tartaku wypalone ruiny zostały, nie będzie się gdzie przed deszczem schronić. Ludzie utrudzeni, od czterech dni w pochodzie, chętnie by się przy ogniu zagrzali…
Zbójca nie podjął tematu. Milczał posępnie, gryząc wąsa.
– Zresztą niedobrze, jak się tam będziemy zawczasu kręcić – podjął z wahaniem Pleskota. – Sami, mości Twardokęsku, rozumiecie… Jeszcze ktoś nas przyuważy, Pomorcom znać da, co tu niedaleczko w stanicy stoją. I nici będą z tej całej wymiany.
– Co tedy radzicie?
– No, przylgnąć gdzieś do zmroku. Jest nieopodal polanka. Chłop na niej wolny siedzi, jeszcze ze Smardzowego nadania. Ma trzy córki, bardzo kształtne bestyjki. A jakie piwo warzą! – Mlasnął z ukontentowania językiem i zaraz zakłopotał się lekko, bo zbójca przecież zakazał pijaństwa. Dokończył jednak mężnie: – No, powiadam wam, grzech nie skosztować.
Twardokęsek bez słowa kołysał się w siodle w rytm końskich kroków.
– Wy wszędzie zagrodę wywęszycie – sarknął w końcu z irytacją.
– Moje strony przecież. – Pleskota uśmiechnął się nieco pobłażliwie. – Jak tedy, mości Twardokęsku, będzie? Odskoczym na porębę?
Zbójca znów zamilkł na dobrych kilka chwil. Jedynie gniewne sapanie, dobywające się spod kaptura, świadczyło, że nie drzemie.
– Niechże tam! – Machnął nareszcie ręką. – Jak sobie chcecie. Aby jeno nie było, jak zeszłym razem, kiedyśmy za waszą radą szukali u chłopa schronienia.
Ledwie dwa dni przeszły od rzezi w Czymborskiej Debrzy, a cały zapał po udanej wyprawie znikł bez śladu. Niby z początku wszystko szło wybornie. Bogoria wespół z okoliczną szlachtą zgotowali facecję, co ją miano podczas okazowania Pomorcom urządzić. Ale potem ojczulek Bogorii z konia spadł i kark sobie skręcił. Na wieść o śmierci rodziciela szlachcica taka gorączka ogarnęła, że go trzech chłopa musiało trzymać, bo byłby samojeden z chaszczy wylazł i frejbiterów pazurami szarpał. Zbójca nie wiedział zrazu, czy go czekanem w łeb trzasnąć, czy też gorzałką spoić. Zgrzytając zębami ze złości, wybrał to drugie i noc całą pili w łozinie na umór. Tyle że Bogoria go przepił. I kiedy się Twardokęsek ocknął, słońce stało już wysoko, a od gościńca niosły się wrzaski mordowanych Pomorców.
I właśnie dlatego Twardokęsek zły był, że ani przystąp. Ubodło go okrutnie, że cały jego oddział rzucił się do walki na jedno zawołanie Bogorii, który był wprawdzie druh zacny i wielkiego doświadczenia żołnierz, ale przecie nie jemu Koźlarz powierzył komendę. Nikt nawet nie spróbował zbójcy obudzić. Jeszcze go kożuchem nakryli dla wygodniejszej drzemki.
W dawnej zbójeckiej kompanii Twardokęsek kazałby nieposłuszeństwo ukarać i przykładnie powywieszać buntowników. Ale nie mógł przecież powiesić całego oddziału. Nadto nikt specjalnie skruchy nie okazywał. Jeden Pleskota chyba pojął poniewczasie, co zaszło, bo minę miał niewyraźną i trzymał się z boku.
Bogoria uczynił więcej. Przylazł do Twardokęska po walce i chciał się napić na zgodę. Zbójcy jednak jeszcze pierwszy gniew nie minął, więc go grubym słowem popędził. Bogoria łajania zniósł mężnie i nawet za szablę nie chwytał, co było znakiem widomym, że winę swoją rozumie. Dość prędko się uwinął, łup własny oszacował i razem z czeladzią czmychnął gdzieś bokiem w lasy. Zbójca nie zatrzymywał go wcale. Jakoś mu z nagła obrzydła szlachecka kompania. Najchętniej rzuciłby całe komenderowanie w czorty i zabrał się z Wilczych Jarów jak najdalej. Niechże się tam szlachta za łby bierze, niech sobie spiskuje po trochu, czubi się, wadzi, wojuje. Byle bez niego.
Jechał sztywno wyprostowany i bezmyślnie gapił się przed siebie. Nawet nie wypatrywał po bokach pułapki. Wszystko zobojętniało mu ze szczętem. Skoro lipniccy partyzanci pragnęli swawolić jak grasanci Bogorii, w gospodach gorzałkę żłopać i łajdaczyć się z dziewkami na porębach, Twardokęsek nie zamierzał im stawać na przeszkodzie. Ostatecznie nie było to jego powstanie. On zamierzał jedynie wykraść skarbczyk rdestnickich kapłanów i dożywać swych dni w jakimś spokojnym, bezpiecznym miejscu.