Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 102 103 104 105 106 107 108 109 110 ... 156
Перейти на страницу:

Nie przyprowadzał więc kamratów do chaty z belek, które ociosał własnymi rękoma podczas pewnego upalnego lata. Nie dlatego, że Jacynna okazała się złą gospodynią. Po prostu było to jego własne miejsce, spośród wszystkich innych miejsc w Krainach Wewnętrznego Morza, i nie zamierzał go dzielić z nikim, prócz parobków najmowanych do pomocy w owe pierwsze dni przedwiośnia, kiedy wiejskie drogi zamieniały się w grząską breję.

Jacynna opierała się o piec, słuchając, jak Bogoria rozprawia z parobkami o strzyżeniu owiec i pierwszych wiosennych sianokosach. Stała z twarzą skwapliwie ukrytą w cieniu i bez słowa, jak przystoi posłusznej małżonce. Ale Bogoria dałby się obłupić ze skóry, że jej oblicze jest pełne cierpkiej prześmiewczej kpiny, kiedy na koniec najmuje najszpetniejszego ze wszystkich. Nie wstydził się tego. Po tuzinie lat wciąż nie potrafił do reszty pojąć, dlaczego Jacynna, córka garncarza, właśnie jego, próżniaka i opoja, wybrała o zmroku w pewnym targowym miasteczku Wilczych Jarów.

Bo nie miał wątpliwości, że to ona naprawdę dokonała wówczas wyboru. On jedynie pozwolił się wybrać i był to kres jego zasług wobec tej małomównej, szarookiej kobiety.

Pamiętał, jak przeprowadził ją przez próg opleciony wiciokrzewem i powojem dla odpędzenia złego, ponieważ była brzemienna, a moce zawsze pragną zawładnąć nienarodzonym i odmienić je wedle własnych pragnień. Chata była najprostsza ze wszystkich, choć zasobna, kryta czerwoną dachówką, którą sprowadził aż z Uścieży. Miała ganek ocieniony gładkim gontem i okna zamknięte plątaniną szybek w ołowianych obejmach, lecz wystarczająco duże, aby słońce budziło go o świcie w głębi alkowy.

Jacynna nie chciała zbytków, choć Bogoria mógł przyozdobić ściany skalmierskimi gobelinami i wstawić sprzęty południową snycerską sztuką wyrzeźbione w orzechu i cedrze. Jednak niekiedy nie umiała pohamować zachwytu – nie chciwości, ale właśnie zachwytu – wobec modrych i złocistych szkieł żalnickich alchemików. Dlatego podarował jej szybki z najczystszego błękitu i zawiesił nad gankiem lampy, które w ciemności wydawały się jak dwa pęki złocieni. Aby mogła je rozpalać o zmierzchu i czekać na jego powrót, powiedział, i by nie zgubił w lesie ścieżki. Oczywiście była to jedynie wymówka, lecz każdego dnia Jacynna napełniała lampy świeżym olejem z powagą i starannością, z jaką zwykła czynić wszystkie inne rzeczy.

Kochała tę chatę, tego był pewien. Chatę, sad pełen jabłoni i pasiekę na skraju lasu, który szerokim łanem oddzielał ich od ludzkich siedzib. Dokładnie tak, jak Bogoria przyobiecał. Albo nawet jeszcze inaczej. Bo skoro wreszcie wprowadził ją do izby i z westchnieniem ulgi wsparła się o poręcz wysokiego krzesła, ociężała i niezgrabna pod brzemieniem ich dziecka, wówczas po wypolerowanym blacie stołu przesunął ku niej szkatułkę z różanego drewna. Wolno odemknęła wieczko i rozprostowała pergamin. Nie umiała czytać. W pieczęciach z czerwonego laku wietrzyła jedynie nieszczęście.

Pieczęcie istotnie były utrapieniem dla urzędnika, którego pochwycono znienacka w ciemnej sionce świątyni, nadziawszy nań gruby juchtowy worek i przydusiwszy za gardło, nim zdołał zawrzasnąć:

– Rapt!

Szczęściem urzędnik znał dobrze miejscowy obyczaj, a po prawdzie przywykł do podobnych napaści. Szlachta Wilczych Jarów była podstępna, ichmościowie woleli skrycie dobijać targów, a na niejednym wisiały wyroki nazbyt ciężkie, by mógł w biały dzień wędrować po sądach. Więc skoro urzędnikowi nareszcie odsłoniono łeb, odchrząknął jeno, gorzałki gromko krzyknął, a potem zaczął mieszać w inkauście. I ani mu przy tym ręka drgnęła.

Pergamin był piękny, co się zresztą Bogorii słusznie należało, bo za fatygę i niewygodę zapłacił urzędnikowi tuzin srebrnych groszy. U dołu opatrzono go podpisami świadków – ojca Bogorii, który imieniem wszystkich współrodowców wolę jego uznawał i potwierdzał, podstarościego i jeszcze trzech innych znamienitych mężów pomiędzy sąsiedztwem, którzy zgodzili się usłużyć mu w tej potrzebie – a pieczęcie odciśnięto z okrutną dokładnością. Ponad nimi zaś w gładkich frazach urzędowej mowy wypisano, iż chatę wraz z połacią lasu, łąką, stawiskiem i inszymi przyległościami, własnym i nieprzymuszonym rozporządzeniem oddaje Bogoria rzeczonej Jacynnie, niewieście z wolnych kmieci i córce garncarza.

Nie mogli mu tego zabronić, choć ojciec krzywił się niezmiernie na podobną rozrzutność. Ale ziemia była Bogorii, więc, jak mu w złości ojciec powiedział, może ją marnować wedle woli.

Nie potrafił wyjaśnić rodzicielowi powodów tej rozrzutności. Zasadzali się pospołu w jarach na kupieckie konwoje, łupili kapliczki ze srebrnych wotów, złorzecząc kniaziowi i wszystkim bogom nieśmiertelnym, chlali razem spichrzańską gorzałkę i na dwóch krańcach łoża obracali posługaczki. Proste, zwyczajne rzeczy. Tyle że Jacynna była o całe wiorsty poza tym codziennym doświadczeniem, co Bogoria przeczuwał na oślep i nieudolnie, gdyż nie przywykł do podobnej delikatności uczuć. Nie umiał sprawić, aby ojciec i cała okoliczna szlachta przyjęła ją między sobą niczym równą. Gdyby czas był inny i gdyby Pomorcy nie nałożyli na jego gardło nagrody, w pierwszą niedzielę wsadziłby ją na wóz i powiózł do świątyni, a potem poprowadził samym środkiem, pomiędzy nawami, aż do kolektorskiej ławki, gdzie niegdyś zasiadała jego matka. Właśnie tak.

Tłumaczył jej to bardzo powoli, każdą rzecz osobno. Nigdy nie nazwie jej imieniem małżonki. I w niczym nie złagodzi zbójeckich obyczajów. Zbyt prędko znaleźliby się tacy, co poszukają powodów nagłej odmiany i zechcą sprawdzić, jak dalece Bogoria dba o bezpieczność szarookiej chłopki. Dlatego wszystko musiało pozostać po dawnemu. Co do joty.

Las będzie ją chronił. Las, odosobnienie, niesława zbójeckiej kochanicy, jednej spośród wielu. Ale chata miała należeć do niej. Jego dziedzictwo po matce zmarłej wiele lat temu. Aby pozostał w tym wszystkim choć błahy znak tej podstawowej uczciwości, która była pomiędzy nim i Jacynną z rodu wolnych kmieci.

Nie zarzuciła mu rąk na szyję i nie wybuchnęła płaczem. Nie była rozrzutna w gestach. Starannie wygładziła barwione srebrem brzegi i na powrót włożyła pergamin do szkatułki. A później usiadła, ciężko i bez wdzięku.

– Urodzę dziecko – wypowiedziała te słowa niemal ze zdumieniem, jakby dopiero teraz pojęła ich prawdziwe znaczenie.

Coś było w jej twarzy. Bogoria nie umiał tego nazwać, choć zazwyczaj słowa nie sprawiały mu trudności.

– Dziś wieczorem? – spytał z niepokojem, ponieważ w pobliżu nie było żadnej wioski czy choćby osady węglarzy, gdzie mógłby przydybać niewiastę obeznaną z przyjmowaniem dzieci.

Bogoria, choć nader kompetentnie umiał wyprawiać ludzi precz z ziemskiego padołu, nie ufał sobie w kwestii sprowadzania ich na świat.

– Nie, jeszcze nie pora. – Jacynna uśmiechnęła się nieomal pobłażliwie. – Ale urodzę ci dziecko, a potem następne. Jeśli tylko bogowie pozwolą i będziemy mieli dość czasu. Och, i będę potrzebowała konia! – Roześmiała się na widok jego miny. – Zaoram łąkę. I będę sadzić jabłonie. Całe mnóstwo jabłoni, żeby przypominały mi o tobie, śliwy, morele i wiśnie. Lipy, które ściągną dzikie pszczoły, jaśmin i głóg…

– I kapustę – przerwał, pod szyderstwem skrywając tkliwość, która z nagła ścisnęła mu gardło, bo Jacynna nie miała zwyczaju się skarżyć, więc nie przeczuwał nawet, jak dalece brzydziła się rokroczną poniewierką na wozie ojca.

– Nie należy lekceważyć zalet kapusty – zgodziła się poważnym głosem, choć na dnie jej oczu czaiło się rozbawienie.

A w kilka miesięcy potem, gdy z wysokich, sztywno wykrochmalonych poduszek ich łożnicy spoglądała w czerwoną, pomarszczoną twarzyczkę ich pierworodnej córki, Bogorii wydało się, że jakiś cierń począł kruszyć się i niknąć w sercu Jacynny, córki garncarza, która podczas mozolnych lat swego gorzkiego małżeństwa przywykła do myśli, że jest bezpłodna i przeklęta od bogów.

1 ... 102 103 104 105 106 107 108 109 110 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)